Reklama
Kraj

Włoskie wakacje. Jak Giertych prowadził kampanię wyborczą

Bez choćby jednego spotkania z wyborcami, bez wydawania wielkich pieniędzy na tradycyjną kampanię wyborczą, Roman Giertych zdobył mandat poselski. I – co najważniejsze – immunitet.

Maria Stepan
Opinia autorstwa: Maria Stepan
Dzisiaj 15:47
18 min
Roman Giertych z Włoch wywalczył mandat posła. (fot. Albert Zawada / PAP)

Roman Giertych. Silny człowiek. Za takiego przynajmniej się uważa. Siła go pewnie też popchnęła do tego, by pojechać do Włoch i stamtąd: namiętnie pisać na Twitterze, czyli obecnym X-ie, pracować, czyli prowadzić kancelarię, prowadzić też kanał na Youtube i kampanię wyborczą. Roman Giertych na włoskim wygnaniu nie był tylko publicystą, felietonistą, youtuberem wreszcie i miłośnikiem twittera. Był kandydatem na posła! Ciągle ogłaszał: Jarku, stań na ubitej ziemi. Powalcz ze mną.

Ciągle prowokował swego byłego szefa. Był przecież ministrem w rządzie Jarosława Kaczyńskiego - wicepremierem i ministrem edukacji narodowej, liderem Ligi Polskich Rodzin, która weszła w koalicję z PiS i Samoobroną.

Koalicja rozpadła się prawie 20 lat temu - w sierpniu 2007 roku. Tyle zmieniło się w życiu mecenasa od tego czasu.

Jak zmienił się Roman Giertych?

Czy zmienił się mecenas? I tak, i nie. Od zawsze miano go i za cynika, i za spryciarza, a czasem też i za tchórza. I pewnie wszystkiego po trochu – cynizmu, sprytu i tchórzostwa - w sobie ma. Ale to przede wszystkim bardzo sprawny, kuty na cztery nogi (by nie powiedzieć kopyta) i bezwzględny polityk. A tego zaczął uczyć się właśnie od najlepszych – 20 lat temu.

Reklama
Reklama

Ale ja dziś nie o tym, a o słynnych, niemal trzyletnich, włoskich wakacjach mecenasa. Na których finiszu, bez choćby jednego spotkania z wyborcami, bez wydawania wielkich pieniędzy na tradycyjną kampanię wyborczą, zdobył mandat poselski. I, co najważniejsze, immunitet.

Wszystko zaczęło się od wielkiej ucieczki, w 2020 roku. Roman Giertych uciekać raczej musiał (tak jak niedawno zrobił to Zbigniew Ziobro), bo ścigała go prokuratura (której wtedy szefował ostatni uciekinier, czyli Zbigniew Ziobro - jak to życie się plecie, prawda?). Choć ścigała, to chyba niezbyt precyzyjne określenie. W każdym razie było to tak:

Sprawa Polnordu i zatrzymanie 

W październiku 2020 roku Roman Giertych zostaje zatrzymany przez CBA. Wielka akcja Centralnego Biura Śledczego. Oprócz mecenasa, po trzech latach śledztwa, funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego zatrzymują jeszcze Ryszarda Krauzego i 10 innych osób. Wszyscy, w sumie 12-cie osób, zostają zatrzymani w sprawie. Powód? Podejrzenia wyprowadzenia i przywłaszczenia około 92. milionów złotych ze spółki Polnord w latach 2010-2014.

Materiał dowodowy wydaje się mocny: ponad 100 tomów akt. Zeznania najbliższych współpracowników Krauzego i Giertycha, dziesiątki tysięcy dokumentów, korespondencji i danych z kont bankowych.

Reklama
Reklama

Zarzuty też niczego sobie: dotyczą przywłaszczenia środków spółki oraz wyrządzenia firmie szkody majątkowej w wielkich rozmiarach, a także prania brudnych pieniędzy.

