O tej tragedii powiedziano i napisano już wszystko. Nakręcono nawet serial, uznawany przez wielu za najlepszy w dziejach. Opowieść o Czarnobylu rozpoczyna się zwykle w nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 roku. Ta, dla odmiany, właśnie wtedy się skończy.

- Zanim Czarnobyl stał się symbolem katastrofy, był spełnioną radziecką utopią: miejscem młodości, ambicji i wiary w „pokojowy atom”, który miał przynieść lepsze jutro.
- Prypeć – zaprojektowana od linijki, pachnąca różami „sypialnia elektrowni” – oferowała swoim mieszkańcom luksus nieznany reszcie ZSRR i poczucie uczestnictwa w czymś wyjątkowym.
- Za fasadą nowoczesności i propagandowych sloganów narastały błędy, fuszerka i przemilczane awarie, o których wiedzieli nieliczni.
- Wiosną 1986 roku wszyscy byli przekonani, że mieszkają w najbezpieczniejszym miejscu na Ziemi – jeszcze planowali majówkę, jeszcze kręciło się diabelskie koło.
W latach 50. ubiegłego wieku całkiem powszechne było przekonanie, że energia jądrowa lada moment zastąpi konwencjonalną. Elektryczność – przewidywano – będzie, niczym woda, „zbyt tania, by ją mierzyć”.
Magiczne wizje nad głowami radzieckich przywódców roztaczał ichniejszy Oppenheimer – Igor Kurczatow. To z jego inicjatywy, w czerwcu 1954 roku, otwarto pierwszą na świecie elektrownię jądrową. Skromny przybytek w Obnińsku nie robił wrażenia: energii wytwarzał mało, a Sowietom potrzebny był głównie po to, by tanio i szybko produkować pluton do bomb atomowych. I choć w głowie Kurczatowa kłębiły się myśli i plany zdecydowanie bardziej ambitne (i szlachetne), Nikita Chruszczow nie chciał o nich słyszeć.
W końcu jednak musiał. Większość radzieckiego przemysłu i ludności skupiała się w europejskiej, zachodniej części kraju, podczas gdy ogromne złoża ropy, węgla i gazu znajdowały się na odległej Syberii. Transportowanie paliw kopalnych na odległość tysięcy kilometrów stało się niezwykle kosztowne i nieefektywne. Elektrownie wodne, tańsza alternatywa dla jądrowych, wymagały z kolei zalewania cennych ziem uprawnych, co nie wchodziło w grę.
By zaspokoić rosnące potrzeby energetyczne kraju, trzeba było zaryzykować.
Pierwsza łopata
Sowieccy decydenci podeszli do sprawy z charakterystycznym dla siebie rozmachem. Utworzono Instytut Energii Atomowej, zatwierdzono też budowę elektrowni w Leningradzie, Kursku i Smoleńsku. Usłyszawszy o tych planach, władze w Kijowie – nie chcąc pozostać w tyle – rozpoczęły aktywne starania o to, by i w ich regionie powstał taki skarb. Im bliżej stolicy, tym lepiej.
Niebezpieczna normalizacja: jak oswajamy zagrożenie ze Wschodu
Po uzyskaniu stosownych zgód rozpoczęto gorączkowe poszukiwania właściwego miejsca do budowy. Kluczowym kryterium, poza odległością od Kijowa, była bliskość ogromnych ilości wody, potrzebnej do chłodzenia reaktorów. To dlatego rozważano tereny niemal wyłącznie w dorzeczu Dnipru.
Rejon Czarnobyla jawił się w tym kontekście jako spełnienie marzeń. Rzeka Prypeć i potężny Zbiornik Kijowski były solidnym punktem wyjścia. Pomógł też fakt, że teren był słabo uprzemysłowiony, w dużej mierze pokryty lasami i mokradłami, co w oczach planistów oznaczało mniejsze koszty przesiedleń i większą swobodę działania. Było też wystarczająco blisko Kijowa – zaledwie kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej – by zasilać rozwijające się centrum republiki.
Pierwszą łopatę wbito w 1970 roku.
