Reklama
Kraj

Unia łagodzi ETS tylko na papierze. Droższe będą prąd, ogrzewanie i wywóz śmieci

Bruksela zrobiła pół kroku wstecz, ale nie zawróciła z obranej drogi. Nowy projekt reformy ETS łagodzi część przepisów uznawanych za nierealne, lecz nadal przewiduje wzrost cen uprawnień do emisji, rozszerzenie systemu na kolejne obszary gospodarki oraz stopniowe ograniczanie ochrony przemysłu. Dla firm i gospodarstw domowych oznacza to wyższe koszty funkcjonowania.

Marcin Izdebski
Opinia autorstwa: Marcin Izdebski
Dzisiaj 21:20
24 min
Kominy elektrowni emitujące dym na tle błękitnego nieba, ujęcie z lotu ptaka
Reforma unijnego systemu ETS podniesie koszty emisji CO2 ponoszone przez elektrownie i przemysł energochłonny. (fot. ewg3D / Getty Images)
TYLKO NA
  • Unia cofa część najbardziej ambitnych zmian w ETS, ale nie rezygnuje z planu dalszego ograniczania emisji CO₂.
  • Rachunek za politykę klimatyczną ma dalej rosnąć, ponieważ ceny uprawnień do emisji mają być wyższe niż obecnie.
  • Nowe opłaty obejmą kolejne sektory, co może wpłynąć m.in. na koszty ogrzewania, transportu i gospodarki odpadami.
  • Choć przemysł otrzyma czasową ulgę, długoterminowo system będzie bardziej restrykcyjny niż dziś, a większą kontrolę nad nim zyska Komisja Europejska.

Komisja Europejska łagodzi część nierealnych rozwiązań, które sama wcześniej zapisała na kolejne lata. Nie oznacza to jednak poluzowania polityki klimatycznej. W porównaniu z warunkami prowadzenia działalności w 2026 r. nowy ETS będzie droższy, obejmie więcej sektorów, ograniczy ochronę przemysłu i przeniesie kolejne decyzje gospodarcze z państw członkowskich na poziom Komisji.

17 lipca Komisja Europejska przedstawiła projekt kolejnej rewizji unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji. W komunikacie dominują słowa o większej elastyczności, przewidywalności i ochronie konkurencyjności. Część komentatorów zapewne przedstawi propozycję jako wycofanie się Unii z najbardziej restrykcyjnych elementów polityki klimatycznej.

Taki obraz jest mylący, ponieważ opiera się na wygodnie dobranym punkcie odniesienia.

Reklama
Reklama

Komisja porównuje nowy projekt z przepisami zapisanymi na lata 30. – przepisami, które nie zdążyły jeszcze w pełni zadziałać i które prowadziłyby do gwałtownego wzrostu kosztów oraz niemal całkowitego odebrania przemysłowi dotychczasowej ochrony. Na tle takiego scenariusza każda korekta może wyglądać jak ulga.

Dla przedsiębiorstwa, elektrowni, samorządu i gospodarstwa domowego prawdziwym punktem odniesienia nie jest jednak hipotetyczna katastrofa przewidziana w dotychczasowym prawie na 2035 r. czy 2040 r. Są nim koszty ponoszone obecnie — w 2026 r.

A wobec dzisiejszych warunków kierunek jest jednoznaczny: cena emisji ma wzrosnąć, system obejmie kolejne dziedziny życia, przemysł szybko straci większość darmowych uprawnień, a ETS2 podniesie ceny ogrzewania i transportu.

Komisja zatrzymuje się tuż nad przepaścią, do której sama doprowadziła europejską gospodarkę, cofa się o pół kroku i przedstawia to jako zmianę kursu. Tymczasem droga nadal prowadzi w tę samą stronę – ku wyższym kosztom, słabszemu przemysłowi i coraz większej zależności od importu.

Reklama
Reklama

Najważniejsza liczba reformy: średnio 150 euro za tonę CO₂

ETS działa według prostej zasady: przedsiębiorstwo musi posiadać jedno uprawnienie za każdą wyemitowaną tonę dwutlenku węgla. Uprawnienia są kupowane na rynku, a ich liczba jest odgórnie ograniczana. Im mniej uprawnień i im większe zapotrzebowanie na nie, tym wyższa cena emisji.