Romanowi Giertychowi jednak przedstawiono je dopiero kolejnego dnia, w szpitalu, bo mecenas podczas przeszukania domu traci przytomność. Zanim media obiegną słynne już zdjęcia z Romanem Giertychem na noszach, o omdleniu, karetce i interwencji medycznej informuje jego córka, Maria Giertych.

Potem odegra swoją rolę druga córka mecenasa. Ale o tym za chwilę, teraz o omdleniu.

Do domu Giertychów w Józefowie przyjeżdża karetka i zabiera mecenasa do szpitala. Właśnie dlatego zarzuty przedstawiono mu dopiero kolejnego dnia, po konsultacji z personelem medycznym. Ci, którzy murem stali za Giertychem od razu podnieśli larum: zarzuty? W szpitalu? Czy na pewno był to legalny i prawomocny sposób? Pełnomocnik Romana Giertycha Jakub Wende w ogóle nie miał wątpliwości. Twierdził, że zarzuty nie zostały skutecznie przedstawione z uwagi na stan zdrowia Romana Giertycha w momencie przesłuchania.

Reklama
Reklama

Wszystko to na próżno. Wobec mecenasa zastosowano środki zapobiegawcze: poręczenie majątkowe wysokości 5. milionów złotych, zawieszenie w czynnościach adwokata, zakaz opuszczania kraju i dozór policyjny.

Przeszukana zostaje wtedy też – przez CBA i włoskich karabinierów – willa Giertychów we Włoszech. To właśnie wtedy dowiadują się o niej Polacy. W polskich mediach relacje o tych przeszukaniach i domysły – co tam ci karabinierzy znaleźli – wreszcie opisy samej posiadłości.

Że dom stoi w spokojnej, zielonej okolicy niedaleko Rzymu, że otoczony jest wysokim murem z zabezpieczeniami, a wjazd prowadzi przez prywatną bramę i że leży na obrzeżach miasteczka Velletri, w rejonie dość skromnych rezydencji otoczonych drzewami.

Nikt wtedy jeszcze nawet nie przypuszcza, że wkrótce ten letniskowy „domek” zamieni się w dom, z którego Roman Giertych będzie prowadził swoją kancelarię, kanał na Youtubie i... kampanię wyborczą. Ale po kolei.

Miesiąc przepychanek

Vendetta ziobrowej prokuratury zamienia się w klęskę za klęską. Sąd Rejonowy w Poznaniu najpierw odmawia aresztu dla wielu osób, potem uchyla środki zapobiegawcze nałożone na Giertycha, bo zdaniem sądu, prokuratura nie uprawdopodobniła popełnienia zarzucanego mu czynu.

Reklama
Reklama

I tak 18-ego listopada 2020-ego roku, dzień po uchyleniu środków zapobiegawczych, w tym zakazu opuszczania kraju, Roman Giertych wyjeżdża – a jakże – do Włoch. Prokuratura chciała co prawda wysłać za nim międzynarodowy list gończy. Ale i tę sprawę przegrała przed sądem.

Finał nastąpił dopiero półtora roku temu, gdy w styczniu 2025 roku prokuratura ogłosiła umorzenie śledztwa w części przeciwko Romanowi Giertychowi. Wtedy jednak, pod koniec 2020-ego roku, Roman Giertych – mówiąc wprost – po prostu zwiał.

I tak rozpoczęły się jego włoskie wakacje. Choć wakacjami tak naprawdę nie były. Mecenas zdalnie prowadził swoją kancelarię prawną, w niektórych sprawach brał nawet - oczywiście zdalny - udział.

Jak Giertych rozkręcał działalność w internecie 

Druga część Romana Giertycha – ta polityczna, nie prawnicza – też na wakacje się nie wybrała. Ta druga część właściwie przyspawała się do Twittera. Mecenas rozkręcił też swój kanał na Youtubie – regularnie publikował tam swoje uszczypliwe, nierzadko jadowite komentarze, analizy i przede wszystkim: krytykował rząd. Rząd zjednoczonej prawicy. Suchej nitki nie zostawiał oczywiście na swym „prześladowcy” - Zbigniewie Ziobrze i „jego” prokuraturze.

