W maju wydawało się, że przyspieszone wybory mogą być czymś nader ciekawym, że będą rozgrzewką przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi, że partie będą prężyć muskuły i ze wszystkich sił starać się udowodnić swoją wartość. Potem coś poszło nie tak.
Ale od początku.
Nie wiesz, do którego kandydata jest Ci najbliżej? Skorzystaj z naszego „Pomocnika Wyborczego”.
Sukcesy małe i duże
Referendum w Krakowie było sukcesem i tutaj nie ma się z czym kłócić. Nawet jeśli ktoś był najbardziej zagorzałym zwolennikiem pozostania Aleksandra Miszalskiego na stanowisku, nie może tego sukcesu nie uznać. W końcu zmotywowano blisko 180 tys. osób, żeby w majową niedzielę wstać i iść się opowiedzieć za tym, jakiego miasta chcą.
Ogłaszanie kandydatur też było sukcesem. Wystarczy sobie przypomnieć wszystkie zapowiedzi, które pojawiły się w mediach społecznościowych chociażby spod palców Mariana Banasia lub Marianny Schreiber. Albo te nagłówki, że o fotel w magistracie walczyć chce przedstawicielka komitetu Dobry Radom.
Mniejszym sukcesem była już rejestracja kandydatur. Do komisji zgłosiła się finalnie ósemka kandydatek i kandydatów: Michał Drewnicki (Prawo i Sprawiedliwość), Łukasz Gibała (niezależny, przewodniczący klubu radnych „Kraków dla Mieszkańców”), Daria Gosek-Popiołek (Nowa Lewica), Jan Hoffman (niezależny, współinicjator referendum odwoławczego), Michał Klimek (Konfederacja Korony Polskiej), Aleksandra Owca (Razem), Monika Piątkowska (Koalicja Obywatelska), Sławomir Pietrzyk (Socjaldemokracja Polska).
Z owej ósemki wycofał się jedynie Hoffman, który przekazał poparcie Gibale. Nie wycofał się za to Bartosz Bocheńczak, kandydat Konfederacji Wolność i Niepodległość. I bynajmniej nie dlatego, że postanowił walczyć do końca. Po prostu nie udało mu się zarejestrować kandydatury.
Jedna konfederacja, dwie lewice i bezbarwni giganci
Kiedy ogłoszono ostateczną listę kandydatów, na której zabrakło Bocheńczaka, wiele osób mówiło o farsie, o wielkiej porażce ugrupowania zarzekającego się, że ma zdolności, aby poprowadzić państwo ku świetlanej przyszłości i w przyszłym roku sięgnąć po władzę. Zwłaszcza że nawet drugiej konfederacji, tej Grzegorza Brauna, która odłączyła się ledwie rok wcześniej, udało się zarejestrować komitet. I wszystkie te osoby miały rację. Ja jednak bym podziękował – dzięki tej wpadce chociaż mieliśmy o czym pisać.
Zamiast dwóch konfederacji w Krakowie pojawiły się dwie lewice. Lewica Razem, wystawiająca współprzewodniczącą partii Aleksandrę Owcę, oraz Nowa Lewica z kandydaturą Darii Gosek-Popiołek, byłej członkini Lewicy Razem. I, co by nie mówić, tutaj także nie brakło emocji – niestety niekoniecznie tych w polityce oczekiwanych. W miejsce solidnej debaty o przyszłości Krakowa pojawiły się wycieki prywatnych rozmów i osobiste wycieczki. Za to już nie będę dziękować – szkoda było o tym nawet pisać.
Jeszcze mniejsze emocje przyniosło starcie gigantów – Koalicji Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości, senatorki Moniki Piątkowskiej i radnego Michała Drewnickiego. Nie ma się co dziwić. Trudno jest toczyć walkę, kiedy przeciwników dzieli kilkaset kilometrów między Warszawą a Krakowem. Zwłaszcza jeśli cele obu są całkowicie rozbieżne – jeden ma wygrać, drugi „ładnie przegrać”.
Nudę zawdzięczamy Gibale
Nikt jednak nie przyczynił się tak bardzo do tego, żeby tak hucznie zapowiadana kampania była najnudniejszą od dawna, jak Łukasz Gibała. I to nawet biorąc pod uwagę jego wpadkę z podpisami. Jak miała być emocjonalna, skoro niemal od początku było wiadomo, kto wygra. Jak to mówią, do czterech razy sztuka.
Problem w tym, że na chwilę wszyscy uwierzyliśmy, że ta kampania może wyglądać inaczej, że naprawdę partie będą mogły przetestować się przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi, że rzucą wszystkie siły na Wawel. Nic z tych rzeczy. Kraków się do tego nie nadaje.
Wawel czeka na króla
Jeszcze dwa i pół roku temu Krakowem rządził Jacek Majchrowski, człowiek-instytucja, niemal 22 lata na stanowisku, czterokrotna reelekcja. Przez lata w wyborach pokonał m.in. Zbigniewa Ziobrę, Jana Rokitę, Ryszarda Terleckiego, Janusza Korwin-Mikkego i Małgorzatę Wassermann.
Potem do magistratu wszedł Miszalski i to się nie mogło udać. Kraków potrzebuje króla, a nie menadżera. Przywódcy starego typu, który nie będzie ulegać wpływom partyjnym, a co najwyżej deweloperskim. Majchrowskiego 2.0, przy którym największą dopuszczalną modernizacją byłaby zamiana cygara na podgrzewacz tytoniu.
Krakowianie zapomnieli o tym w 2024 r. i przypomnieli sobie przy referendum. My, obserwatorzy, zapomnieliśmy o tym w maju i przypominamy sobie teraz.
Może zainteresuje Cię także:


