Takim jak on raczej się nie ufa. Wymuskany, z dobrego domu, z ładną buzią i dwadzieścia lat starszą kobietą u boku. Niesprawdzony, bez doświadczenia. Emmanuel Macron nie ma dziś najlepszej prasy, ale jego droga do Pałacu Elizejskiego musiała robić wrażenie. I pewnie tylko we Francji mogła mieć szczęśliwy finał.

- Nie miał zbyt wielu kolegów wśród rówieśników. Uwielbiał przesiadywać z babcią, aprobaty szukał głównie u starszych. To oni pomogli mu wejść na szczyt.
- Związek ze starszą o 24 lata Brigitte wywrócił do góry nogami nie tylko jego życie, ale i obu rodzin. Gdy walczył o prezydenturę, żyła nim cała Francja.
- Pierwszy milion zarobił jako bankier inwestycyjny. Gdy wchodził do socjalistycznego rządu, lewa część Francji pukała się w czoło.
- Do władzy doszedł z hasłem „ani jedno, ani drugie”, nie deklarując przywiązania ani do lewej, ani prawej strony sceny politycznej. Udało mu się to jako pierwszemu centryście w historii.
Patrzyli na to wszyscy trochę z podziwem, trochę ze zdziwieniem. Trochę pukali się w czoło, a trochę zazdrościli. Pal sześć poglądy polityczne – kogo na świecie obchodzi, że prezydent Francji chce zmienić wiek emerytalny lub zwiększyć podatki? Historie miłosne, afery, skandale… To już coś innego.
Tym bardziej, że u Macrona sprawa szeroko pojętej „miłości” wykroczyła daleko poza niewinną igraszkę dla portali plotkarskich. Związek z Brigitte Auziere – kontrowersyjny, szalony – umiejętnie przekuł bowiem w opowieść o niezłomności, przełamywaniu barier i kroczeniu po swoje. Coś, co niemal wszędzie na świecie, nawet we Francji, zostałoby uznane za nieakceptowalną społecznie przesadę, na przestrzeni kampanii wyborczej stało się jego wielkim atutem. „Jeśli zawalczy o nas tak, jak zawalczył o swoją miłość…” – romantyzowali rodacy. Kupili to. Uwierzyli mu.
Choć nawet ich to zaskoczyło. „Nawet”, bo mowa przecież o narodzie Napoleona i Józefiny. Narodzie prezydenta Felixa Faure’a, który zmarł podczas igraszek z kochanką. Żeby daleko nie szukać: narodzie Nicolasa Sarkozy’ego, dwukrotnego rozwodnika, który już w trakcie urzędowania wziął do Pałacu o głowę wyższą eksmodelkę Carlę Bruni, widywaną wcześniej u boku Kevina Costnera czy Donalda Trumpa.
A jednak historia Emmanuela i Brigitte wybijała się ponad wszystkie inne.
Drzwi do nieskończoności
Macron – potwierdzają liczni świadkowie, koledzy i koleżanki z młodości – był nad wyraz dojrzałym dzieckiem. Rodzice, zapracowani lekarze, chętnie zostawiali go u babci. Była dyrektorką szkoły, kobietą o żelaznych zasadach, wywodzącą się z warstw skromniejszych, dla której edukacja stanowiła religię i jedyną drogę awansu społecznego.
Germaine Nogues, nazywana przez niego czule „Manette”, otworzyła przed nim – ładnie ujął to w jednej z biografii – „drzwi do nieskończoności”. Uczyli się historii, czytali Moliera, Racine’a i Mauriaca, wspólnie recytowali poezję.
Matka Macrona, Francoise, wspominała potem, że jej syn rzadko spędzał czas z rówieśnikami. Nie miał przyjaciół w swoim wieku. Nudzili go. Wszelkie relacje młodego Emmanuela opierały się na próbie intelektualnego uwodzenia starszych autorytetów.
Donald Trump wstrzymuje „Projekt Wolność”. Możliwe porozumienie USA–Iran coraz bliżej
Lubił imponować: pamięcią, błyskotliwością, adekwatnym cytatem wyjętym z rękawa. Ten głód akceptacji ze strony dorosłych i niebywały dar zjednywania sobie ludzi stały się znakami rozpoznawczymi przyszłego prezydenta, który z łatwością czarował swoich nauczycieli w jezuickim liceum La Providence.