Najważniejsze informacje o przyszłych kosztach nie znalazły się jednak w komunikacie prasowym Komisji, lecz w ocenie skutków regulacji.

Przy obliczaniu kosztów objęcia spalarni systemem Komisja Europejska przyjmuje cenę 110 euro za tonę CO₂ w 2030 r. W części poświęconej kosztom pośrednim przemysłu wskazuje natomiast, że średnia cena emisji w latach 2031–2040 została przyjęta na poziomie 150 euro za tonę.

Reklama
Reklama

Czytaj także: Gorzki bilans dekady. Jak Brexit pogłębił wszystkie problemy, które miał rozwiązać

Co to oznacza w praktyce?

Przy cenie 110 euro oraz kursie około 4,3 zł za euro koszt wyemitowania jednej tony CO₂ wynosi około 473 zł. Elektrownia na węgiel brunatny, która emituje około 1,1 tony CO₂ przy produkcji jednej megawatogodziny energii, zapłaci więc ponad 520 zł samego kosztu ETS na każdą MWh.

To więcej niż średnia cena sprzedaży energii elektrycznej na rynku konkurencyjnym w Polsce w 2025 r., która wyniosła około 458 zł/MWh. Innymi słowy, za kilka lat sam koszt emisji w elektrowni na węgiel brunatny może być wyższy niż ubiegłoroczna wartość całej wyprodukowanej energii — jeszcze przed doliczeniem paliwa, wynagrodzeń czy remontów. W przypadku pracującej szczytowo elektrowni gazowej koszt ETS może wynosić około 240–260 zł/MWh. Przy cenie 150 euro za tonę CO₂ koszty te będą odpowiednio większe.

Wzrost ceny uprawnień nie zatrzyma się na rachunku elektrowni. Przejdzie na cenę energii, ciepła, stali, cementu, nawozów, szkła, papieru i produktów chemicznych. Następnie zostanie doliczony do kosztów mieszkań, infrastruktury, żywności, transportu i usług publicznych.

Reklama
Reklama

Komisja sama potwierdza więc, że pomimo zapowiadanych „ulg" przyszły ETS ma działać przy poziomie cen znacznie wyższym niż obecnie.

Nowy ETS wejdzie do rachunku za śmieci

Najbardziej bezpośrednio odczuwalną zmianą będzie objęcie systemem spalania odpadów innych niż niebezpieczne. Od 2031 r. spalarnie będą musiały kupować uprawnienia do emisji:

  • za 25 proc. emisji w 2031 r.,
  • za 50 proc. w 2032 r.,
  • za 75 proc. w 2033 r.,
  • za całość emisji od 2034 r.

Komisja oszacowała, że przy cenie emisji wynoszącej 110 euro koszt ETS przypadający na tonę spalonych odpadów wyniesie od 38,5 do 66 euro. Przy przyjętej przez KE średniej opłacie za przyjęcie tony odpadów wynoszącej około 100 euro oznaczałoby to wzrost kosztu spalania o 38,5–66 proc., jeżeli koszt zostanie przerzucony na wytwórców odpadów. Komisja przewiduje przy tym jego dalszy wzrost wraz z ceną uprawnień.

Reklama
Reklama

Ostatecznie nie zapłaci spalarnia jako abstrakcyjny podmiot. Zapłacą mieszkańcy – przez wyższe opłaty za odbiór i zagospodarowanie odpadów, wyższe ceny ciepła produkowanego w spalarniach albo przez oba te kanały.

Dla Polski jest to szczególnie niekorzystne. W wielu państwach zachodnich duża część potrzebnej infrastruktury już istnieje. Polska nadal przeznacza miliardy złotych na budowę i modernizację instalacji, które mają pomóc ograniczyć składowanie odpadów i spełnić inne wymogi unijne. Jeszcze niedawno unijny Fundusz Modernizacyjny przeznaczył dodatkowe 2 mld zł na rozwój takich projektów, nazywając ich budowę „ekologiczną i ekonomiczną koniecznością".

Najpierw Unia wymaga więc budowy instalacji potrzebnych do ograniczania składowania, a następnie nakłada na nie nowy koszt, który obniży opłacalność inwestycji i podwyższy opłaty mieszkańców. Mechanizm ten znają już miliony Polaków, którzy zainwestowali w piece gazowe, po czym dowiedzieli się, że zużywane przez nie paliwo zostanie objęte dodatkową opłatą za emisje w ramach ETS2.

