
Dziki coraz śmielej wchodzą do polskich miast, atakują ludzi i psy, a ich obecność prowadzi także do groźnych wypadków. Tymczasem – zdaniem prezesa Naczelnej Rady Łowieckiej – zamiast rozwiązywać problem, przez lata „głaskaliśmy” dzikie zwierzęta i ulegaliśmy „spirali bambinizmu”. W rozmowie z Zero.pl Marcin Możdzonek podkreślił, że bez zdecydowanych działań problem będzie narastał, a samorządy mogą zostać z nim same.
- Prezes Naczelnej Rady Łowieckiej przekonuje, że dziki coraz mocniej zadomawiają się w polskich miastach, ponieważ znajdują tam bezpieczeństwo i łatwy dostęp do pożywienia.
- Jego zdaniem obecne przepisy nie odpowiadają skali problemu, a ograniczenia związane z ASF praktycznie uniemożliwiają skuteczną relokację zwierząt.
- W rozmowie z Zero.pl wskazuje, że konieczne mogą być zmiany prawa, systemowe działania samorządów oraz – w odpowiednio zabezpieczonych miejscach – redukcja populacji.
Dzików jest w polskich miastach coraz więcej. Zwierzęta te pojawiają się już nie tylko na obrzeżach, ale również na osiedlach, placach zabaw, ulicach, przystankach i ruchliwych drogach. Żeby nie odbiegać daleko – przykład z poniedziałku z warszawskiego Wawra; na Południowej Obwodnicy Warszawy miał miejsce karambol, przez trasę przebiegało stado dzików, a kierowcy musieli ostro hamować.
15 tysięcy zgłoszeń
Według informacji przekazanych przez Polski Związek Łowiecki szczególnie szybko rośnie liczba zgłoszeń dotyczących obecności dzików w Warszawie. Według danych przytoczonych przez PZŁ z ponad 5 tys. w 2024 r. wzrosła już w tym roku do 15 tys.
Związek ostrzega również przed rosnącym zagrożeniem dla ludzi i kierowców, wskazując, że tylko w tym roku w Warszawie doszło już do 160 ataków dzików na ludzi, wskutek których kilka osób doznało ciężkich obrażeń.
PZŁ apeluje o systemowe rozwiązania, ale także o odpowiedzialne zachowanie mieszkańców – przede wszystkim niedokarmianie zwierząt, zabezpieczanie śmieci i zgłaszanie ich obecności odpowiednim służbom.
O problemie z dzikami pisała w portalu Zero.pl Sylwia Spurek, prawniczka, była posłanka do Parlamentu Europejskiego i zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich.
Autorka przekonuje, że odstrzał dzików nie powinien być podstawową metodą rozwiązywania problemu ich obecności w miastach. Jej zdaniem źródłem konfliktu są przede wszystkim działania człowieka: rozrastanie się miast, niszczenie naturalnych siedlisk oraz łatwy dostęp zwierząt do odpadów i pożywienia.
Sylwia Spurek podkreśla, że mieszkańcy chcą bezpieczeństwa i kontroli populacji dzików, ale – jak argumentuje – nie oznacza to automatycznej zgody na zabijanie zwierząt. Zamiast tego postuluje systemowe zarządzanie problemem: lepszą gospodarkę odpadami, zabezpieczanie śmietników, edukację mieszkańców, odpowiednie projektowanie przestrzeni miejskiej i tworzenie strategii dotyczących dzikich zwierząt.
Autorka kwestionuje również narrację, że alternatywą jest wyłącznie „człowiek albo dzik”. Przyznaje, że dziki są zwierzętami dzikimi i mogą być niebezpieczne, ale jej zdaniem nowoczesne miasto powinno przede wszystkim zapobiegać konfliktom, a nie reagować na nie głównie poprzez odstrzał.
Marcin Możdzonek o problemie dzików w miastach
Inaczej na problem dzików w miastach patrzy Marcin Możdzonek, były kapitan reprezentacji Polski w piłce siatkowej, a obecnie prezes Naczelnej Rady Łowieckiej i olsztyński radny.
Nasz rozmówca podkreśla, że wielkim problemem jest to, iż wpadamy dziś w „spiralę bambinizmu”. – Nadajemy ludzkie cechy dzikim zwierzętom, które przecież działają instynktownie. Ich podstawowe potrzeby to zdobycie pożywienia, rozmnażanie się, a w sytuacji zagrożenia – atak lub ucieczka. Tak funkcjonuje natura od setek tysięcy lat – wskazał Możdzonek.
I dodaje, że problem z dzikami polega na tym, że zaczęliśmy je „głaskać” – i to nie tylko w przenośni, bo niektórzy rzeczywiście próbują to robić. W ocenie prezesa NRŁ „zaczęliśmy udawać, że są to zwierzęta całkowicie niegroźne, a dodatkowo zaczęliśmy je dokarmiać”. To – jak podkreśla nasz rozmówca – karygodny błąd.
– Dziki to bardzo cwane zwierzęta. Szybko zorientowały się, że w miastach mają łatwy dostęp do pożywienia i przede wszystkim spokój. Nikt ich tam nie przepędza. W przeciwieństwie do terenów rolniczych, gdzie są płoszone, w mieście mogą swobodnie przemieszczać się i funkcjonować – zwrócił uwagę.
Żartobliwie dodał, że w samej Warszawie mamy ponad pięć tysięcy dzików, które są już tam „zameldowane”. Mniej żartobliwie stwierdził, że ich przyrost jest ogromny i może sięgać nawet 300–400 proc. planu łowieckiego. To – jego zdaniem – pokazuje skalę problemu.