Mierzył wyżej niż inni
Przesada jest domeną podobnych opowieści. Nagle, po latach, odzywają się znajomi z przedszkola, którzy przekonują dziennikarzy, że „od razu wiedzieli”. Że będzie piłkarzem, muzykiem, prezydentem – kimś znanym, wielkim. Pomińmy więc hagiograficzne wstawki o „olimpijskiej inteligencji”, o potrzebie dążenia do doskonałości, o pisaniu powieści o hiszpańskich konkwistadorach, gdy reszta kolegów układała klocki.
Nawet jeśli jednak odcedzić sentymentalne bzdurki i półprawdy, wyłania się obraz chłopaka, który mierzył wyżej niż inni. Nie wystarczała mu aprobata rówieśników. Chciał uznania tych, którzy byli nad nim. Nauczycieli, mentorów, ludzi z pozycją. Chciał stanąć obok nich i czuć, że nie odstaje. Że należy do ich klubu.
Gdy miał 15 lat, dołączył do szkolnego kółka teatralnego, prowadzonego przez Brigitte Auziere. Brigitte, z domu Trogneux, pochodziła z zamożnej i powszechnie szanowanej rodziny lokalnych potentatów branży cukierniczej, słynących z produkcji makaroników. W tamtym czasie była niemal czterdziestoletnią, zamężną kobietą, matką trójki dzieci – Sebastiena, Laurence i Tiphaine – prowadzącą z pozoru ułożone, burżuazyjne życie.
Zuchwały Emmanuel zaintrygował ją niemal od razu. Miał talent aktorski, dobrze radził sobie na scenie, ale… to mu nie wystarczało. Już po kilku zajęciach zgłosił się do Brigitte, by wspólnie popracować nad adaptacją „Sztuki komedii” Eduardo De Filippo, dopasowując ją do potrzeb szkolnej trupy.
Spotykali się co piątek, spędzając godziny na intelektualnych dysputach. To wtedy zaiskrzyło. Brigitte przyznała później, że praca z nim przypominała współpracę z Mozartem, a jego inteligencja i zdolności „całkowicie ją zniewoliły”.
„Niszczący” mezalians
Wybuchł skandal, którego echa wstrząsnęły nie tylko rodziną Trogneux, stroniącą od plotek, ale przede wszystkim Macronami. Początkowo rodzice Emmanuela sądzili, że ich syn spotyka się z Laurence, córką Brigitte, która chodziła z nim do tej samej klasy. Prawda okazała się dla nich porażająca.
W dramatycznej próbie ratowania syna przed tym – jak sądzili – niszczącym go mezaliansem, rodzice zażądali od Brigitte, by trzymała się z dala od Emmanuela przynajmniej do czasu osiągnięcia przez niego pełnoletności. Nauczycielka, ze łzami w oczach, odpowiedziała, że „nie może im tego obiecać”.
Kto zabrał szampana po zamachu na Trumpa? Fałszywy przekaz o ambasadorce Ukrainy
Aby zapobiec katastrofie, Emmanuel został wysłany do Paryża, by dokończyć edukację w elitarnym liceum Henri-IV. Wyjeżdżając z prowincjonalnego Amiens, siedemnastoletni chłopak miał rzucić do Brigitte: „cokolwiek zrobisz, i tak się z tobą ożenię”.
Wiedziałam, że jest mężczyzną mojego życia, lecz wiedziałam również, że jest to niemożliwe – wspominała późniejsza Pierwsza Dama.
Czas paryskiego wygnania stał się dla Macrona okresem niezwykłej próby charakteru. Podczas gdy jego rówieśnicy korzystali z uroków studenckiego życia, on spędzał godziny w budkach telefonicznych, rozmawiając z ukochaną. Spotykali się weekendami. Widywano ich często w niedzielne wieczory na dworcu w Amiens: wtulonych, zakochanych. Brigitte stała się obiektem drwin. Unikały jej koleżanki, a mąż, Andre-Louis, ze wstydu zapadł się pod ziemię.