Reklama
Reklama

Swoistym opus magnum włoskich wakacji Giertycha był jednak jego start w wyborach parlamentarnych. Roman Giertych ani razu nie spotkał się z wyborcami. Nie wręczył żadnemu z nich ani jednej ulotki. Nie starł się na żywo, oko w oko, z żadnym konkurentem, z żadnym politykiem. Swoją kampanię parlamentarną oparł właściwie w całości na przekazie internetowym i – w mniejszym, o wiele mniejszym, stopniu – na pracy swoich sztabowców na miejscu w Polsce.

Jeszcze raz: Roman Giertych swoją kampanię do polskiego parlamentu prowadził nie z Polski, nie z ulotkami pod pachą, nie stojąc na placach i bazarach, a prowadził ją ze swej włoskiej willi.

Wpisy Romana Giertycha na Twitterze z tamtego czasu, to kopalnia! Choćby taka odezwa do wyborców, dwa dni przed wyborami:

„Zwracam się do Was z prośbą o poparcie. Jak zapowiadał przedstawiając moją kandydaturę Donald Tusk, moim zadaniem, jeśli zechcecie powierzyć mi mandat posła, będzie rozliczenie Kaczyńskiego. Tym mocniejszy będzie mój mandat do rozliczenia PiS, im mocniejszego udzielicie mi Państwo wsparcia”.

Głosy w zamian za obietnicę Kaczyńskiego 

Co obiecywał mecenas? Jakieś ustawy? Jakieś działania na rzecz okręgu, z którego startuje? Nic z tych rzeczy. Roman Giertych obiecywał rozliczenie... Kaczyńskiego. I wyborcy mu, jakimś cudem, uwierzyli. Roman Giertych do Sejmu się dostał.

Reklama
Reklama

A było to tak:

Velletri. Włoskie, urokliwe miasteczko około 40. kilometrów na południowy wschód od Rzymu. Kręte uliczki, mnóstwo zabytków, dookoła gaje oliwne, winnice i gęste lasy. I w tym raju - przez trzy lata - żył sobie Roman Giertych. W skromnej willi, niewielkim letnim domku. Z basenem. I gajem oliwnym właśnie. Żył sobie, bo w Polsce, mówmy wprost, się bał. Zbliżały się jednak wybory, w dodatku takie, wszystko na to wskazywało, które mogły odsunąć PiS od władzy.

Poza tym, włoska posiadłość tak naprawdę, w papierach, wcale nie była własnością Romana Giertycha, a jego żony, Barbary Giertych. To na jej nazwisko wydawano włoskie pozwolenia administracyjne, m.in. dotyczące przyłącza wody czy zagospodarowania terenu.

I to ją przepraszał – jak huczały i włoskie, i krajowe kuluary – jeden z włoskich oficerów za najście na willę i jej przeszukanie.

Giertychowi więc do Polski się chciało. Chciało mu się też pogonić tę władzę, która tak zalazła mu za skórę. Czym i jak przekonał Donalda Tuska, że będzie doskonałym kandydatem do parlamentu?

Giertych miał startować z Poznania? 

W każdym razie rozmowy o tym, czy i gdzie Giertych wystartuje w wyborach, trwały od momentu, gdy tylko zaczęto układać listy wyborcze. I na początku mecenas miał wystartować do Senatu jako kandydat uzgodniony w ramach Paktu Senackiego. Jeszcze w maju wyglądało na to, że się uda. Giertych publicznie zdążył nawet podziękować i był właściwie pewien, że wystartuje z Poznania. Potem jednak klocki się posypały. Ani Poznań, ani Warszawa. Nikt mecenasa nie wziął na swoją listę. Nikt Giertycha nie chciał. Na ostatniej prostej, w sierpniu 2023 roku, okazało się, że kandydatką Paktu Senackiego w jednym z warszawskich okręgów będzie kandydatka Lewicy Magdalena Biejat. Giertych więc i stamtąd się wycofał.