Sypialnia dla Czarnobyla
W cieniu betonowych pylonów i gigantycznych dźwigów, które zaczęły wyrastać nad bagnistym dorzeczem Prypeci, rodził się projekt wyjątkowy. „Miasto słońca”, duma Sowietów. Wizytówka, której mieli zazdrościć i w Waszyngtonie, i w Berlinie.
Opiekę nad przedsięwzięciem powierzono Wiktorowi Briuchanowowi: 35-latkowi, „złotemu dziecku”, który o energii jądrowej nie miał co prawda większego pojęcia, ale był utalentowanym elektrykiem i sprawnym menedżerem. Miał zarządzać elektrownią, doglądał i koordynował również jej powstawanie. I powstawanie wszystkiego wokół.
Bo gdy na początku lat 70. pojawił się w okolicach Czarnobyla, nie było tam niczego. Teren porastały mroczne, podmokłe lasy, torfowiska i moczary. „Dookoła rzadki sosnowy zagajnik i jak nigdzie indziej wonne powietrze. Piaszczyste wzgórki porośnięte karłowatym lasem, łysiny czystego żółtego piasku na tle ciemnozielonego mchu. Śniegu nie ma. Gdzieniegdzie wygrzana słońcem młoda trawa. Cisza i dziewiczość natury” – wspominał w Raporcie z Czarnobyla Grigorij Miedwiediew, jeden z pierwszych inżynierów zwerbowanych do pracy w elektrowni.
Briuchanow był wizjonerem. Wiedział, że najtęższym umysłom nie wystarczy wcisnąć propagandowej papki o potędze radzieckiej nauki. Chcąc zwabić najlepszych, musiał stworzyć dla nich nie tylko najlepsze miejsce pracy, ale i wyjątkowy dom. „Sypialnię” dla Czarnobyla – osiedle robotnicze – założył kilka kilometrów na północ od elektrowni. By spełnić wygórowane oczekiwania, miasteczko Prypeć, nazwane jak przecinająca je rzeka, powstawać musiało na deskach kreślarskich najlepszych kijowskich urbanistów.
Nagroda za lojalność
Postawiono na tzw. zabudowę promienistą – bloki o różnych wysokościach, od niskich, pięciopiętrowych „chruszczowek” nowej generacji, po strzeliste, szesnastopiętrowe wieżowce, ustawiane tak, by słońce wpadało do każdego mieszkania, a wiatr swobodnie hulał między kwartałami. Przełomowa wizja, jakże odmienna od wcześniejszych radzieckich propozycji urbanistycznych, zakładała, że z niemal każdego okna, ponad dachami niższych budynków, mieszkaniec ma widzieć ścianę lasu lub błękit rzeki.
Centralną osią była aleja Lenina – szeroka, efektowna – prowadząca wprost do serca miasta. Stał w nim Pałac Kultury „Energetyk”, gmach o jasnej fasadzie i dużych przeszkleniach, który w zamyśle miał skupiać życie społeczne. Obok ulokowano kawiarnie, restauracje i bary.

Pałac Kultury "Energetyk" w latach 80. tętnił życiem. (fot. chernobyl-visit.com)
Na przestrzeni kilkunastu lat, w niewielkim mieście, które od krańca do krańca można było przejść w 20 minut, zbudowano pięć szkół, kilkanaście przedszkoli, trzy baseny, trzydzieści pięć placów zabaw, dwa stadiony, duży szpital, a także kino, szkołę muzyczną, salon piękności i klub jachtowy. Architekci zadbali o wkomponowanie budynków w leśny krajobraz, dlatego bloki tonęły w zieleni, a przestrzenie publiczne zdobiły rzeźby i spektakularne mozaiki celebrujące naukę. Zdarzało się, że na piaszczyste miejskie plaże wychodziły z rzeki łosie.
Prypeć stała się miejscem, do którego lgnęli młodzi ludzie z całego Związku Radzieckiego. Jej urokliwość miała być nagrodą za lojalność i dowodem na to, że atomowy prekariat może żyć jak przedwojenna burżuazja.
