Reklama
Reklama

Reklama

Chcieli być domem dla wszystkich. Co w Szwecji poszło nie tak?

Reklama
TYLKO NA

Chcieli dobrze. Przez lata budowali państwo w oparciu o naiwne przekonanie, że dobrze chcą również wszyscy wokół. Obudzili się dopiero, gdy 14-latkowie zaczęli wymachiwać na ulicach bronią i za pieniądze wymierzać sprawiedliwość. Czy dla Szwecji jest już za późno, by znów było jak dawniej?

Chcieli być domem dla wszystkich. Co w Szwecji poszło nie tak?
Irańscy migranci palą szwedzką flagę w trakcie protestu. (fot. NurPhoto / Getty Images)
  • Po II wojnie światowej w Szwecji nieustannie brakowało rąk do pracy. Tak trafili tam pierwsi migranci.
  • Nawet gdy brakowało już miejsc pracy, samozwańcze „humanitarne supermocarstwo” otwierało drzwi dla wszystkich.
  • Dziś Szwecja to jeden z najbardziej niebezpiecznych krajów Europy.
  • Władze kraju zdecydowały się powiedzieć „dość” dopiero w 2015 roku, gdy skala problemów stała się niemożliwa do dalszego ignorowania. 

Reklama

Wicepremier Asa Romson zalała się łzami. – To są straszne decyzje – tłumaczyła, a głos łamał jej się po każdej sylabie. W 2015 roku była częścią rządu, który odważył się uderzyć w pierś. Przyznano wreszcie, że szwedzkie społeczeństwo stoi w obliczu „zapaści” i potrzebuje „przestrzeni na złapanie oddechu”. Przed migrantami z całego świata przymknięto drzwi, które pozostawały uchylone przez kilkadziesiąt lat. Zdaniem wielu: za późno.

Model godny pozazdroszczenia

Tak, Szwecja była rajem. 

Może to mało honorowe, pewnie wątpliwe moralnie, ale przez II wojnę światową przeszli suchą stopą. Pod przykrywką „neutralności” handlowali z Hitlerem i aliantami, jednym i drugim oferując kruszec dla przemysłu zbrojeniowego bezcenny: żelazo. 


Reklama

Gdy więc po 1945 roku jedni lizali rany, a inni gorączkowo odbudowywali kolejne gałęzie gospodarki, oni wszystko mieli już na miejscu: kapitał, produkcję i eksport. Rozkwit przeżyło Volvo, Ericsson rozwijał globalną sieć telekomunikacyjną, poradził sobie też SAAB – akronim od Szwedzkiej Firmy Samolotowej – który z dnia na dzień zaczął produkować samochody. 


Reklama

Problemem stali się… ludzie. Szwedów było za mało: poziom dzietności lawirował na granicy zastępowalności pokoleń, nie było też rąk do pracy – zwłaszcza tej najcięższej, fizycznej, często najmniej opłacalnej. Tuż po wojnie przybyło do nich co prawda wielu Finów, Norwegów, Duńczyków czy Estończyków, ale zapotrzebowanie zrobiło się na tyle duże, że trzeba było sięgać głębiej.

W 1947 roku powołano w Sztokholmie specjalną komisję, która rekrutowała pracowników z Włoch, Węgier czy Austrii. W kolejnych latach doszli też m.in. Holendrzy, Belgowie, Grecy, a nawet Niemcy. 

Twoje zdanie ma znaczenie. Zobacz, co piszą inni.


Reklama

Szacuje się, że w ciągu dwóch dekad pod niebiesko-żółtą banderą skryło się – za pracą, za lepszym życiem – ponad pół miliona przybyszów z innych krajów. Witani z otwartymi ramionami, wydatnie przyczynili się do napędzania jednej z największych gospodarek Europy, współtworząc model, na który z podziwem patrzyli nawet gorliwi przedstawiciele prawicy. 


Reklama

Moralny obowiązek

Gdy rynek się nasycił, a związki zawodowe tupnęły nóżką, na chwilę powiedziano „dość”. Szwedzi tak jednak wczuli się w rolę samozwańczego „supermocarstwa humanitarnego”, że nie mogli po prostu zamknąć granic. Nowy premier, Olof Palme (1969-1976), nie tylko tego nie zrobił, ale poszedł nawet krok dalej: by wciąż stanowić wzór dla reszty kontynentu, uznano, że Szwedzi przyjmować obcych będą nie dlatego, że są im potrzebni (jak do tej pory), ale dlatego, że to ich… moralny obowiązek.

