W narracji rządu dominuje zadowolenie: reforma ETS to sukces Polski w tym sensie, że Bruksela odpowiedziała na nasze postulaty. Czy rzeczywiście tak jest? Owszem, KE zaproponowała pewne korekty. Ale jednocześnie dołożyła nowe obciążenia, o których mniej się mówi. Przykład? Już za 5 lat systemem ETS zostaną objęte spalarnie odpadów. Będą musiały kupować uprawnienia do emisji, a to zwiększy ich koszty. Wzrosną więc stawki opłat za śmieci. A na tym nie koniec.

- Komisja Europejska przedstawiła założenia reformy systemu ETS. Rząd się cieszy – premier Donald Tusk stwierdził, że KE rozumie nasze problemy i Polska ma teraz „jeszcze bardziej uprzywilejowaną pozycję w porównaniu do innych krajów”.
- Reforma systemu ETS przynosi pewne korekty. Ale główne założenia pozostają te same: do 2040 r. Europa ma zredukować emisje netto o 90 proc. Presja na przemysł zostaje więc utrzymana.
- Z liczb pokazanych przez KE wynika, że cena jednego uprawnienia ETS mocno wzrośnie. Założenia dotyczące lat 2031-2040, zaszyte w koncepcji tzw. banku dekarbonizacji, wskazują, że poszybuje ona do 250 euro z 75 euro obecnie.
- Do tego dochodzą nowe obowiązki. Przykładowo, od 2031 r. systemem ETS zostaną objęte spalarnie śmieci. Będą musiały płacić za uprawnienia do emisji, a to wywoła natychmiastowe skutki finansowe dla naszych portfeli.
- Prezydent Karol Nawrocki, po zapoznaniu się z założeniami reformy ETS, ma złożyć ponowny wniosek o referendum w sprawie przyszłości unijnej polityki klimatycznej – zapowiedział szef gabinetu Karola Nawrockiego, Paweł Szefernaker.
O potrzebie zmian w unijnym systemie ETS – który jest głównym narzędziem polityki klimatycznej Brukseli – mówiło się od dawna. Przypomnijmy, że jest to mechanizm handlu uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych. Funkcjonuje w UE już ponad 20 lat. W ramach tego mechanizmu, elektrownie, fabryki, linie lotnicze, a także armatorzy muszą kupować specjalne pozwolenia, aby móc wypuszczać gazy cieplarniane do atmosfery.
„Córka potwora” idzie po swoje. Marine Le Pen oswoiła francuski strach
Koszty ETS, czyli przemysł ulotnił się wraz z emisjami
W ostatnich latach koszty systemu ETS dla europejskiego przemysłu i obciążenia, jakie generuje on dla jego konkurencyjności, stały się aż nadto widoczne. Owszem, emisje w Europie spadają. Według wyliczeń think-tanku Centrum Strategii Rozwojowych, w latach 1990–2024 r. UE ograniczyła emisje o ok. 35 proc. Wraz z emisjami, jak zauważają eksperci CSR, znikają jednak miejsca pracy i maleje produkcja.
CSR wzięło pod lupę pięć działów przemysłu energochłonnego UE: metale, chemię, przemysł papierniczy, rafinerie oraz produkcja cementu, szkła i ceramiki. Wnioski są niewesołe. Wszystkie one znajduje się poniżej poziomu produkcji z 2005 r. „Od 2008 r. zatrudnienie w Unii w tych branżach zmniejszyło się o ok. 643 tys. osób. W tym samym czasie przedsiębiorstwa europejskie ponosiły trwale wyższe koszty energii niż konkurenci zagraniczni” – wskazują autorzy analizy.
Do Komisji Europejskiej płynęły liczne apele polityków z różnych krajów członkowskich, w tym także z Francji i Niemiec, aby system ETS złagodzić i tym samym zmniejszyć koszty, jakie ponoszą zakłady produkcyjne na Starym Kontynencie. Jak odpowiedziała na to Bruksela?
Bruksela ma koncepcję reformy ETS
Propozycje ogłoszone 17 lipca obejmują m.in. spowolnienie tempa wycofywania uprawnień do emisji o 10 lat – uprawnienia ETS miały zniknąć do 2039 r.; teraz mówi się o 2049 r.
Innymi słowy, uprawnienia dalej będą stopniowo znikać z rynku, by mobilizować kraje UE do przechodzenia na inne, nieemisyjne źródła energii – ale ma to dziać się wolniej. Obecny roczny wskaźnik redukcji wynosi 4,3 proc.
Nowy harmonogram zakłada następujące stawki:
- 2028–2030: 4,4 proc. rocznie (a więc lekkie przyspieszenie);
- 2031–2035: spadek do 3,7 proc. rocznie;
- 2036–2040: wyhamowanie do 1,7 proc. rocznie.
Narrację KE można streścić następująco: dzięki tym zmianom pula pozwoleń do emisji na rynku nie skurczy się tak gwałtownie, co ma dać gospodarce więcej czasu na transformację w kierunku zeroemisyjnych źródeł energii.