Atomowa obsesja
Średnia wieku mieszkańców wynosiła zaledwie 26 lat. Przedszkola pękały w szwach: jeden rocznik dzielono nawet na piętnaście klas, podczas gdy w innych regionach kraju z trudem zbierano choćby jeden. Wesela – można było odnieść wrażenie – odbywały się dwa–trzy razy w tygodniu. Wszyscy chodzili uśmiechnięci, znali się i lubili.
Nazywali ich „elitą w białych kitlach”: zarabiali krocie, mieli dostęp do towarów, które w innych regionach wschodniej Europy nikomu się nawet nie śniły. Sklep „Magia” oferował m.in. francuskie sery, koniak, egzotyczne owoce i zachodnią elektronikę. Dzieci, dorastające w cieniu reaktora, bawiły się w nowoczesnych przedszkolach i na basenie „Lazurowym”, w krystalicznie czystej, podgrzewanej wodzie.
Pewien problem, jak wszędzie, stanowił deficyt mięsa. Mieszkania, choć kolejki po wymarzone cztery kąty były znacznie krótsze niż w innych regionach, też nie były dostępne „od ręki”. Nikt nie miał jednak prawa na nic narzekać.
Zwłaszcza że mieszkańcy Prypeci – pewnie słusznie, pewnie nie bez powodu – czuli się wybrańcami. Dumni byli, że stanowią społeczność „pokojowego atomu”, w kontrze do amerykańskich wybryków w Hiroszimie i Nagasaki, do zgniłego Zachodu, który energię jądrową wykorzystywać chciał tylko do niecnych celów. Czuli się pewnie. Ryzyka nie widzieli albo widzieć nie chcieli.
„Nasz reaktor jest tak bezpieczny, że można by go postawić na Placu Czerwonym” – to zdanie, powtarzane z niemal religijną żarliwością, stało się fundamentem ich egzystencji.
Atomowa obsesja przybierała wymiar niemal surrealistyczny. Mieszkańcy uwielbiali wędkować w kanale zrzutowym, w którym woda, podgrzewana przez reaktory, pozwalała rybom osiągać monstrualne rozmiary. Nie tylko nikt nie widział w tym niczego złego: ludzie kąpali się w tych ciepłych nurtach, wierząc, że pokojowa energia daje im – niczym termy – zdrowie i siłę.
Najbezpieczniejsze miejsce na Ziemi
W tej niemal dziecięcej symbiozie z technologią prym wiódł sam Briuchanow. Dyrektor, z tą samą skrupulatnością, z jaką analizował raporty z postępów budowy kolejnych bloków energetycznych, zarządzał operacją „upiększania” miasta. Na jego polecenie w Prypeci zasadzono pięćdziesiąt tysięcy krzewów róż – po jednej na każdego mieszkańca. Chciał, aby okolica pachniała jak luksusowa kwiaciarnia, oszałamiając przyjezdnych, którzy po raz pierwszy wysiadali z „Rakiet” – nowoczesnych wodolotów kursujących regularnie z i do Kijowa. By nikt nie chciał Prypeci nigdy opuszczać.
Katastrofa smoleńska. Gdy pęknięcie zamieniło się w most – na chwilę
Wszystko to miało przykryć czarnobylską fuszerkę: dachy pokrywane łatwopalnymi materiałami, nietrzymające pionu betonowe prefabrykaty, mnożącą się liczbę awarii i niekontrolowanych wycieków, skrupulatnie zamiatanych pod dywan przez KGB. Inżynierów odcinano od informacji o problemach tożsamych obiektów w Leningradzie czy Kursku. Działano w pośpiechu, „na skróty”, od święta do święta – gdy raz na jakiś czas w okolicy zjawiali się partyjni oficjele, wszystko musiało błyszczeć, a reaktory bić rekordy wydajności.
W kwietniu 1986 roku wierzono, że Prypeć jest rajem. Najbezpieczniejszym miejscem na Ziemi.
Mieszkańcy spacerowali nabrzeżem, jedli lody i planowali majówkę, spoglądając z dumą na cztery kominy majaczące na horyzoncie. Z niecierpliwością wyczekiwali otwarcia kolejnej wielkiej atrakcji: parku rozrywki, który zdobiły już sięgające do nieba żółte gondole diabelskiego młyna.
Było wyjątkowo upalnie.
Dalszy ciąg tej historii wszyscy już znają.