Zobacz także: O tym się milczy. Reforma ETS po cichu dokręca klimatyczną śrubę

Reklama
Reklama

Składowiska nie zostaną na tym etapie objęte pełnym obowiązkiem zakupu uprawnień, ale zostaną wprowadzone do systemu monitorowania emisji metanu. Komisja ma później ocenić ich pełne włączenie do ETS. Warto przypomnieć, że podobnie rozpoczęła się historia spalarni: najpierw nałożono obowiązek pomiaru i raportowania emisji, a następnie wprowadzono opłatę. Monitoring składowisk należy więc traktować jako otwarcie drogi do kolejnego rozszerzenia systemu.

Polska powinna w tym zakresie zabiegać o czasowe wyłączenie, aby najpierw móc zrealizować cele ograniczenia składowania, które pozostaje najbardziej uciążliwą dla środowiska i okolicznych mieszkańców formą zagospodarowania odpadów.

ETS2 pozostaje i zacznie działać w 2028 r.

Obecna rewizja nie wycofuje ani nie przesuwa ETS2 – odrębnego systemu obejmującego paliwa wykorzystywane w budynkach, transporcie drogowym i mniejszym przemyśle. Komisja potwierdza, że ma on stać się w pełni operacyjny w 2028 r.

W analizie „Wpływ ETS2 na koszty życia Polaków", przygotowanej przez Wandę Buk i Marcina Izdebskiego, oszacowano, że według pierwotnego harmonogramu rozpoczynającego system w 2027 r. przeciętna polska rodzina ogrzewająca mieszkanie gazem poniosłaby skumulowany dodatkowy koszt:

Reklama
Reklama
  • 6338 zł do 2030 r.,
  • 24 018 zł do 2035 r.

Dla rodziny ogrzewającej dom węglem koszty wynosiły odpowiednio 10 311 i 39 074 zł.

Koszt dla całej gospodarki jest jeszcze bardziej wymowny. Analiza CSR wskazuje, że w latach 2028–2032 koszt wyceny emisji objętych ETS2 może wynieść w Polsce około 45,4 mld euro. Przewidywane znaczne wpływy budżetowe nie pokryją tej kwoty, a skumulowany ujemny bilans systemu może wynieść około 7,8 mld euro.

W praktyce obywatel zostanie obciążony wielokrotnie:

Reklama
Reklama
  • przez ETS zawarty w cenie energii elektrycznej i produktów przemysłowych,
  • przez ETS2 w cenie paliwa i ogrzewania,
  • przez ETS w opłacie za odpady,
  • przez droższy transport,
  • przez podatki potrzebne do finansowania osłon i dotacji inwestycyjnych.

Komisja nie obniża więc rachunku. Rozkłada go na więcej pozycji, tak aby każda z osobna była mniej widoczna.

Przemysł wchodzi w reformę już osłabiony

Nowe koszty nie zostaną nałożone na europejski przemysł znajdujący się w dobrej kondycji i posiadający duży margines finansowy. Zostaną nałożone na sektor, który od lat traci produkcję, miejsca pracy i udział w światowym rynku.

Analiza Centrum Strategii Rozwojowych „Fit90: Koszty transformacji klimatycznej Unii Europejskiej" pokazuje, że wszystkie pięć badanych branż energochłonnych pozostaje poniżej poziomu produkcji z 2005 r. Dotyczy to papieru, chemii, metali, rafinerii i koksowni oraz produkcji cementu, szkła i ceramiki.

Reklama
Reklama

Sprawdź też: Prezydent pisze do premiera. Nawrocki wskazuje kierunek przed Radą Europejską

Od kryzysowego załamania w 2008 r. do 2023 r. zatrudnienie w tych sektorach spadło z 4,61 do 3,96 mln osób. Oznacza to utratę około 643 tys. miejsc pracy. W tym samym czasie emisje tych branż zmniejszyły się o około 35 proc., ale spadała również produkcja. Nie cała redukcja była zatem wynikiem modernizacji. Jej część została osiągnięta przez ograniczenie aktywności i zamykanie europejskich mocy.