Reklama
Reklama

Frustracja trwała jednak niedługo. Kilka dni później wybucha bomba: Giertych wystartuje, ale do Sejmu. Ogłasza to sam Donald Tusk, podczas wyborczego wiecu w Sopocie 27 sierpnia.

Żebyś nie czuł się samotny, żebyś poczuł się trochę lepiej - i robię to tylko dla ciebie, Jarosławie Kaczyński – wystawię na tej liście, na naszej liście, twojego wicepremiera Romana Giertycha na ostatnim miejscu.

Donald Tusk do Jarosława Kaczyńskiego

Na początku brzmi to jak żart. Okrutny i w sumie mściwy.

Jarosław Kaczyński rzeczywiście ma zamiar wystartować po raz pierwszy nie z Warszawy, a z okręgu nr 33, obejmującego Kielce i województwo świętokrzyskie. Chce być tam “jedynką”, po to, by “pociągnąć” listę w jednym ze strategicznych dla PiS okręgów. Taka zresztą była wtedy cała strategia Prawa i Sprawiedliwości. Zrobiło tak wiele PiS-owskich “lokomotyw”. Mariusz Kamiński wystartował na przykład z Chełma, a Zbigniew Ziobro z Rzeszowa.

Dla Platformy jednak oni tak bardzo się nie liczą. Liczy się Kaczyński. Tak rodzi się makiawelistyczny plan zderzenia Giertycha z Kaczyńskim. Wystawienia własnej “lokomotywy”, w dodatku z ostatniego miejsca, po to, by uniemożliwić, a przynajmniej jak najbardziej popsuć, realizację planu Kaczyńskiego.

Reklama
Reklama

Jak Giertych atakował Kaczyńskiego w internecie

Na początku wydaje się, że plan Tuska wad nie ma. Giertych zalewa internet odezwami do Kaczyńskiego. Prowokuje. Zaczepia. Robi tak jak wymarzył sobie jego nowy pryncypał: Donald Tusk. Nawet jak szefa PiS w wyborach nie pokona (w sumie nawet nie o to chodzi), to ma napsuć szefowi PiS krwi, ile wlezie.

"Już dzisiaj, zgodnie z sugestią Donalda Tuska, apeluję do Jarosława Kaczyńskiego o debatę w Kielcach o problemach województwa świętokrzyskiego i Polski” – pisze Giertych jeszcze 27 sierpnia.

Tusk wymyślił Marsz Miliona Serc? On, mecenas, ze swej włoskiej willi pisze:

“A może Jarku zrobilibyśmy naszą debatę u mnie w kancelarii podczas marszu? Z balkonu mógłbyś się przekonać jak bardzo ludzie cię lubią… Do mojej kancelarii z Żoliborza jest 10 minut. To co, umówieni? Jestem pewien, że wpadniesz. Do zobaczenia 1-go października w samo południe!”

Giertych oczywiście nie przyjechał. Nie przyjechał do Polski ani razu podczas całej kampanii.

Giertych grał, jak mu przeciwnik pozwalał

Co ciekawe, na początku nic na to nie wskazuje. Na początku wygląda na to, że mecenas za chwilę wróci, że będzie walczył jak tur. Że mecenas żadnych prokuratur, żadnego CBA się nie boi. Że pragnienie zdobycia poselskiego mandatu jest tak wielkie, że Roman Giertych pokona strach, omdlenia i do Polski wróci.

Reklama
Reklama

I wszyscy zwolennicy Giertycha i Platformy, mu wierzą. Giertych, powtarzają, ma być „asem w rękawie”.

Co prawda tu i ówdzie pojawiają się wątpliwości, czy aby kandydatura Giertycha, to nie ślepa uliczka, ale znikają w morzu zachwytu. Ta kandydatura, to nokaut - ogłasza wszem i wobec wielki zwolennik Platformy Obywatelskiej i samego Donalda Tuska Daniel Olbrychski. Na ten bój zresztą zaciera ręce nie tylko on.