Sposób myślenia był prosty: jeśli damy ludziom mieszkanie, szkołę, kurs językowy, opiekę społeczną i trochę pieniędzy, reszta jakoś ułoży się sama. Kraj dalej będzie się dynamicznie rozwijał, a wszyscy prędzej czy później stworzą wielką, piękną rodzinę, o której uczeni i artyści będą pisać książki. 


Reklama

Na mocy rewolucyjnej ustawy z 1975 roku, migranci mieli mieć takie same prawa jak rdzenni obywatele. Co kluczowe: mogli zachować własną kulturę, a państwo miało wspierać ich funkcjonowanie w społeczeństwie. Zamiast asymilacji na siłę, radosna wielokulturowość. 


Reklama

Najchętniej (bo to najbardziej szlachetne) przyjmowano zwłaszcza tych, którzy uciekali przed problemami wszelkiej maści: czy byli to Amerykanie unikający poboru do wojny w Wietnamie, radzieccy dysydenci, czy Irakijczycy uciekający przed reżimem Saddama Husajna. W latach 90. przybywali do Szwecji uchodźcy z Bałkanów, a już w tym stuleciu – osoby ubiegające się o azyl z Syrii, Afganistanu i Afryki Subsaharyjskiej.

Gdy przybysze trafiali na chłonny rynek pracy i wchodzili w społeczeństwo przez fabrykę, warsztat czy związek zawodowy, integracja przebiegała niemalże wzorcowo. Chcieli czy nie, „osłuchiwali się” z językiem, mieszkali po sąsiedzku, posyłali dzieci do szwedzkich szkół. Ale im dalej w las, im mniejsze znaczenie miał przemysł, a gospodarka przesuwała się w stronę usług, kwalifikacji i wysokich kompetencji językowych, dawny mechanizm po prostu nie miał prawa działać.

– Szwecja zbyt mocno wierzyła w to, że zapewnienie przez państwo i instytucje publiczne dobrych warunków do integracji – takich jak dostęp do systemu opieki społecznej i równe traktowanie – okaże się wystarczające. A integracja zależy przecież nie tylko od przysługujących praw czy dostępnych usług, ale także od emocji.


Reklama

Chodzi o poczucie rzeczywistej przynależności do społeczeństwa oraz przekonanie, że społeczeństwo docenia i szanuje to, co ma się do zaoferowania i w czym można mieć swój wkład – tłumaczył w rozmowie z portalem Zero.pl Bernd Parusel, politolog ze Szwedzkiego Instytutu Europejskich Studiów Politycznych w Sztokholmie.


Reklama

Obcokrajowcy, wbrew naiwnym założeniom, nie stawali na rzęsach, by jak najszybciej nauczyć się języka i posiąść niezbędne kwalifikacje, adekwatne do wymagań. Sami Szwedzi też nie robili wszystkiego, by im pomóc: z badań wynika, że gdy w najbliższym otoczeniu co najmniej 4 proc. sąsiadów stanowili uchodźcy, przeciętny Szwed zmieniał miejsce zamieszkania. Efekt? Rozrastały się etniczne getta, a dzieciaki w szkołach kisiły się we własnym sosie. 

A to tylko wierzchołek góry lodowej.

W Szwecji imigrant, nawet jeżeli może się pochwalić wyższym wykształceniem, w wyścigu o pracę jest na straconej pozycji, jeżeli ma na przykład arabsko brzmiące nazwisko. Ta sytuacja nie jest dowodem na rasizm czy ksenofobię. Chodzi raczej o to, że w szwedzkim społeczeństwie konsensusu, które za wszelką cenę unika otwartych konfliktów i w którym obowiązuje wiele niepisanych, ale ważnych zasad, ludziom łatwiej jest współpracować z osobami do nich podobnymi, znającymi ten sam kod kulturowy. Myślę, że proces wykluczania imigrantów z rynku pracy nie jest do końca świadomy. Jest to jednak ciekawy i smutny paradoks, że najbardziej otwarty kraj Europy ma jeden z najtrudniejszych dla imigrantów rynków pracy.

Katarzyna Tubylewicz
autorka serii książek i reportaży o Szwecji w rozmowie z PAP


Reklama

Syreny wyły długo

Błąd popełniony pół wieku temu prześladuje kraj do dziś. Osoby urodzone za granicą stanowią około 17 proc. populacji, ale odpowiadają za ponad połowę długotrwale bezrobotnych i pobierają 60 proc. wszystkich zasiłków socjalnych. To przepis na tragedię.