Równolegle rośnie różnica między emisjami powstającymi na terytorium UE a emisjami związanymi z europejską konsumpcją. W 2016 r. wynosiła ona około 394 mln ton CO₂eq, a w 2023 r. już około 706 mln ton.

Europa ogranicza emisje we własnych statystykach, ale coraz większa część produkcji potrzebnej europejskim konsumentom powstaje poza Unią.

Reklama
Reklama

To właśnie w takim momencie Komisja proponuje dalszy wzrost kosztu emisji oraz stopniowe odbieranie przemysłowi mechanizmu, który dotychczas częściowo chronił go przed producentami spoza UE.

Polska już dziś płaci więcej niż odzyskuje

Polski bilans ETS jest ujemny już przy obecnych zasadach. W latach 2021–2024 koszt umorzenia uprawnień przez krajowe instalacje przewyższył łączną wartość wpływów z aukcji, darmowych uprawnień oraz środków przypisanych Polsce z funduszy unijnych o około 12,4 mld euro. Od początku obecnej fazy systemu każdy kolejny rok przynosił ujemne saldo.

Po rewizji bilans zostanie pogorszony. Z jednej strony instalacje będą kupowały uprawnienia po wyższej cenie. Z drugiej strony — zmniejszy się wartość darmowej alokacji trafiającej do przemysłu, a coraz większa część uprawnień i wpływów zostanie skierowana do instrumentów zarządzanych centralnie przez Komisję.

Darmowe uprawnienia zostają na dłużej, ale będzie ich coraz mniej

Przemysł energochłonny otrzymuje część uprawnień bezpłatnie. Nie jest to prezent. Darmowa alokacja ma częściowo wyrównywać różnicę pomiędzy europejskim producentem obciążonym kosztem CO₂ a konkurentem z kraju, w którym podobna opłata nie obowiązuje.

Reklama
Reklama

Komisja proponuje wolniejsze wygaszanie darmowych uprawnień dla sektorów objętych CBAM. To rzeczywista ulga wobec dotychczasowych przepisów, ale nadal oznacza radykalne pogorszenie sytuacji względem 2026 r.

Rok Dotychczasowe prawo: pozostająca alokacja Projekt rewizji
2028 90 proc. 91,5 proc.
2029 77,5 proc. 81 proc.
2030 51,5 proc. 59 proc.
2031 39 proc. 48 proc.
2032 26,5 proc. 37,5 proc.
2033 14 proc. 27 proc.
2034–2037 0 proc. 15 proc.
od 2038 0 proc. 0 proc.

Komisja nie zachowuje więc obecnego poziomu ochrony. Spowalnia tylko jego likwidację. Już w 2030 r. zakład otrzyma niespełna 60 proc. alokacji wynikającej z unijnego wzorca emisyjności, który również ma być z roku na rok zaostrzany. W 2033 r. pozostanie 27 proc., a od 2038 r. przemysł objęty CBAM nie otrzyma darmowych uprawnień w ogóle.

Do tego dochodzi drugi warunek. Od 2031 r. zasadniczo pozostała darmowa alokacja zostanie uzależniona od inwestycji dekarbonizacyjnych:

Reklama
Reklama
  • 80 proc. uprawnień będzie przyznawanych po przedstawieniu i zatwierdzeniu planu;
  • pozostałe 20 proc. dopiero po wykonaniu inwestycji i potwierdzeniu znaczącej redukcji emisji;
  • wartość inwestycji ma odpowiadać co najmniej pełnej wartości darmowych uprawnień przyznanych w danym pięcioletnim okresie.

Darmowe uprawnienia przestają więc być przede wszystkim ochroną przed nierówną konkurencją. Stają się warunkowym bonem inwestycyjnym.

Dlaczego przemysł sam nie realizuje tych inwestycji?

Odpowiedź jest mniej skomplikowana, niż sugerują unijne strategie: ponieważ wiele z tych inwestycji jest dziś nieopłacalnych.

Koszt emisji uzasadniający głęboką dekarbonizację wynosi orientacyjnie około:

Reklama
Reklama
  • 200 euro za tonę CO₂ w przypadku stali produkowanej z wykorzystaniem wodoru,
  • 215 euro w przypadku cementu z pełnym wychwytem i składowaniem CO₂,
  • 300 euro w przypadku zielonego amoniaku.

