Reklama
Kraj

Finałowe starcie o Kraków. Wszystko, co chciałbyś wiedzieć, ale boisz się zapytać

Krakowska kampania zmierza ku końcowi. Za kilka godzin pod Wawelem zapanuje błoga cisza przedwyborcza. W ostatnich tygodniach dochodziło do wielu dziwnych, kuriozalnych, ale jakże ważnych z punktu widzenia polityki zdarzeń. Dlatego w jednym miejscu zbieramy kluczowe momenty kampanii i próbujemy je przeanalizować.

Piotr Białczyk
Opinia autorstwa: Piotr Białczyk
Wczoraj 16:57
10 min
Wybory w Krakowie. Podsumowujemy kampanię na ostatnie godziny przed ciszą wyborczą. (fot. Albin Marciniak / East News)
TYLKO NA

Dla tych, którzy do tej pory nie śledzili losów politycznych Krakowa – w maju ze stanowiska został odwołany, po dwóch latach urzędowania, prezydent Aleksander Miszalski. Choć na samym starcie mało kto wierzył w skuteczność akcji referendalnej, to po aktywnym zaangażowaniu w inicjatywę Łukasza Gibały i jego stowarzyszenia (a także 2 mln zł przekazanych na ten cel) doszło do sytuacji, w której urząd przy placu Wszystkich Świętych został opróżniony. Niewiele brakowało, a ze stołków zlecieliby wszyscy radni – jednak do dziś większość ma Koalicja Obywatelska wraz z Nową Lewicą. Kluczowe słowo: na razie.

Tymczasem wróćmy do samej kampanii. Początkowo – jak u Tuwima – „stała na stacji lokomotywa”. Lokalnego kolorytu do dusznej atmosfery w mieście wprowadzały egzotyczne kandydatury popularnej patocelebrytki Marianny Schreiber czy Marty Ratuszyńskiej z „Dobrego Radomia”, która w rytmie disco polo wyśpiewywała „Krakowską Bajkę”.

Od początku było jasne, że kandydaci i kandydatki tzw. planktonu są bez szans i nie zdołają uzbierać 3 tys. ważnych podpisów pod swoją rejestracją – o ile w przypadku pani Schreiber było to niemożliwe, bo przecież na plaży w Turcji ciężko spotkać Krakusa z dowodem osobistym. Z kolei reprezentantka ziemi radomskiej złożyła zaledwie 78 podpisów.

Wybory w Krakowie. Bocheńczak bez podpisów, Gibała na zakręcie

Blamaż zaliczył za to polityk mainstreamu – Bartosz Bocheńczak z Konfederacji potknął się o próg ważnych podpisów, i to czterokrotnie. Właśnie tyle razy Miejska Komisja Wyborcza przeliczała jego wniosek o rejestrację – za każdym razem podając inny wynik poprawnych podpisów. Cuda? Nie tylko w jego przypadku.

Reklama
Reklama

Podpisy przed pierwszą turą „utrącono” także Łukaszowi Gibale, a strach zajrzał w oczy człowiekowi startującemu po raz czwarty w bitwie o Kraków. Mimo to lider „Krakowa dla Mieszkańców” – co bywa rzadkim zjawiskiem – wziął winę na siebie i wysłał na miasto wolontariuszy. Na kilka godzin przed upłynięciem ustawowego terminu udało się zebrać „górkę” ważnych sygnatur, a lokalny biznesmen mógł odetchnąć z ulgą. Znów był kandydatem.

Jeszcze ciekawszym przypadkiem był Jan Hoffman – inicjator referendum, który po utrąceniu Aleksandra Miszalskiego uwierzył w swoje siły i postanowił powalczyć o jego fuchę. Sukces tym razem był znikomy, a sam polityk na kilka dni przed pierwszą turą postanowił wycofać się ze startu, przekazując swoje poparcie Łukaszowi Gibale. Choć jeszcze chwilę wcześniej deklarował w rozmowie z Zero.pl, że ze swojego prezydenckiego gabinetu będzie puszczał „My Way” Franka Sinatry.