Reklama

Bolesne to zwłaszcza dlatego, że syreny alarmowe wyły długo. Zaczęły już na początku stulecia, ale o nieznośny ryk oskarżano neonazistowską prawicę. Każdy, kto w dyskursie publicznym ośmielił się krytykować politykę migracyjną kraju, prędzej niż później lądował na jednej półce z Hitlerem. 

Lewica widziała, że nie wszystko idzie tak, jak w dwudziestoleciu powojennym. Wygodniej było jednak wierzyć, że dokładanie kolejnych zasiłków i ulepszanie socjalu w końcu musi rozwiązać problem. Robiono wszystko, by nie przyznawać się do winy, z uporem maniaka brnąc w model, który od dłuższego czasu był nieefektywny. 

W 2015 roku Szwedzi przyjęli około 163 tys. osób ubiegających się o azyl – najwięcej w swojej historii i najwięcej w przeliczeniu na mieszkańca w całej Unii Europejskiej. Obciążyli system, który i tak już ledwo zipał. Brakowało wszystkiego: nie tylko pracy, ale też mieszkań czy nauczycieli.


Reklama

W końcu musieli się poddać. Premier Fredrik Reinfeldt (2006-2014), który chwilę wcześniej apelował do rodaków, aby „okazali tolerancję, wykazali się cierpliwością i otworzyli swoje serca”, wyszedł na podium i z drżącym głosem wywiesił białą flagę.


Reklama

Wywrócono do góry nogami wszystko to, w co ślepo wierzono przez 70 lat. Migrację ograniczono do obowiązkowego dla Unii Europejskiej minimum. Zaostrzono prawo azylowe, ustalono też rekordowo wysokie „nagrody” dla wszystkich obcokrajowców, którzy zdecydują się na opuszczenie kraju. 

Nietykalne dzieci

Szwecji daleko dziś do raju. Mają najwyższy w Europie wskaźnik napadów z bronią w ręku. Wiele jest miejsc, do których wieczorami nie pchają się nawet najbardziej odważni. Kraj przoduje w rankingach zgłoszonych przestępstw seksualnych, z roku na rok rośnie też liczba „wrażliwych stref”, na które czujniejszym okiem musi zerkać policja. 

Największy problem, paradoksalnie, dotyczy jednak… dzieci. „Paradoksalnie”, bo to Szwecja – a jakże! – jako pierwsza na świecie zakazała bicia najmłodszych: najpierw w szkołach, potem również w domach. Na ochronie ich praw skupiono się tak bardzo, że dziś 17-latek może rozstrzelać pół okolicy, a i tak grozi mu co najwyżej poprawczak.


Reklama

Wykorzystują to członkowie gangów. Dzieciaków werbuje się poprzez ogłoszenia na Telegramie czy w mediach społecznościowych. Nie ma kodów, szyfrów ani specjalnych komplikacji. Chcesz kogoś zabić? Damy ci broń, zapłacimy kilkadziesiąt tysięcy koron. Dasz radę wrzucić granat do czyjegoś mieszkania? Zapraszamy, śmiało.


Reklama

71 proc. ubóstwa wśród dzieci w Szwecji występuje dziś w gospodarstwach domowych o pochodzeniu zagranicznym, podczas gdy 76 proc. członków gangów przestępczych ma korzenie imigranckie. Dla niektórych to jedyna opcja, by wyjść z biedy. Skoczyć w hierarchii. Można wiele zyskać i stosunkowo niewiele stracić. 

„Państwo opiekuńcze”, które chciało roztoczyć parasol nad całym światem, straciło zdolność ochrony własnych obywateli. I to nie tak, że nad centrum Sztokholmu latają dziś kule, a po zmroku wszyscy chowają się w domach. To wciąż kraj bogaty, względnie bezpieczny, z polityką socjalną, która budzi zazdrość środowisk lewicowych na całym świecie. Kłopot w tym, że mogło i powinno być lepiej. 


Reklama

Przegrali wszyscy. Zawiodły rządy, które nie umiały narzucić skutecznych zasad integracji. Zawiodły elity, które bały się nazywać rzeczy po imieniu. Zawiodła też część samych przybyszów i ich rodzin, które nie potraktowały szwedzkiej oferty jako szansy, lecz jako wygodny układ, z którego można brać, nie dając wiele w zamian.

 


Reklama