Technologie są droższe od tradycyjnej produkcji, wymagają ogromnej ilości konkurencyjnej cenowo energii i zależą od infrastruktury, której w znacznej części Europy nadal nie ma: nowych sieci, wodoru, transportu CO₂ i miejsc jego składowania.

Producent może wybudować droższą instalację, ale nie ma gwarancji, że klient zapłaci wyższą cenę za jej produkt. Na rynku światowym będzie konkurował ze stalą, cementem, aluminium czy nawozami produkowanymi bez równoważnego kosztu emisji.

Może Cię zainteresować: Koronny argument prezesa PiS upadł? „Nie ma podstaw do odebrania subwencji”

Reklama
Reklama

Warunkowanie darmowych uprawnień realizacją takich projektów nie tworzy konkurencyjnej gospodarki. Zmusza przedsiębiorstwo do wyboru pomiędzy trzema złymi rozwiązaniami:

  1. zainwestować w technologię, która będzie wytwarzać droższy produkt;
  2. utracić część darmowej alokacji i podnieść koszt produkcji;
  3. ograniczyć produkcję lub przenieść produkcję poza Europę.

W małych miastach i regionach przemysłowych skutkiem nie będzie wyłącznie pogorszenie wyniku finansowego przedsiębiorstwa. Będą nim utracone miejsca pracy, mniej zamówień dla lokalnych firm, niższe dochody gminy i trwałe osłabienie całej wspólnoty.

CBAM nie zastąpi skutecznie ochrony przemysłu

Komisja odpowiada, że rynek europejski będzie chroniony przez CBAM — mechanizm nakładający koszt emisji na wybrane towary importowane do UE. Problem polega na tym, że CBAM nie jest równoważnym zamiennikiem darmowych uprawnień.

Reklama
Reklama

Po pierwsze, obejmuje tylko określone produkty i nie chroni w takim samym stopniu dalszych etapów przetwarzania. Jeżeli opłata zostanie nałożona na stal, ale nie na gotową maszynę, część produkcji może zostać przeniesiona poza UE, a następnie wrócić jako bardziej przetworzony produkt.

Po drugie, CBAM nie chroni europejskiego eksportu. Producent z UE sprzedający na rynku amerykańskim, azjatyckim lub afrykańskim poniesie pełny koszt ETS, podczas gdy jego konkurent może go nie ponosić.

Darmowe uprawnienia częściowo chronią zarówno sprzedaż w UE, jak i eksport. CBAM działa tylko na granicy importowej.

Przeczytaj także: Droższe nawozy grożą podwyżkami cen żywności. Bruksela rusza z planem ratunkowym

Reklama
Reklama

Samo przedłużenie 15 proc. darmowej alokacji do 2037 r. jest pośrednim przyznaniem przez Komisję, że mechanizm graniczny nie jest skuteczną ochroną. Gdyby działał bez luk, utrzymywanie darmowych uprawnień nie byłoby potrzebne.

Dla Polski bilans tej zmiany pozostaje jednoznacznie ujemny. Szacowane wpływy z CBAM do 2034 r. wyniosą około 1,6 mld euro, podczas gdy utrata darmowych uprawnień oznacza koszt około 14,4 mld euro. Ujemne saldo sięga zatem około 12,9 mld euro. Na każde euro wpływu z CBAM przypada około dziewięciu euro utraconej ochrony krajowego przemysłu.

System obejmie również loty i transport morski

Od 2029 r. ETS ma objąć większą część lotów z Europy do państw znajdujących się w promieniu 5000 km od Frankfurtu. Rozszerzenie systemu podniesie koszty linii lotniczych, a następnie ceny biletów.

Komisja przedstawia tę granicę jako sposób ograniczenia ucieczki ruchu do portów poza UE. W praktyce nie likwiduje ona problemu, lecz przesuwa go bliżej granic Unii.

Reklama
Reklama

Szczególną przewagę może uzyskać Stambuł. Dla pasażerów z miast, które i tak nie obsługują bezpośrednich połączeń pozaeuropejskich, przesiadka w Turcji może stać się bardziej atrakcyjna niż podróż przez Frankfurt, Paryż czy Amsterdam.

Rozwiązanie jest zatem nie tyle skuteczną ochroną europejskiego lotnictwa, ile próbą ograniczenia skali strat największych hubów UE.