Prawnie wiążący cel – ograniczenia emisji netto o 90 proc. do 2040 r. (w porównaniu z poziomami z 1990 r.) – pozostaje jednak ten sam. KE tłumaczy, że chodzi o to, by gospodarki unijne mogły osiągnąć go bez doznawania nagłych szoków kosztowych. Ale te koszty i tak będą – i będą one gigantyczne. Jak pisaliśmy na łamach Zero.pl, rząd jest tego w pełni świadomy i podaje konkretne liczby. W zaktualizowanym Krajowym Planie w dziedzinie Energii i Klimatu (aKPEiK), przygotowanym przez resort klimatu, czytamy, że całkowite nakłady Polski do 2040 r. na transformację energetyczną (w scenariuszu bardziej ambitnym) to ok. 3,5 bln zł. Co znamiennie, nawet wydając takie pieniądze, nie zrealizujemy celu Fit90, a „jedynie” zredukujemy emisje o 60,9 proc. w porównaniu z 1990 r.
Ekspert: Dla przemysłu nie ma żadnej odpowiedzi
– Jeśli przyjmiemy za punkt odniesienia to, co jest dzisiaj , czyli stan przemysłu w 2026 r. i postępującą deindustrializację Europy, to nie ma żadnej odpowiedzi – tak propozycje KE podsumowuje w rozmowie z Zero.pl Marcin Izdebski, ekspert branży energetycznej związany z Centrum Strategii Rozwojowych, a zarazem przewodniczący Rady Energii i Zasobów Naturalnych przy Prezydencie RP.
– Wszelkie rozwiązania idą wręcz dalej w kierunku przyspieszania dekarbonizacji; można powiedzieć, że ta obecna narracja Brukseli o złagodzeniu tempa realizacji polityki klimatycznej odnosi się do pierwotnych założeń KE, a nie do postulatów europejskiego przemysłu. Zresztą KE już na pierwszym slajdzie swojej prezentacji napisała wprost, że w tych zmianach chodzi o dostosowanie regulacji do celu redukcji emisji o 90 proc. netto do 2040 r., który został przyjęty w marcu tego roku bez jakiejkolwiek debaty publicznej.
Marcin Izdebski, Centrum Strategii Rozwojowych
A tempo dochodzenia do tego celu zostanie wręcz podkręcone.
– Warto zauważyć, że w ostatnich 35 latach średnie roczne tempo redukcji emisji w UE wynosiło 1,3 proc. Obecny cel, Fit90, będzie wymagał redukcji rzędu 6,7-11 proc. rocznie, w zależności od poziomu pochłaniania CO2 i wykorzystania kredytów międzynarodowych (czyli „przerzucania” redukcji emisji na zielone inwestycje finansowane przez UE na całym świecie, np. w Afryce czy Ameryce Południowej) – dodaje nasz rozmówca.
Fundusz Modernizacyjny jak plasterek na rany przemysłu?
Rząd Donalda Tuska cieszy się też, że zostanie utrzymany Fundusz Modernizacyjny, który wspiera realizację celów polityki energetyczno-klimatycznej w krajach członkowskich UE. Obecnie korzysta z niego 12 państw o niższych dochodach, w tym Polska. Teraz jego funkcjonowanie jest uregulowane w horyzoncie do 2030 r. Polska chciała, aby w kolejnej dekadzie fundusz funkcjonował dalej i został wzmocniony.
KE zaproponowała w odpowiedzi, by Fundusz Modernizacyjny w latach 2031-2040 został zasilony pulą 280 mln uprawnień (w obecnej dekadzie, tj. w latach 2021-2030, to ok. 650 mln uprawnień). Przy zakładanej przez Brukselę cenie na poziomie 75 euro za jedno pozwolenie, fundusz opiewałby więc na 21 mld euro (przypomnijmy, do podziału na 12 państw). Tymczasem według szacunków w latach 2021–2030 do Polski trafi z Funduszu Modernizacyjnego łącznie ok. 14 mld euro.
Zarazem dla 12 państw, które korzystają z Funduszu Modernizacyjnego, KE chce zarezerwować specjalną kopertę z nowego programu wspierania inwestycji, tzw. booster investment. Łącznie ten „wzmacniacz inwestycji” ma zostać zasilony 400 mln uprawnień, co przy wspomnianej wycenie 75 euro za sztukę da nam ok. 30 mld euro. W kopercie dla Polski i pozostałych 11 państw znalazłoby się zatem ok. 7,5 mld euro na inwestycje.
– Rządzący przedstawiają utrzymanie Funduszu Modernizacyjnego jako sukces Polski – mówi Marcin Izdebski. – Ale czy 280 mln uprawnień, rozłożonych na 10 lat dla 12 krajów, to duża ulga dla naszego kraju? Weźmy pod uwagę, że Polska zużywa ok. 150 mln uprawnień rocznie, a polski przemysł obecnie dostaje 40 mln rocznie darmowych uprawnień które teraz są mu odbierane.
