Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz wygrała wybory na przewodniczącą Polski 2050. I jest to najmniej istotna informacja. Znacznie istotniejsze jest to, czy będzie miała czym kierować. Przeczytajcie opinię Patryka Słowika – redaktora naczelnego Zero.pl.

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, 350 głosów. Paulina Hennig-Kloska, 309 głosów.
Od dawna wiadomo, że poważne partie to te, w których jeszcze przed wyborami wiemy, kto je wygra. W przypadku Polski 2050 nie było to oczywiste do samego końca. I to, co początkujący obserwator polityki mógłby nazwać prawdziwym festiwalem demokracji, w istocie było największą tragedią, jaka mogła partii już-nie-Szymona Hołowni się przytrafić. Dwa walczące ze sobą do upadłego obozy. Czy gdy jeden wygrał, a drugi przegrał, da się znów stworzyć wspólnie maszerującą ekipę?
Zamachy, pucze i polityczna agresja
Polska 2050 jest w głębokim kryzysie. Z jednej strony poparcie dla formacji pozostaje marginalne, a politycy myślący o utrzymaniu mandatów w kolejnej kadencji już rozglądają się za partiami, które mogłyby przyjąć ich na listy wyborcze.
Z drugiej, atmosfera w partii jest tak znakomita, że gdy któryś z jej członków napisze coś na wewnętrznym czacie parlamentarzystów, to jest więcej niż pewne, że wiadomość ta trafi w ciągu kwadransa do tuzina dziennikarzy. I to bynajmniej nie po to, by wychwalali oni spryt i mądrość polityków.
Członkowie Polski 2050 zresztą nie spierają się już przy zamkniętych drzwiach. Najcięższe oskarżenia, o zamachy, zdrady i pucze, latają po mediach społecznościowych, w portalach internetowych, telewizjach. Wszystko pod nazwiskiem.
Zbliżenie do Donalda Tuska
Polska 2050, na własne życzenie, stała się w ostatnich tygodniach internetowym memem. Ale warto pamiętać, że od głosów 31 posłów Polski 2050 zależy sejmowa większość. Ba, sejmowa większość wisi na kilkunastu głosach, czyli na ekipie, która jest dziś niezadowolona z rozstrzygnięcia wyborczego w partii już-nie-Szymona Hołowni. A to politycznie przecież bardzo istotne.
I tak jak łatwo wyobrazić sobie rozpad Polski 2050, tak ciężko przyjmować, że obóz niezadowolony z wyboru Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz przestanie popierać rząd Donalda Tuska. Bądź co bądź, to przecież Paulina Hennig-Kloska była tą kandydatką, która gwarantowała zbliżenie do Koalicji Obywatelskiej, a nie realizowanie agendy sprowadzającej się do uwypuklania odmienności od największej partii koalicyjnej.
Gdyby jednak doszedł nowy podmiot niezbędny do rządowej układanki, pojawiłyby się kolejne kłopoty. I tak trudna do skoordynowania koalicja stałaby się jeszcze trudniejsza do trzymania w ryzach. Donald Tusk musiałby dzień w dzień dopasowywać już nie 10 tys., tylko co najmniej 15 tys. puzzli.
Co gorsza dla stabilności władzy, zarówno pozycja tych, którzy w Polsce 2050 by zostali, jak i tych, którzy zdecydowaliby się odejść, byłaby co najmniej dobra. Najzwyczajniej w świecie: bez którejkolwiek z tych grup nie byłoby większości. A przecież żadna z ekip zrodzonych z Polski 2050 (ewentualnie pozostałości po Polsce 2050) nie musiałaby popierać Prawa i Sprawiedliwości. Po prostu zacząłby się handel wymienny: „poprzemy tę ustawę, jeśli dostaniemy coś w zamian”.
Walka o miejsca wyborcze w 2027 r.
Szkopuł w tym, że Polska 2050 ma dziś 31 posłów, a w razie rozpadu formacji miejsca biorące na listach innych partii, przede wszystkim Koalicji Obywatelskiej, otrzymałoby kilkoro, najwyżej kilkanaścioro obecnych parlamentarzystów. Są osoby, które śmiało mogą podjąć ryzyko, jak choćby Aleksandra Leo albo Ryszard Petru, ale rozpad Polski 2050 na dwa obozy dla takich osób jak Bartosz Romowicz czy Kamil Wnuk to najprawdopodobniej szybki koniec nie tak długich przecież karier politycznych.
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz stoi przed wyzwaniem polepienia partii i przygotowania jej na 2027 r. do wspólnego startu w wyborach z inną partią: być może Koalicją Obywatelską na jednej liście, być może znów z Polskim Stronnictwem Ludowym (choć dziś wątpliwe wydaje się, by powtórka z Trzeciej Drogi miała szansę na przekroczenie 5-proc. progu wyborczego).
Jedyna nadzieja dla większości polityków z pomarańczowym tłem za plecami to przekonanie najsilniejszych graczy po stronie obecnej władzy, z Donaldem Tuskiem na czele, że te 2-3 proc., które Polska 2050 może zabrać Koalicji Obywatelskiej, zdecyduje o zwycięstwie lub porażce Tuska w 2027 r.
Jeżeli Tusk uzna, że obędzie się bez tych głosów, Polska 2050 zniknie ze sceny politycznej na zawsze.
Jeśli zaś uzna, że faktycznie niewielkie poparcie partii Pełczyńskiej-Nałęcz może przesądzić, obecni sejmowi debiutanci będą mogli liczyć na więcej miejsc w przyszłym parlamencie niż wynikałoby to z prostej oceny poparcia społecznego.
Indywidualistka u steru
Na dziś trudno jednak zakładać scenariusz, że Polska 2050 będzie trwać do wyborów w 2027 r., a Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz uspokoi nastroje w partii. Po pierwsze, wydarzyło się zbyt wiele, żeby wszyscy zapomnieli o przedwyborczych niesnaskach.
Po drugie, tak jak Pełczyńska-Nałęcz ma wiele zalet, tak bez wątpienia nie jest mistrzynią gry zespołowej i nie słynie z empatii. Szefowa resortu funduszy nie po to wygrała wybory, żeby teraz dopieszczać minister klimatu i jej ludzi.
Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest więc taki, że ci, którzy w 2023 r. szli do Sejmu z hasłem potrzeby poskładania Polski i zakończenia plemiennych podziałów, sami podzielą się na dwa plemiona. Szybko poszło.