– Te zwierzęta rodzą się już w miastach i dla kolejnych pokoleń przestrzeń miejska staje się jedynym środowiskiem, które znają. One nie mają powodu, żeby opuszczać miasto – ocenił.
„Bzdury celebrytów”
– Słyszę w mediach bzdury różnych celebrytów, którzy – moim zdaniem – nie mają zielonego pojęcia o przyrodzie, tym bardziej o łowiectwie. Mają natomiast swoje miejskie wyobrażenie. Pojawiają się choćby twierdzenia, że to myśliwi poprzez polowania wypędzili dziki do miast. To kompletna bzdura. Oprócz dzików, które w mieście są od zawsze, dziki z lasu przychodzą do miast, ponieważ tu nie ma presji wilka i jest bardzo łatwy dostęp do pożywienia. To jest podstawowa przyczyna – zaznaczył Możdzonek.
Mówiąc o zagrożeniach związanych z obecnością dzików w miastach nasz rozmówca zauważył, że dzik ważący 40 kilogramów – a takie rozmiary może osiągnąć już pod koniec pierwszego roku życia – jest w stanie poważnie zranić człowieka. – To po prostu niebezpieczne, dzikie zwierzę. Jeśli może zagrozić dorosłemu człowiekowi, to tym bardziej dziecku czy psu podczas spaceru – przyznał.

. Prezes Naczelnej Rady Łowieckiej Marcin Możdżonek (fot. Paweł Supernak / PAP)
Kolejnym problemem są wypadki komunikacyjne. Jak podkreślił, takie zdarzenia generują ogromne koszty, liczone w setkach tysięcy, a być może nawet milionach złotych – zarówno w odszkodowaniach, naprawach oraz oczywiście leczeniu ludzi i zwierząt.
Do tego dochodzi również kwestia zwierząt, które giną w wypadkach. Możdżonek zauważył, że ich tusze muszą być później zutylizowane.
Zdaniem prezesa NRŁ możliwości rozwiązania problemu dzików w miastach są dziś ograniczone, co wynika między innymi z przepisów związanych z afrykańskim pomorem świń. Dzików nie można bowiem swobodnie relokować. – Wcześniej próbowano łapać dziki i wywozić je poza miasta. Problem polegał jednak na tym, że zwierzęta wracały. Wracały tam, gdzie miały spokój i łatwy dostęp do pożywienia. Było to więc rozwiązanie tymczasowe – wskazał Móżdżek.
Jest też inna możliwość – można łapać dziki w pułapki żywołowne. W tym przypadku zwierzęta mogą zostać uśpione. – Wówczas tusza nie nadaje się do zjedzenia i musi zostać zutylizowana – wyjaśnił rozmówca Zero.pl.
Marcin Możdzonek zwiastuje, że problem będzie narastał, a gminy same sobie z nim nie poradzą. Kolejnym mankamentem, na jaki wskazuje, jest to, że samorządy działają również na podstawie przepisów, z których część pochodzi jeszcze z 1995 r. i zupełnie nie przystaje do dzisiejszej rzeczywistości.
– Samorządy mają nawet problemy z tym, jak formalnie finansować działania firm, które mogłyby zajmować się ograniczaniem populacji dzików w mieście, zgodnie z obecnymi potrzebami i przepisami. To skomplikowana kwestia administracyjna, ale przepisy wyraźnie nie nadążają za skalą problemu - zauważył.
Odstrzał w określonych warunkach
W jego przekonaniu jednym z rozwiązań jest zaangażowanie odpowiednich służb i prowadzenie odstrzału, ale tylko i wyłącznie w bardzo ściśle określonych warunkach. – Chciałbym, żeby to mocno wybrzmiało: nie może to odbywać się między budynkami czy w miejscach, w których przebywają ludzie. Takie działania mogłyby być prowadzone wyłącznie na odpowiednio zabezpieczonych terenach, na przykład w parkach lub lasach miejskich. Nie może być mowy o prowadzeniu takich działań na placach zabaw, dziedzińcach, ulicach czy w bezpośrednim sąsiedztwie mieszkańców. Wszystko musiałoby odbywać się przy współpracy odpowiednich służb – policji, straży miejskiej, a w razie konieczności również innych formacji, które mogłyby pomóc w zabezpieczeniu terenu – wskazał.
Dodał, że prędzej czy później do takich rozwiązań będzie trzeba sięgnąć. Zdaniem Możdzonka część samorządowców, w tym Rafał Trzaskowski, wiedziała o problemie, ale ulegała presji niewielkiej grupy aktywistów. – Tymczasem stawką jest bezpieczeństwo ludzi. Nie można ignorować sytuacji. Były również tragiczne zdarzenia – kobieta poroniła, zginął mężczyzna, inna osoba ma poszarpaną łydkę – wyliczył.
A jak z problemem dzików w aglomeracjach radzą sobie inne miasta? Możdzonek przywołał przykład hiszpańskiego Madrytu, gdzie wykorzystuje się myśliwych z łukami.
Jednak w Polsce polowanie z użyciem łuku jest zabronione, co oznacza, że również w tym przypadku potrzebna byłaby zmiana przepisów.
- Jeżeli natomiast dziki są wyłapywane w pułapki żywołowne i następnie usypiane, tracimy bardzo wartościowy surowiec, jakim jest dziczyzna. I pragnę zwrócić uwagę, że ta dziczyzna nie musi być jedzona tylko przez ludzi. Proszę spojrzeć na skład dobrej karmy kanapowego pupila i zrozumieć, że dziczyzna to mięso. Z grupy tych najbardziej wartościowych. To również powinno zostać przemyślane w kontekście przyszłych rozwiązań – podsumował Marcin Możdzonek.