Zobacz również:

Jęk zawodu słychać było za to po lewej stronie sceny politycznej. Najpierw lokalne struktury Nowej Lewicy nie pałały chęcią zaangażowania się w kampanię Darii Gosek-Popiołek, później w oczy krakowskiej posłanki zajrzała wizja „wywalenia” podpisów. Z niewielką górką udało się jej zarejestrować, ale wynik wyborczy 4,81 proc. nie dał satysfakcji, co było widać na twarzach ludzi lewicy podczas wieczoru wyborczego.

Reklama
Reklama

Bal na Titanicu – choć raczej na wiślanej barce – odbywał się w Partii Razem, której współprzewodnicząca Aleksandra Owca wyprzedziła swoją dawną mentorkę Gosek-Popiołek o dwa punkty procentowe. Jednak nastroje na wieczorze wyborczym były takie, jakby Owca awansowała co najmniej do drugiej tury.

W całym tym zgiełku umknął za to kandydat PiS, który z trzecim rezultatem (17,5 proc.) zanotował najgorszy wynik tej partii od lat, i to przy braku sensownej rywalizacji z prawej strony. Bo trudno w roli jego rywala postawić Michała Klimka z Korony Brauna, którego najsensowniejszym pomysłem na pozbycie się korków w mieście była likwidacja buspasów, a także happening z odspawaniem nieistniejącego znaku Strefy Czystego Transportu.

Nie dziwi zatem, że do drugiej tury awansowali Łukasz Gibała i Monika Piątkowska (wspierana przez KO i PSL). I dopiero wtedy walka o władzę nabrała rumieńców.

Reklama
Reklama

Kraków idzie na wybory. Monika Piątkowska szuka głosów na finiszu

Najwięcej do zyskania przed drugą turą miała Monika Piątkowska, do stracenia Łukasz Gibała. Tym bardziej zaskakujące są losy ostatnich dwóch tygodni, w których kampania wyborcza wymknęła się dotychczasowej logice.

Zacznijmy od tego, że senatorka Piątkowska przez cały ten wyścig nie dostała zbytniego wsparcia ze strony lokalnej Koalicji Obywatelskiej, liżącej rany po utracie swojego prezydenta w mieście. Rozwiązane struktury po majowym blamażu wciąż są ospałe, nie wiedzą, czyich porad słuchać, nie mają też swojego lidera w Krakowie.

Bez partyjnej machiny lub rozpoznawalności trudno zostać posłem na Sejm, a co dopiero prezydentem drugiego co do wielkości miasta w Polsce. Mimo wcześniejszych koneksji z magistratem, gdzie Piątkowska była jedną z ważnych przybocznych urzędniczek Jacka Majchrowskiego, a także wsparcia lokalnej elity, polityk bała się wyjść z odważnym i niosącym się przekazem.

Z wcześniejszych 100 konkretów Koalicji Obywatelskiej, późniejszej „piętnastki” Miszalskiego, została jedynie „Piątka Piątkowskiej”, która w toku kampanii wyborczej gdzieś się zagubiła. Zresztą od dawna wiadomo, że wyborów nie wygrywa się programami, a emocjami.

Te również – do pewnego momentu – były mocno przygaszone, jak latarnie miejskie w pandemii COVID-19 w Krakowie. W pierwszym tygodniu po pierwszej turze wyborów jasne było, że musi dojść do konfrontacji wizji miasta – tak przynajmniej wynikało z logiki politycznej.

Reklama
Reklama

Kraków jednak pokazał swoje nowe oblicze, próbując upodobnić się do centralnej Polski, i (nie)chcący skopiował motyw z 2020 r., kiedy Andrzej Duda wybrał studio TVP w Końskich, a Rafał Trzaskowski konferencję prasową z dziennikarzami w Lesznie. Pod Wawelem wyglądało to tak, że Łukasz Gibała usiadł z telewizją wPolsce24, mając w rogu ustawioną kartonową Monikę Piątkowską. Z kolei pani senator zaprosiła w piątkowe popołudnie na krakowski Rynek na debatę, która – jeśli nie będzie debatą – to będzie konferencją prasową.

I choć oba sztaby próbowały za tę sytuację winić swojego oponenta, to efekt jest taki, że nie uszanowały tradycji, która – co by nie mówić – pod Wawelem zawsze była szanowana.