System zostanie rozszerzony również na określone kategorie mniejszych statków o tonażu od 400 do 5000 GT. Koszt zostanie przeniesiony na fracht, obsługę portową i ceny przewożonych produktów.

Co Komisja faktycznie łagodzi?

Dopiero w tym miejscu warto wyjaśnić dwa techniczne elementy, które są przedstawiane jako zasadnicze poluzowanie systemu.

Reklama
Reklama

Pierwszym jest tempo zmniejszania całkowitej liczby uprawnień. Obecne prawo przewiduje, że pula dostępnych uprawnień będzie spadać bardzo szybko. Komisja proponuje, aby po 2030 r. malała wolniej, dzięki czemu uprawnienia będą sprzedawane również po 2040 r.

To rzeczywista korekta. Oznacza jednak jedynie, że podaż nie zostanie ograniczona tak gwałtownie, jak wcześniej planowano. Nie oznacza powrotu do liczby uprawnień dostępnych w 2026 r. ani tym bardziej spadku ceny ETS.

Dotychczasowa ścieżka prowadziła do całkowitego wyczerpania nowej podaży uprawnień około 2040 r. W praktyce oznaczałoby to założenie, że w ciągu niespełna dwóch dekad instalacje energetyczne, cementownie, huty, rafinerie i zakłady chemiczne całkowicie wyeliminują emisje albo przestaną działać.

Było to założenie oderwane od rzeczywistego tempa rozwoju technologii, infrastruktury i inwestycji przemysłowych. Korekta nie jest więc dowodem zmiany polityki, lecz przyznaniem, że wcześniej zapisana ścieżka była niewykonalna. Obecna też, ale to będzie można przyznać za jakiś czas.

Reklama
Reklama

Drugim elementem jest rezerwa stabilności rynkowej, czyli magazyn, do którego przenosi się część uprawnień, gdy Komisja uznaje, że na rynku jest ich zbyt dużo. Komisja zapowiada zmniejszenie maksymalnej skali poboru z 24 do 12 proc.

Brzmi to jak duża zmiana, ale w praktyce jest nieistotna. Już przy danych za 2025 r. liczba uprawnień w obiegu była zbyt niska, aby uruchomić pełny pobór 24 proc. Zadziałała łagodniejsza formuła, a sama ocena skutków KE przewiduje, że po 2027 r. rezerwa przestanie odbierać kolejne uprawnienia i w latach 30. zacznie je raczej uwalniać.

Znacznie ważniejsze jest zakończenie trwałego kasowania części uprawnień znajdujących się w rezerwie. Pozostaną one dostępne jako przyszły bufor, zamiast bezpowrotnie znikać.

Reklama
Reklama

To realne ograniczenie ryzyka nagłego braku uprawnień. Nadal nie stanowi jednak gwarancji niskiej ceny. Komisja sama opiera swoje kalkulacje na średniej 150 euro w kolejnej dekadzie, a presja na dalszy wzrost cen pozostanie silna.

„Kto pierwszy, ten lepszy" premiuje państwa zachodnie

Pierwsza faza Banku Dekarbonizacji Przemysłu ma działać według zasady „first come, first served", czyli „kto pierwszy, ten lepszy". Środki będą przyznawane projektom spełniającym warunki w kolejności ich zgłoszenia.

Na pierwszy rzut oka zasada wydaje się prosta i neutralna. W praktyce premiuje jednak nie państwa i zakłady najbardziej zagrożone utratą produkcji, lecz te, które najwcześniej przygotują kompletne projekty. To oznacza premiowanie gospodarek, które dysponują tańszym finansowaniem oraz większymi przedsiębiorstwami.

Fundusz Modernizacyjny nie równoważy polskiego rachunku

Jednym z głównych argumentów przedstawianych na rzecz reformy jest przedłużenie Funduszu Modernizacyjnego. W latach 2031–2040 ma do niego trafić 280 mln uprawnień, przeznaczonych dla 12 państw. Liczba ta wygląda imponująco, dopóki nie zestawi się jej ze skalą polskiego ETS.