Darmowe uprawnienia to kolejny obszar, o który toczyła się batalia. Do 2025 r. część podmiotów objętych systemem ETS dostawała bezpłatne pozwolenia na emisję, ale w 2026 r. KE zaczęła im je stopniowo powoli odbierać. W 2034 r. miały one zniknąć. Korekta, jaką przedstawiła KE, to zmniejszenie tempa redukcji puli darmowych uprawnień po 2030 r. – z 2,5 proc. do 2 proc. rocznie. W kolejnej dekadzie przemysł ma nadal otrzymywać darmowe uprawnienia. Diabeł tkwi jednak w szczegółach.
Darmowe uprawnienia jednak nie za darmo
– Przedłużenie funkcjonowania bezpłatnych uprawnień, które wymyślono po to, aby europejski przemysł nie uciekał poza granice UE, ma charakter warunkowy – zauważa Marcin Izdebski. – Mają one być dalej przyznawane po 2034 r., ale w zamian za nowe inwestycje w dekarbonizację (odchodzenie od węgla – red.) i w znacznie mniejszych ilościach niż dziś.
Przy okazji UE dołoży firmom trochę biurokracji, z którą miała walczyć.
– Firmy będą musiały najpierw przedstawić plany tych inwestycji (wtedy dostaną 80 proc. darmowego przydziału), a potem dowieść, że je zrealizowały (wówczas dostaną resztę) – mówi ekspert CSR. – Dotychczas darmowe uprawnienia finansowały obecny koszt produkcji zakładów przemysłowych w UE, umożliwiając im konkurowanie z podmiotami spoza Europy. Teraz mają sfinansować przyszłe inwestycje, tak więc koszt produkcji tu i teraz będzie u nas jeszcze wyższy niż w Chinach, Indiach czy Turcji.
Spalarnie śmieci w ETS – to wydrenuje portfele
Tyle o korektach, a co z nowymi obowiązkami, które zakłada proponowana reforma ETS? Uwagę zwraca plan objęcia spalarni odpadów komunalnych tym systemem już od 2031 r. (przy czym obowiązek rozliczania 100 proc. emisji dla tych zakładów wszedłby od 2034 r.).
A zatem – spalarnie odpadów komunalnych będą musiały kupować uprawnienia do emisji dwutlenku węgla. To mocno uderzy w budżety gmin i podniesie rachunki mieszkańców za śmieci, bo koszty zakładów z sektora odpadowego poszybują.
Marcin Izdebski zwraca w tym kontekście uwagę na fakt, że koszt uprawnienia na poziomie 75 euro (przypomnijmy, jedno uprawnienie pozwala na wyemitowanie jednej tony CO2 lub innego gazu cieplarnianego) to szacunek KE na lata 2026-2030.
– Na lata 2031-2040 ten szacunek jest już wyższy – podkreśla. – W prezentacji dotyczącej reformy ETS KE mówi o powołaniu Banku Dekarbonizacji Przemysłu, który dysponowałby pulą ok. 100 mld euro na wsparcie zielonych innowacji. Środki te będą pochodzić z 400 mln uprawnień. W tym rachunku jedno uprawnienie kosztuje 250 euro, a więc ponad 3 razy więcej niż obecnie.
Według propozycji Brukseli, ETS zostanie również rozszerzony na statki o pojemności 400–5000 GT, dotąd wyłączone z systemu, a także loty biznesowe.
Szef BBN o zwrocie w Ukrainie. Ocenił decyzję Zełenskiego
Zręby reformy ETS przedstawione 17 lipca to na razie propozycja, a ostateczny kształt zmian będzie wykuwał się w Radzie UE oraz w Parlamencie Europejskim. KE ma nadzieję, że proces prawny dotyczący zmian w ETS zakończy się przed upływem I kw. 2027 r.
Karol Nawrocki chce referendum ws. polityki klimatycznej. Będzie nowy wniosek
Na razie ruch robi kancelaria prezydenta. Szef gabinetu Karola Nawrockiego, Paweł Szefernaker, poinformował w serwisie X, że w nadchodzącym tygodniu głowa państwa ponownie złoży do Senatu wniosek o referendum w sprawie przyszłości unijnej polityki klimatycznej.
„Tym razem Senat nie zasłoni się »tezą« w pytaniu referendalnym” – napisał Szefernaker. „Oczekujemy, że dopuści do rzetelnej debaty i umożliwi Polakom wypowiedzenie się w tej fundamentalnej dla przyszłości polskiej gospodarki i bezpieczeństwa energetycznego sprawie”.
Poprzedni wniosek Karola Nawrockiego o referendum Senat odrzucił. Pytanie referendalne, które zaproponował wówczas prezydent, brzmiało: „Czy jest Pani/Pan za realizacją polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”. Prezydent już wtedy zapowiadał, że złoży kolejny wniosek – ze zmienionym pytaniem.