W 2007 r., po rozwodzie Brigitte, para ostatecznie wzięła ślub w nadmorskim kurorcie Le Touquet. Podczas wesela 29-letni pan młody wygłosił przemówienie, w którym z wdzięcznością zwrócił się do dzieci swojej żony, dziękując im za to, że zaakceptowały ich jako parę, która „może nie jest całkiem normalna, ale jednak istnieje”.
Miliony, które odbiły się czkawką
Odebrał staranne wykształcenie. Jeszcze w trakcie studiów obracał się wśród wpływowych ludzi, dzięki którym w stosunkowo młodym wieku zaczął pracę w słynnym banku Rothschilda. Wystarczyły mu cztery lata, by pokonać drogę od nowicjusza do wspólnika zarządzającego. Wisienką na torcie błyskotliwej kariery było poprowadzenie transakcji pomiędzy Pfizerem i Nestle, wartej bagatela 9 mld euro.
Transakcji, dzięki której stał się milionerem. Dzięki której zrozumiał, że pieniądze go pociągają, ale nie na tyle, by stały się celem – raczej środkiem. Transakcji, która w niedalekiej przyszłości miała odbijać mu się lekką czkawką…
W 2010 r. trafił pod skrzydła Francois Hollande’a. Nadzieja Partii Socjalistów, faworyt w nadchodzących wyborach prezydenckich, jawił się jako potencjalnie niezły mentor. Macron miał dobre referencje, ale że wciąż pracował w banku, trzymał się nieco w cieniu. Dostał jednak odpowiedzialne zadanie: miał animować grupę ekonomistów spotykających się w restauracji La Rotonde, wykuwając zręby programu gospodarczego Hollande’a.
Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że kandydat socjalistów w jednym z przemówień przekonywał, że jego „prawdziwym przeciwnikiem jest świat finansów”. W tym samym czasie wysyłał do inwestorów… młodego bankiera, który cierpliwie tłumaczył, że retoryka kampanijna to jedno, a rzeczywistość – drugie. I że wielkich zmian wcale nie muszą się obawiać.
Hollande wygrał wybory w 2012 r., a Macron trafił do Pałacu Elizejskiego jako zastępca sekretarza generalnego. Pozornie atrakcyjna pozycja bardzo go jednak rozczarowała: nie miał na nic wpływu, reformy przebiegały powoli, nie widział na horyzoncie perspektyw na zasłużony awans. Dogadał już prowadzenie wykładów na prestiżowych uczelniach w Londynie i Berlinie, wraz z kolegą kończył też biznesplan, by z przytupem wejść w sektor edukacyjny. Właściwie był już spakowany, gdy gwiazdy znów ułożyły się po jego myśli.
Sierpniowy weekend 2014 r., święto socjalistów w Frangy-en-Bresse. Ówczesny minister gospodarki, Arnaud Montebourg, człowiek o wybuchowym temperamencie i jaskrawo odmiennych od Macrona poglądach, wygłosił tam brawurowe, bezczelne wręcz przemówienie. Krytykując politykę oszczędnościową rządu i uderzając w samego Hollande’a, Montebourg przesadził z „cuvée du redressement” – winem serwowanym obficie podczas imprezy.
A że wydarzenie transmitowała francuska telewizja, prezydent musiał zareagować. Krnąbrnego ministra natychmiast odwołano, a w jego miejsce ściągnięto… Macrona.

Emmanuel Macron chwilę po zaprzysiężeniu na ministra gospodarki (fot. Getty Images)
Łatka finansisty
Nie obyło się, rzecz jasna, bez kontrowersji. No bo jak to, były bankier inwestycyjny w socjalistycznym rządzie? Zdumienie, u zdecydowanej większości, ustępowało jednak podziwowi. Francuzi uwielbiają taki rodzaj olśniewającego, nieprzerwanego awansu i uznają go nie tylko za coś uspokajającego, ale wręcz głęboko satysfakcjonującego: oto system produkowania elit we Francji naprawdę działa. Proszę bardzo, dowód!
