
Jeszcze nie tak dawno Irlandia w oczach Polaków uchodziła za prawdziwy Zachód – wysokie zarobki, świetna koniunktura, szansa na rozwój kariery, a przede wszystkim życiową stabilizację. Tymczasem na finiszu rotacyjnej irlandzkiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej wychodzą na jaw głęboko skrywane problemy tej „Zielonej Wyspy”, a jej mit stabilności – i przede wszystkim bezpieczeństwa – zaczyna pękać.
[Korespondencja z Dublina]
Irlandia po raz ósmy w historii sprawuje rotacyjną prezydencję w UE. Tym razem Dublin oparł ją na trzech filarach: wzmacnianiu konkurencyjności gospodarki, podtrzymywaniu i ochronie wspólnych wartości oraz zwiększaniu bezpieczeństwa.
Z polskiej perspektywy najbardziej palące wydały się kwestie obronne – u progu piątego roku wojny w Ukrainie nikt nad Wisłą nie musi tłumaczyć, jak wielkim zagrożeniem pozostaje Rosja.
Tym większym zaskoczeniem okazała się dublińska propozycja unijnego budżetu na lata 2028–2034, w której zapisano redukcję wydatków na obronność o 8 proc. Dublin bronił swojego stanowiska, argumentując, że suflowana przez Brukselę propozycja nowych ram finansowych jest zbyt rozdęta, a najłatwiej oszczędności znaleźć w wojsku.
Czytaj też: Ustawa alkoholowa zmieni kraj? Wicha: Istniała potrzeba, by ograniczać polskie pijaństwo
Irlandzki „La La Land”
Zdziwienie wyraziła także brytyjska prasa. „The Telegraph” określił postępowanie Dublina mianem „życia w krainie fantazji” – autorka analizy wykazała, że wydatki Irlandii na obronność wynoszą 0,2 proc. PKB, podczas gdy średnia unijna to 2,1 proc. Dla porównania: Polska osiągnęła w ubiegłym roku poziom 5 proc. PKB.
Jeden z dyplomatów UE potępił irlandzkie propozycje, nazywając je „rozczarowującymi i dalekimi od rzeczywistości”.
– Faworyzując priorytety polityczne XX wieku, propozycja ta nie przygotowuje UE na XXI wiek – powiedział w rozmowie z „Politico”.
Sama Irlandia nie wyciąga lekcji z niedawnej historii. Pod koniec ubiegłego roku doszło do groźnego incydentu podczas lądowania samolotu prezydenta Ukrainy w Dublinie. Na trasie przelotu pojawiły się cztery duże drony przypominające modele wojskowe. Samolot z Wołodymyrem Zełenskim na pokładzie przyleciał jednak przed czasem, co pozwoliło uniknąć kłopotów.
Sprawę nagłośnił portal „The Journal”, który prześledził dalsze losy niezidentyfikowanych maszyn – krążyły one także nad okrętem irlandzkiej marynarki wojennej, który został potajemnie rozmieszczony na Morzu Irlandzkim.
Z racji położenia geograficznego Irlandia staje się miękkim podbrzuszem Europy, gdzie Kreml może prowadzić szereg działań dywersyjnych, w tym podwodnych.
Czytaj też: „Ciężarówki dostarczają broń palną”? Antyimigracyjny fejk z Irlandii
Rosyjski ślad na Atlantyku
Jak ujawniono w czwartkowym wydaniu „Daily Telegraph”, Rosja wykorzystuje statki rybackie do celów szpiegowskich, biorąc na celownik kable światłowodowe, których uszkodzenie może sparaliżować kraj.
Załogi rosyjskich jednostek mają sporządzać mapy kabli światłowodowych, co umożliwiłoby przeprowadzenie ataków na tę infrastrukturę w razie przyszłego konfliktu z NATO. „Taki atak groziłby sparaliżowaniem kraju poprzez zakłócenie funkcjonowania banków, szpitali, sieci transportowej i telefonii komórkowej” – napisali autorzy artykułu.
Historia transatlantyckiej podwodnej łączności sięga połowy lat 50., gdy pierwsza rozmowa telefoniczna połączyła Londyn, Nowy Jork i Ottawę kablem pod Atlantykiem. Z wyliczeń „DT” wynika, że niemal 65 mld funtów (ok. 341,25 mld zł) brytyjskiej aktywności gospodarczej zależy od podmorskich kabli telekomunikacyjnych przesyłających dane między Wielką Brytanią a Stanami Zjednoczonymi.
– Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, co robią rosyjskie cywilne statki rybackie i gdzie się znajdują. (...) Na pokładach niektórych z tych jednostek nigdy nie było ani jednej ryby – przekazało gazecie anonimowe źródło w NATO.
Co z tą garścią informacji zrobi Dublin?
Od wysokiego rangą urzędnika z otoczenia irlandzkiej prezydencji usłyszałem, że „jest świadomość zagrożenia” podwodną dywersją na kablach łączących USA z Europą, jednak nie poznałem szczegółów ani tym bardziej pomysłów na rozwiązanie tego problemu.
Nieco bardziej konkretny był za to Barry Colfer, dyrektor ds. badań w Instytucie Spraw Międzynarodowych i Europejskich.