Giertych? Na początku realizuje pomysł platformerskiego pryncypała wzorowo. Zaczepia szefa PiS-u raz po raz. Próbuje ośmieszyć. Sprowokować i... Nic. Kaczyński milczy. Sprowokować się nie daje.

Ciągle zachodzę w głowę: dlaczego Kaczyński nie podjął rękawicy? Dlaczego nie odpowiedział: dobra, Roman. To się spotkajmy. W Kielcach właśnie. Choćby w samo południe. Przerzuciłby wtedy piłkę na boisko mecenasa. To mecenas musiałby się tłumaczyć, dlaczego nie przyjeżdża. To mecenas musiałby wymyślać zapalenie oka, ucha i inne choroby.

No właśnie... Giertych musiał dobrze znać Kaczyńskiego, musiał zakładać, że prezes nie podejmie gry, w imię starych politycznych zasad: gra się z równymi sobie. Giertych wiedział, że on z prezesem równać się już nie zdoła, że czasy koalicyjnych przystawek dawno minęły. I dlatego grał tak ostro. Grał tak zresztą, jak mu przeciwnik pozwalał.

Reklama
Reklama

Giertych przegrał z Kaczyńskim, ale wygrał

Z jednej strony przegrał. Bo prezesowi PiS-u nie zaszkodził. Jarosław Kaczyński, który po raz pierwszy od 1989 roku startował do parlamentu z innego miasta niż Warszawa, zdobył rekordową, najwyższą w historii wyborów parlamentarnych w województwie świętokrzyskim, liczbę 177-ciu tysięcy 228-miu głosów. Był to drugi wynik w kraju, po Donaldzie Tusku.

Z drugiej strony jednak, Roman Giertych wygrał. Bo osiągnął swój cel – dostał się do parlamentu. A że z Kaczyńskim przegrał sromotnie? Zdobył niecałe 24 tys. głosów? Dla Giertycha nie miało to żadnego znaczenia. Ale miało chyba dla Donalda Tuska.

Podczas całej kampanii wyborczej Roman Giertych nie pojawi się na ani jednym spotkaniu w okręgu świętokrzyskim. Nawet w Platformie Obywatelskiej kiwali z niedowierzaniem głowami. Jak to? Chce być w Sejmie i ani razu nie stawił się w okręgu, z którego startuje? Co to w ogóle jest?

Jan Grabiec, rzecznik PO, musiał wtedy tłumaczyć, że Roman Giertych przecież jest w tej chwili najbardziej poszukiwanym politycznym polskim uchodźcą. W Górach Świętokrzyskich i Kielcach więc rozwieszali banery i rozdawali ulotki wolontariusze, współpracownicy i rodzina.

Chyba nie do końca taki był plan. Bo na finiszu, cztery dni przed wyborami, Donald Tusk ogłosił:

„Marzena Okła-Drewnowicz. Kobieta – instytucja, znana i szanowana nie tylko u Was w Świętokrzyskiem, ale w całej Polsce. Moja najbliższa współpracownica, wiceszefowa Platformy i osoba, dla której troska o zwykłego człowieka to jest absolutnie priorytet numer jeden. Gdybym był tam razem z wami, gdybym tam głosował, na pewno wybrałbym Marzenę”.

Reklama
Reklama

Czyli nie Roman, a Marzena. Marzena Okła-Drewnowicz.

Kampania mecenasa jednych wkurzała, innych śmieszyła, jeszcze inni mu po prostu zazdrościli. – To ja jeżdżę od wiecu do wiecu, przejechałem już ponad 20-cia tysięcy kilometrów – mówili lokalni działacze Koalicji – a on cyk, coś napisze na twitterku i wystarczy. Zrobiliśmy mu miejsce, a on stchórzył.

Czego na pewno nie można odmówić mecenasowi? Sprytu.

Mimo że nie zorganizował ani jednego spotkania wyborczego, o objeździe okręgu już nie mówiąc, jakimś cudem przekonał wyborców - ogłaszał to wszem i wobec (w sieci oczywiście) - że on, Giertych, gryzie trawę!