Pozostali ministrowie gabinetu Hollande’a ruszyli do telewizji i radia, by bronić lewicowych referencji Macrona – który od 24. roku życia miał legitymację Partii Socjalistycznej i popierał Francois Hollande’a jeszcze zanim socjalistyczny lider miał w ogóle myśleć o prezydenturze.
Minister finansów Michel Sapin pytał retorycznie:
Co właściwie znaczy »finansista«? Przecież nikt nie będzie nosił tej etykietki przez całe życie i pozostawał jej więźniem!
Inny działacz Partii Socjalistycznej przekonywał, że „sam fakt pracy w banku inwestycyjnym nie oznacza jeszcze, że ktoś jest wolnorynkowym ekstremistą!”.
A kiedy premier Manuel Valls, który mianował Macrona, wystąpił w głównym wieczornym wydaniu wiadomości francuskiej telewizji, by uroczyście oświadczyć, że „Emmanuel Macron jest socjalistą”, prowadzący przerwał mu: „Tak, ale byłym bankierem Rothschilda” – zmuszając Vallsa do zadania zasadniczego, tabuizowanego po lewej stronie Francji pytania: „I co z tego? Czy w tym kraju nie można być przedsiębiorcą? Nie można być bankierem?”.
Ocieplanie wizerunku
Gdy Macron dostał telefon od Hollande’a, Brigitte postanowiła, że i ona zainwestuje w karierę męża. Rzuciła pracę nauczycielki w prestiżowym paryskim liceum, by – nieodpłatnie – doradzać Emmanuelowi na pełen etat. Zarządzała jego kalendarzem, uczestniczyła w kluczowych naradach i – co najważniejsze – jako jedyna miała odwagę krytykować i sprowadzać na ziemię zagłaskanego przez salony technokratę, zmuszając go, by komunikował się z ludźmi prościej i bardziej empatycznie.
To ona ocieplała jego wizerunek, otwierając przed nim drzwi do świata celebrytów i artystów, organizując spotkania, które miały odkleić łatkę „sztywnego bankiera”.
Wiadomo było, że ambitny Emmanuel mierzy wyżej. Niedługo później „zdradził” Hollande’a i poszedł na swoje. Nie chciał, by wkładano go w żadne ramy: ani z lewej, ani z prawej strony. Centryści kojarzyli się dotąd we Francji (i nie tylko tam) jako przystawki do koalicji. Jako ważni, potrzebni, ale tylko pomocnicy. Macron chciał zostać – korzystając z terminologii piłkarskiej – „dziewiątką”. Napastnikiem. Zaatakować z pozycji, z której nikt przed nim nie atakował.

Związek Macrona z Brigitte budził ogromne kontrowersje (fot. Getty Images) (fot. Nicolas Kovarik/IP3 / Getty Images)
Wyjście z cienia i rzucenie rękawicy w wyścigu o Pałac Elizejski otworzyło jednak puszkę Pandory. Kampania wyborcza uruchomiła lawinę ataków o niespotykanej brutalności, których głównym celem stało się małżeństwo Macronów.
Różnica dwudziestu czterech lat – dokładnie taka, jak w przypadku Donalda i Melanii Trumpów, co Macron nierzadko uszczypliwie wypominał – we Francji stała się pożywką dla zjadliwego seksizmu. Kabareciarze i internauci prześcigali się w mizoginicznych epitetach, a zagraniczna prasa bulwarowa z satysfakcją pisała o „kuguarzycach” i starszych paniach, przedstawiając Brigitte m.in. jako niedołężną babcię na wózku inwalidzkim.
Ona sama znosiła ten festiwal upokorzeń z zaciśniętymi zębami i uśmiechem. W pisanej lata później biografii przyznała jednak, że „wypłakała w tym czasie morze łez”.
Było warto. 7 maja 2017 r. stała u boku męża na podium, gdy słupki poparcia eksplodowały powyżej 66 procent. Macron zmiażdżył Marine Le Pen, wygrał pewnie i zdecydowanie. A raczej: Macronowie wygrali. Historia ich miłości, co podkreślali potem wielokrotnie, stanowiła bezcenny fundament tego sukcesu.