Kandydaci, zgodnie ze swoją taktyką niekonfrontowania się publicznie, postanowili za to ścierać się w sądzie w trybie wyborczym. Ping-pong pozwowy trwał jeszcze na kilka godzin przed ciszą wyborczą, a politycy po obu stronach krakowskiej barykady chętnie donosili o swoich zwycięstwach, zaś swoje porażki zawieszali w postach na kontach w mediach społecznościowych.

Kraków – jeśli nie wie już, o co się pokłócić – kłóci się o semantykę, a na końcu mieszkańcy zostają pozbawieni demokratycznego mechanizmu, jakim jest przedwyborcza debata.

Reklama
Reklama

Czytaj również: Ostatnia prosta wyborów w Krakowie. Zapytaliśmy w sondażu, kto powinien wygrać

Monika Piątkowska próbowała ratować swoją kampanię argumentem wsparcia ze strony rządu, prezentując się jako przyszły gospodarz umiejący rozmawiać z Warszawą. I choć ten dychotomiczny podział dawna – obecna stolica Polski wydawałby się odchodzić do lamusa, to zarówno senatorka, jak i jej konkurent bardzo sprawnie naoliwili starą, dobrze znaną maszynę.

Zapewne nie spełniałaby ona wymogów wjazdu do Strefy Czystego Transportu, ale tutaj również „ponad podziałami” obie strony chcą jej zawężenia. I argument finansowy „miasto zarabia na tym kupę kasy” nie przemawia do logiki wyborczej.

Na dystans przez całą kampanię próbował utrzymywać się Łukasz Gibała – zdecydowanie zdający sobie sprawę ze stawki potencjalnej czwartej przegranej w mieście. I choć przez część komentariatu porównywany do Wokulskiego, Mamdaniego czy Trumpa, okazał się człowiekiem wymykającym się z dotychczasowych ram politycznych. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że zgarnia on elektorat od Partii Razem po Koronę Brauna?

„Cóż szkodzi obiecać?” Otóż nie w Krakowie

Wbrew logice kandydaci nie chcieli też za dużo obiecać. Kraków znajduje się na budżetowym zakręcie, każdy mieszkaniec jest średnio dłużny miastu 11 tys. złotych, a szybkich i sprawnych pomysłów na dosypanie do kasy jest niewiele. Za rogiem czai się jeszcze scenariusz, w którym o finansach miasta już niedługo może decydować Regionalna Izba Obrachunkowa. Plan naprawczy dla budżetu – co zresztą można było wyczytać z sondażu SW Research dla Zero.pl – jest najpilniejszym zadaniem dla przyszłego prezydenta miasta.

Reklama
Reklama

I to też paradoksalnie jest punkt wspólny Moniki Piątkowskiej i Łukasza Gibały – kreowali się na sprawnych technokratów, choć nie potrafili do końca tego pokazać w kampanii. Zamiast tego skupili się na mało znaczących sporach sądowych i czepianiu się słów.

A właśnie tej treści kampanijnej, wizji miasta na lata – a nie dokończenie kadencji – zabrakło. Zabrakło w niej też odwołanego Aleksandra Miszalskiego, który swoją dotychczasową drogą polityczną sprokurował te wybory i do dziś nie wytłumaczył się ze swoich decyzji. Co prawda na kilka godzin przed ciszą wyborczą zamieścił wpis w mediach społecznościowych, jednak do rozmowy z dziennikarzami, także portalu Zero.pl, nie chciał „jeszcze w tym momencie” stawać. A szkoda, bo to też byłoby ożywcze dla debaty publicznej.

Zabrakło także typowej energii przedwyborczej, co dało się odczuć na ulicach Krakowa – nie tylko na Starym Mieście, na Kazimierzu, ale też na Złocieniu, Ruczaju czy w Nowej Hucie. Tym razem banerów było znacznie mniej, podobnie jak wolontariuszy, choć jeszcze do piątku pogoda była całkiem niezła. Jednak od rana pod Wawelem mocno wieje.

Pytanie, w którą stronę mocno zawieje ten „wiatr zmian”, co „rozgoni ciemne, skłębione zasłony”.

Reklama
Reklama