Że właśnie przygotowuje kolejną niespodziankę! Że już, już, za chwileczkę, za momencik, stawi się na ubitej ziemi, by walczyć z Jarosławem Kaczyńskim o rząd prawicowych dusz...

A potem? Znów ogłaszał. Wzywał Jarosława. Szczypał. Zaczepiał. Oczywiście zdalnie. Na twitterku. I wszystko to z Włoch, z willi z basenem i gajem oliwnym.  A Jarosław? Nic.

Mecenas miał też swoją armię pomagierów. Już na początku, na pierwszym froncie, ustawiła się druga córka. Karolina Giertych. Obiecywała, że tatę przypilnuje - ona, jej dwie siostry i mama. Opowiadała jaki to z ojca dobry, mądry i ciepły człowiek. Sprzedawała też swoje obrazy, żeby zbierać środki na jego start.

Reklama
Reklama

Jak Roman Giertych zbudował Sieć na Wybory

Kluczową rolę jednak odegrała inicjatywa SnaW, czyli Sieć na Wybory. Giertych założył ją jeszcze zanim Donald Tusk wyznaczył mu zadanie powalczenia z Jarosławem Kaczyńskim w kampanii – w lutym 2023-ego roku.

“Uwaga - napisał na Twitterze – osoby, które pragną angażować się w kampanię w mediach społecznościowych na rzecz opozycji i mają znaczącą liczbę obserwujących (powyżej tysiąca) proszone są kontakt pod tym tweetem. Razem z innymi posiadaczami najbardziej angażujących kont robimy „Sieć na wybory”.

SnaW. Czyli - według mecenasa - sieć sympatyków i wolontariuszy, którzy codziennie dostawali wskazówki, co danego dnia promować i o czym pisać. Dostawali po prostu tak zwany "przekaz dnia": gotowe grafiki, propozycje wpisów, hasztagi i informacje, jakie tematy warto nagłaśniać.

Farma trolli? Ależ skąd. To sieć. Sieć sympatyków... Wolontariuszy. Do "Sieci na Wybory", jeszcze w maju, przystąpił wolontariusz Tomasz Lis.

“Wolni obywatele, bez przymusu, inspiracji i cudzych pieniędzy, z własnej inicjatywy organizują sieć na wybory. Pomaga ona odkłamywać, przynajmniej w internecie, PiS-owską tępą propagandę - pisał były naczelny “Newsweeka”.

W czerwcu do SnaW namawiał Zbigniew Hołdys:

“Pospolite ruszenie! Zapisujcie się do „Sieci na Wybory”. Ludzie dobrej woli muszą się jednoczyć w walce ze złem.”

Reklama
Reklama

Świętokrzyska lista przyniosła immunitet

Podczas kampanii w SnaW pracowało trzy tysiące takich wolontariuszy i “ludzi dobrej woli”. Choć plany były o wiele większe - mecenas marzył o 50-ciu tysiącach. Ale i tak, trzy dni po wyborach, Roman Giertych im dziękował:

“Państwa zaangażowanie, pomysłowość, energia i upór doprowadziły do tego, że opozycja na wiele miesięcy przejęła rząd dusz w Internecie”.

Czytaj także: Mordor po sezonie. Jak słabnie internetowa armia Romana Giertycha

Czy naprawdę przejęła? W każdym razie, także dzięki Sieci na Wybory, Roman Giertych osiągnął swój cel. Zdobył mandat poselski i immunitet. W budynku Sejmu pojawił się 13 listopada 2023 roku. I złożył ślubowanie.

Tak zakończyły się włoskie wakacje i włoska kampania mecenasa. Była PRECEDENSEM. Udowodniła, że da się zdobyć mandat do Sejmu bez fizycznej obecności w kraju. Dla jednych majstersztyk politycznego cynizmu i marketingu cyfrowego w jednym. Dla innych – po prostu, nie polityczny, a zwykły cynizm. Wykorzystanie świętokrzyskiej listy jako „tarczy” i przepustki do immunitetu.

Źródło: Zero.pl
Maria Stepan
Maria StepanDziennikarka Kanału Zero