Reklama
Reklama

Polskie instalacje objęte systemem emitują obecnie około 150 mln ton CO₂ rocznie. Cała dziesięcioletnia pula Funduszu Modernizacyjnego dla 12 państw odpowiada więc mniej niż dwuletnim emisjom samych polskich instalacji. Po rozłożeniu na dziesięć lat Fundusz otrzyma średnio 28 mln uprawnień rocznie – dla wszystkich 12 państw łącznie. Polski udział wyniesie 38,14 proc., tj. 10,4 mln uprawnień rocznie. Tymczasem sam polski przemysł otrzymuje dziś około 40 mln darmowych uprawnień rocznie.

Fundusz Modernizacyjny może pomóc sfinansować część potrzebnych inwestycji, ale jego skala nie odpowiada kosztom ponoszonym przez polską gospodarkę. Nie można przedstawiać go jako rekompensaty za wyższe ceny EUA, utratę darmowej alokacji i ujemny bilans całego systemu.

Sprawdź również: Skończyły się dopłaty do elektryków. A teraz zgadnijcie, co zaczęli robić importerzy

Komisja przejmuje coraz większą część pieniędzy i decyzji

Rewizja nie dotyczy wyłącznie poziomu kosztów. Zmienia także to, kto będzie dysponował pieniędzmi pochodzącymi z ETS.

Reklama
Reklama

Dotychczas duża część uprawnień jest sprzedawana przez państwa członkowskie, a wpływy trafiają do ich budżetów – przy obowiązku przeznaczania ich na cele wskazane w prawie UE.

Po reformie rośnie liczba centralnych mechanizmów zarządzanych przez Komisję:

  • setki milionów uprawnień mają finansować Bank Dekarbonizacji Przemysłu;
  • do 260 mln uprawnień zostanie powiązanych z zakupem kredytów międzynarodowych;
  • 250 mln dodatkowych uprawnień ma sfinansować zakupy trwałego pochłaniania CO₂;
  • kolejne środki będą kierowane przez Fundusz Innowacyjny i inne instrumenty unijne.

O wyborze technologii, projektów i beneficjentów będzie decydować Komisja. Państwa członkowskie zachowają część wpływów i kompetencji, ale coraz większa część decyzji będzie zapadała w Brukseli.

Reklama
Reklama

Ma to bezpośrednie znaczenie dla przyszłego bilansu Polski. Skoro większa część uprawnień zostanie przeznaczona na instrumenty centralne, mniejsza część trafi do krajowej puli aukcyjnej. Jednocześnie przemysł będzie otrzymywał coraz mniej darmowych uprawnień.

Przy rosnącej cenie emisji koszt ponoszony przez polskie instalacje będzie więc wzrastał, podczas gdy krajowe wpływy budżetowe i wartość ochrony przemysłu będą malały. Ujemne saldo ETS, które w latach 2021–2024 wyniosło już około 12,4 mld euro, będzie podlegało dalszemu pogłębieniu.

To ważna zmiana ustrojowa. ETS przestaje być tylko europejskim systemem ustalającym cenę emisji. Staje się coraz bardziej scentralizowanym mechanizmem prowadzenia polityki przemysłowej i sterowania gospodarkami państw członkowskich.

Rachunek Banku Dekarbonizacji nadal się nie zamyka

Komisja zapowiada, że druga faza Banku Dekarbonizacji Przemysłu, obejmująca 400 mln uprawnień, ma uruchomić 100 mld euro finansowania.

Reklama
Reklama

Arytmetyka jest prosta: 100 mld euro podzielone przez 400 mln uprawnień daje 250 euro na jedno uprawnienie.

Nie oznacza to automatycznie, że Komisja oficjalnie prognozuje średnią cenę 250 euro. Kwota 100 mld może obejmować także inne źródła czy instrumenty finansowe.

Problem polega na tym, że KE nie pokazuje tego rachunku dostatecznie jasno.

Przy przyjętej przez Komisję średniej cenie 150 euro sprzedaż 400 mln uprawnień przyniosłaby około 60 mld euro. Do zapowiadanych 100 mld nadal brakuje około 40 mld.

Reklama
Reklama

Pieniądze muszą pochodzić z:

  • innych funduszy UE,
  • budżetów państw,
  • nowych dochodów własnych Unii,
  • albo z ceny uprawnień wyższej niż 150 euro.

Komisja powinna jednoznacznie wyjaśnić, jaka część kwoty 100 mld ma pochodzić z przychodów ze sprzedaży uprawnień, a jaka z innych funduszy UE i jak zostanie pokryta.