– Rozmawiając z osobami zajmującymi stanowiska w otoczeniu premiera oraz ludźmi, których uważam za wiarygodnych, odnoszę wrażenie, że dominuje przekonanie: „robimy więcej, niż wydaje się to opinii publicznej, ale nie możemy zdradzać szczegółów”. Deklarują, że już teraz mają lepszy ogląd sytuacji niż rok, dwa, trzy, cztery czy pięć lat temu. W rządzie panuje także większa świadomość zagrożenia ze strony np. rosyjskiej floty cieni – przekonywał w rozmowie z Zero.pl.
Zobacz również:
Lokalna debata o neutralności
Główną przeszkodą w większym zaangażowaniu obronnym kraju oraz Europy pozostaje gwarancja „neutralności” wyspy. Licząca 8 tys. żołnierzy armia jest pozbawiona jakiejkolwiek operacyjności. Za każdym razem, gdy więcej niż 12 żołnierzy ma interweniować za granicą, musi zostać spełniona zasada „potrójnej blokady” (ang. Triple Lock). Zgodę na zagraniczną misję muszą wydać: parlament, rząd oraz… Rada Bezpieczeństwa ONZ.
– Oznacza to, że Dublin musi pogodzić się z faktem, iż Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny, Wielka Brytania i Francja mogą decydować o polityce zagranicznej Irlandii. To szaleństwo – usłyszałem od innego urzędnika w Dublinie, pragnącego zachować anonimowość.
To jednak ma się zmienić, a konieczność akceptacji przez ONZ może odejść do lamusa. W drugiej połowie października izba niższa parlamentu Irlandii opowiedziała się za zniesieniem archaicznej blokady, choć opozycja podnosiła głos sprzeciwu, tłumacząc to „wciąganiem kraju w niebezpieczne sojusze”.
– Neutralność nie zniknie. Szwajcarzy nadal są neutralni. My też pozostaniemy neutralni. Jednak w ostatnich dwóch latach uświadomiono sobie, że można oddzielić neutralność od bezbronności. Społeczeństwo nie ma już nic przeciwko temu, by Irlandia była w stanie się bronić. To rzadki przykład – przekonywał Barry Colfer.

Dublin wieczorową porą. (fot. Piotr Białczyk / Kanał Zero)
Podczas rozmów w Dublinie można było odnieść wrażenie, że determinuje je 800-letnie jarzmo brytyjskiego kolonializmu i przekonanie, że za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawi się zagrożenie, silniejsza Wielka Brytania (albo USA) przyjdzie Irlandii z pomocą.
Choć Dublin po decyzji Brytyjczyków o brexicie na nowo musiał poukładać sobie relacje ze Starym Kontynentem, to wciąż używa brytyjskich gniazdek elektrycznych, a poranne śniadanie niczym nie różni się od tego „robotniczego” w Birmingham – nie wspominając już o pogodzie.
Trudno też mówić o stabilnym sojuszniku z Waszyngtonu, który w relacjach handlowych traktuje Dublin jako swojego „junior partnera”, korzystając z uprzywilejowanego opodatkowania spółek Big Tech w stolicy Irlandii.
Pytania w tej sprawie – dotyczące uczciwej konkurencji, którą promuje irlandzka prezydencja, kradzieży własności intelektualnej przez Big Techy, solidarności społecznej wobec wyzwań AI, a także lokowania nadwyżki budżetowej z dochodów CIT amerykańskich gigantów – wywołują u tamtejszych urzędników w najlepszym wypadku obojętność, a w najgorszym wściekłość połączoną z wyciszaniem tematu.
Polacy wracają do domu
Swoista „jazda na gapę” Dublina zaczyna zbierać coraz większe żniwo w społeczeństwie, które – doświadczone plagą głodu z połowy XIX wieku (śmierć poniosło wówczas ponad milion obywateli, a kolejne dwa miliony wyemigrowały za chlebem) oraz niedawnym kryzysem finansowym z lat 2007–2009 – patrzy wyłącznie do własnego portfela.
A tam widzi coraz większą dziurę: średnie zarobki brutto niewiele przewyższają te w Warszawie, przy prawie dwukrotnie wyższej stawce najmu, nie wspominając o zakupie mieszkania na własność.
Do tego starzejące się społeczeństwo, braki kadrowe uzupełniane przez blisko milion migrantów (na tle 5,5 mln obywateli) oraz rosnące koszty życia nie zachęcają do osiedlania się na niegdyś mitycznej „Zielonej Wyspie”.
Nie dziwi zatem masowy exodus licznej niegdyś polskiej mniejszości. Z niektórych szacunków wynika, że po wejściu Polski do UE (w 2004 r.) do Irlandii mogło wyjechać nawet 300 tys. osób – obecnie liczba ta spadła o ponad 120 tys.
Zatem gdy z „Zielonej Wyspy” odpłyną ostanie grupy Polaków, Dublinowi skończy się nie tylko tania i wysoce wykwalifikowana siła robocza, ale i czas. Okaże się też, czy po dekadach bezstresowej „jazdy na gapę” nadciąga sztorm, który bezlitośnie sprawdzi gotowość wyspy.

