– Skala korupcji meksykańskiej policji jest niewyobrażalna. Tak jak skala przenikania świata „prawych” z bandytami – mówi w rozmowie z Zero.pl dr hab. Piotr Chomczyński, socjolog i kryminolog, autor badań o meksykańskiej przestępczości.

- Po śmierci Nemesia Oseguery Cervantesa „El Mencho” Meksyk ponownie stał się areną brutalnych starć karteli.
- Kartele nie tylko walczą z państwem, ale też między sobą – to konflikt „permanentny i totalny”.
- Korupcja w policji i armii sprawia, że granica między światem przestępczym a państwem bywa iluzoryczna.
Marcin Darmas, Zero.pl: W ostatnich dniach Meksyk stał się teatrem przemocy po śmierci narkotykowego bossa „El Mencho” o literackim nazwisku Cervantes. Chciałem powiedzieć „niespotykanej dotąd”, ale byłaby to nieprawda. Były przecież precedensy. Wystarczy przypomnieć walki meksykańskiego rządu ze stronnikami „El Chapo”. Czy Meksyk jest w stanie permanentnej wojny z kartelami narkotykowymi?
Dr hab. Piotr Chomczyński: Ta wojna trwa już bardzo długo i nic nie wskazuje na to, że prędko się skończy. To wojna nie tylko permanentna, ale i totalna, gdzie rząd walczy z kartelami, a kartele walczą ze sobą o prymat w przestępczych procederach. Przypomnijmy, że zanim jeszcze powstało CJNG (Jalisco New Generation Cartel – red.) to ludzie, którzy tam się znaleźli, pracowali jako zbrojne ramię kartelu Sinaloa, któremu przewodził przywołany przez pana „El Chapo”. To nie koniec.
Warto wspomnieć jeszcze innego, meksykańskiego bossa, Ignacia Coronela „El Nacho”, który był jednym z takich, można powiedzieć, finansowych macherów Joachima Guzmana, czyli „El Chapo”, zachowując trzecią pozycje w kartelu. To on był mentorem i nauczycielem „El Mencho”, późniejszego założyciela CJNG. Wcześniej działała również powołana do życia przez „El Nacho” grupa “Matas Zetas” (zabójcy Zetas – red). Te wszystkie kręgi mafijne ze sobą walczyły, walczą i, obawiam się, walczyć będą na śmierć i życie.
Kim był Nemesio Oseguera Cervantes – „El Mencho”?
Bandytą z bardzo bogatym doświadczeniem. Współpracował z kartelem „Sinaloa”, a później „Milenio”. Swoje, by tak rzec, pierwsze, przestępcze szlify zdobył dwie dekady wcześniej, popełniając drobne przestępstwa, hodując marihuanę i szmuglując ją do Stanów. W latach 90. został tam aresztowany i wydalony po wyroku do Meksyku. Po drodze zdążył jeszcze zaciągnąć się do policji.
Później zdecydował się założyć własną organizację, która wciąż ma globalne wpływy. CJNG ma przecież swoje delegatury we wszystkich stanach Meksyku. Macki kartelu sięgają nawet Hiszpanii. Jego wpływy stały się tak istotne, że „El Mencho” udało się zagrozić najpotężniejszemu kartelowi „Sinaloa”.
Historia „El Mencho” to również przejście z „dobrej” na „złą” stronę mocy. Cervantes to były policjant, który został przestępcą. Mam wrażenie, że dosyć często w Meksyku, mówiąc delikatnie, te dwa światy się przenikają.
Ma pan rację. Wystarczy przypomnieć historię Salvadora Cienfuegosa Zapedy, byłego ministra obrony Meksyku, który został aresztowany w 2020 r. w Stanach Zjednoczonych pod zarzutem prania brudnych pieniędzy należących do karteli. Inny przykład – Genaro Garcia Luna, były szef meksykańskiej policji oskarżony w zasadzie o to, że był czynnym członkiem kartelu.
Mowa o najwyższych szczeblach. Czy to samo przenikanie widzimy w meksykańskich dołach?
Miałem możliwość badać sposoby pozyskiwania rekrutów do meksykańskich karteli. W tym celu odwiedzałem więzienia i rozmawiałem z osadzonymi. Okazało się, że członków gangów i policyjnych informatorów rekrutuje się już na ostatnim roku akademii policyjnej.
Czyli gangi mają swoistych „łowców talentów”?
W jakiejś mierze tak jest. Jest jeszcze inny, ważny czynnik – czynnik ekonomiczny i materialne niedobory meksykańskiej policji. Policjant, który kończy szkolenie i trafia na ulicę musi często za własne pieniądze kupić pełne wyposażenie. On dostaje głodową pensję, ledwo starcza mu na bieżące wydatki. Natomiast jako współpracownik organizacji przestępczej dostaje nierzadko dziesięciokrotność swojej pensji.
Skala korupcji meksykańskiej policji jest niewyobrażalna tak jak skala przenikania świata „prawych” z bandytami. Opowiem anegdotę z jednego z moich pobytów w Meksyku. Podczas porannej przebieżki usłyszałem krzyki dobiegające z bagażnika zaparkowanego samochodu. Najpierw chciałem zaalarmować stojącego nieopodal policjanta. Wcześniej jednak zatelefonowałem do swojej znajomej. Kategorycznie odradzała mi interweniować. Powiedziała: „biegnij dalej, w niczym nie pomożesz temu człowiekowi. Prosząc o pomoc policjanta, jemu z pewnością nie pomożesz a sobie możesz tylko zaszkodzić”.
Losy „El Chapo” czy „El Mencho”, choć brutalne i krwawe, mają wymiar, proszę wybaczyć, niezwykle literacki. „El Chapo” spektakularnie uciekał z więzienia wielokilometrowym tunelem, natomiast „El Mencho” wpadł w sidła policji podczas miłosnej schadzki. Czy dlatego świat przestępczy pozostaje takim atraktorem dla Meksykanów?
To bardzo ciekawe pytanie. Przyznam, że w jakieś mierze odpowiadam na to pytanie na stronach „Kucharza”, który ukazał się nakładem wydawnictwa Muza. Kultura meksykańska jest w dużym stopniu obarczona przemocą. Rozlewa się ona na wszystkie sfery życia tego kraju. Przypominam o wszechobecnej przemocy w kulturach Azteków i Majów. Nie stronili od przemocy również konkwistadorzy, którzy wyrzynali w pień całe wsie i miasta pradawnych społeczności.
Fascynował się meksykańskim kultem przemocy również Siergiej Eisenstein. W dużej mierze poświęcił jej swój ostatni, niedokończony film – „Meksyk”.
Zgadza się. Tam, gdzie są narkotyki, są też ogromne pieniądze. A gdy w grę wchodzą wielkie pieniądze, cena ludzkiego życia dramatycznie spada.