Jeszcze większa luka dotyczy pochłaniania CO₂

Komisja chce sprzedać 250 mln dodatkowych uprawnień, a uzyskane środki przeznaczyć na zakup równoważnej ilości trwałego pochłaniania CO₂ — głównie przy wykorzystaniu technologii wychwytu i składowania CO₂ z biomasy oraz bezpośredniego wychwytywania CO₂ z atmosfery. Problem polega na tym, że według samej oceny skutków pochłanianie będzie droższe od uprawnienia do emisji.

Reklama
Reklama

Jeżeli uprawnienie kosztuje średnio 150 euro, a usunięcie tony CO₂ kosztuje 180, 250 albo ponad 300 euro, wpływy ze sprzedaży jednego uprawnienia nie wystarczą na zakup jednej jednostki pochłaniania. Wówczas pozostaną trzy możliwości:

  • ograniczenie liczby kupowanych jednostek,
  • sięgnięcie po dodatkowe pieniądze z budżetu UE,
  • dalszy wzrost ceny uprawnień.

Każda z tych możliwości oznacza realny koszt. Jeżeli środki będą pochodziły z budżetu unijnego, zabraknie ich na inne cele — politykę regionalną lub rolnictwo. Jeżeli pojawią się nowe zasoby własne UE, w praktyce będą oznaczały kolejne podatki i daniny. Jeżeli wzrośnie cena uprawnień, rachunek ponownie zapłacą przemysł i konsumenci.

Najważniejsze zasady zostaną ustalone później

Dodatkowym źródłem niepewności jest przeniesienie wielu istotnych rozstrzygnięć do aktów delegowanych, czyli szczegółowych przepisów przyjmowanych później przez Komisję. Dotyczy to między innymi:

Reklama
Reklama
  • definicji inwestycji kwalifikujących się jako dekarbonizacyjne,
  • sposobu określania „znaczącej" redukcji emisji,
  • metodologii wyceny darmowych uprawnień,
  • zasad wyboru projektów Banku Dekarbonizacji,
  • kryteriów uznawania technologii za niskoemisyjne,
  • szczegółowej konstrukcji mechanizmów pochłaniania.

Oznacza to, że przedsiębiorstwa mają planować inwestycje na kilkanaście lub kilkadziesiąt lat, nie znając jeszcze wszystkich zasad, od których będzie zależała ich opłacalność i dostęp do finansowania UE.

Komisja mówi o zwiększaniu przewidywalności, a jednocześnie pozostawia sobie szeroką możliwość późniejszego określenia najważniejszych parametrów ekonomicznych.

To nie zwiększa stabilności prawa. Przenosi ryzyko regulacyjne z dyrektywy do kolejnych decyzji administracyjnych.

Reklama
Reklama

Nie poluzowanie, lecz wolniej prowadzone zacieśnienie

W porównaniu z najbardziej restrykcyjnymi rozwiązaniami zapisanymi wcześniej na lata 30. propozycja Komisji jest mniej szkodliwa. Wolniejsze ograniczanie liczby uprawnień, zatrzymanie ich kasowania w rezerwie i wydłużenie częściowej darmowej alokacji mogą zmniejszyć ryzyko gwałtownego załamania europejskiej produkcji. Nie jest to jednak utrzymanie warunków z 2026 r., nie mówiąc o ich poprawie.

W porównaniu z sytuacją obecną:

  • cena emisji ma wyraźnie wzrosnąć;
  • przemysł straci większość darmowych uprawnień;
  • pozostała alokacja zostanie uzależniona od kosztownych inwestycji;
  • ETS obejmie spalarnie odpadów;
  • ETS2 podniesie ceny paliw i ogrzewania;
  • droższe będą loty i transport morski;
  • więcej pieniędzy i decyzji przejdzie na poziom Komisji;
  • kluczowe zasady zostaną dopiero określone w aktach delegowanych.

Komisja cofa się o pół kroku znad przepaści, ale nie zawraca. Zmniejsza tempo marszu, rozkłada rachunek na więcej lat i przenosi go na większą liczbę sektorów. Kierunek pozostaje ten sam.

Źródła: Zero.pl, Komisja Europejska
Marcin Izdebski
Marcin IzdebskiEkspert Centrum Strategii Rozwojowych - autor zewnętrzny