
Wybory w Polsce już za niecały rok. Powoli rusza karuzela obietnic, ale tym razem zapędy polityków wstrzymuje kiepski stan finansów państwa. Politycy opozycji coraz częściej mówią o potrzebie uzdrowienia budżetu i atakują rząd. Z kolei politycy koalicji nie widzą problemu. – Polacy nie mają się czym martwić – mówi Zero.pl poseł Witold Zembaczyński z KO. Co na to przedstawiciele innych partii?
- Na niecały rok przed wyborami parlamentarnymi w Polsce stan finansów publicznych stał się jednym z głównych tematów politycznych.
- Finanse państwa są w ruinie – mówi opozycja. Rząd odpiera ataki i podkreśla dobre wskaźniki gospodarcze.
- Opinia publiczna przechodzi przyspieszony kurs z długu i deficytu – i słucha pomysłów polityków na to, jak okiełznać jedno i drugie.
- Zero.pl porozmawiało z Magdaleną Biejat z Nowej Lewicy, Marcinem Horałą z Rozwoju Plus oraz Witoldem Zembaczyńskim z KO o tym, co pokazuje stan państwowej kasy i czy czeka nas zaciskanie pasa.
- Pytamy też ekspertów, czy deficytu budżetowego faktycznie należy się bać.
Rząd sam podał opozycji wdzięczny temat. W opublikowanej we wrześniu strategii zarządzania długiem publicznym wyłożył kawę na ławę: wkrótce potkniemy się o ustawowe progi ostrożnościowe. Państwowy dług publiczny (PDP) oraz państwowy dług publiczny netto w 2028 r. osiągną poziom powyżej 55 proc. PKB, a to uruchomi procedurę oszczędnościową w 2030 r. Będzie ona wymagała cięć wydatków – w tym tych związanych z podwyżkami pensji w budżetówce czy waloryzacją emerytur i rent.
Liczby, które straszą. Poziom alarmowy zadłużenia jest bardzo blisko
Nieco wcześniej resort finansów pokazał projekt budżetu na 2027 r. i ściągnął na siebie krytykę Rady Fiskalnej, niezależnego gremium monitorującego politykę budżetową. „Projekt prezentuje trwałą i głęboką nierównowagę finansów publicznych” – oceniła Rada.
Narastające zadłużenie Skarbu Państwa (2,27 bln zł na koniec września) i deficyt budżetowy rokrocznie przekraczający 200 mld zł (zrealizowane 211 mld zł w 2024 r., szacowane 276 mld zł w 2025 r. i założone 272 mld zł na 2026 r.) skłoniły posłów PiS o złożenie wniosku o wotum nieufności dla ministra finansów i gospodarki Andrzeja Domańskiego. Wniosek nie przeszedł, ale debata o finansach publicznych trwa.
Budżet wchodzi do polityki. „Bomba z opóźnionym zapłonem”
Tymczasem wchodzimy powoli w kampanię wyborczą, kiedy to politycy lubią obiecywać różne rzeczy. Tu pojawia się problem, bo jak połączyć obietnice z troską o budżet?
– Sytuacja finansów publicznych to dziś bomba z opóźnionym zapłonem, której skutków jeszcze nie odczuwamy, choć dewastacja państwowej kasy wkrótce może zacząć odbijać się na realnej gospodarce – mówi Zero.pl wicemarszałek Sejmu Marcin Horała, przedstawiciel klubu parlamentarnego Rozwój Plus. – Nie da się bez końca zadłużać państwa w obecnym tempie. W końcu mechanizmy unijne i ustawa o finansach publicznych powiedzą „stop” albo zrobią to rynki finansowe, odmawiając zakupu polskich obligacji. To wywołałoby ogromny szok i nagle odcięło gospodarkę od tlenu.
– Musimy rozbroić tę bombę. To jedno z głównych wyzwań, z którymi zmierzymy się w najbliższych wyborach. Niezależnie od tego, czy finanse publiczne będą tematem kampanii, kolejny rząd będzie musiał odwrócić trend lawinowo rosnącego długu. Trzeba to zrobić bez duszenia gospodarki i cięć prowadzących do powrotu modelu z lat 90., kojarzonego z recesją i bezrobociem.
Marcin Horała, wicemarszałek Sejmu, Rozwój Plus
Dopytywany, czy Rozwój Plus zaproponuje jakieś oszczędności w budżecie, ryzykując niezadowolenie wyborców, wicemarszałek Horała odpowiada: – „Nic, co dane, nie będzie odebrane” – my tak nie powiemy. Do wszystkiego trzeba bowiem podchodzić racjonalnie.
Jedną z recept Rozwoju Plus jest korekta obecnej siatki świadczeń socjalnych.
– Przykładem pensja rodzicielska, którą proponujemy: do ukończenia przez dziecko trzeciego roku życia jeden z rodziców mógłby otrzymywać płacę minimalną, w pełni oskładkowaną i zapewniającą stabilizację. Jej sfinansowanie wymagałoby jednak zmian w obecnych programach – między innymi przesunięcia świadczenia 800 plus na okres po ukończeniu przez dziecko trzech lat oraz likwidacji „kosiniakowego” i „babciowego”. Dla wszystkich rodzin bilans takich zmian byłby korzystny, ale oznaczałyby one również rezygnację z niektórych obecnych rozwiązań.
Zaciskanie pasa? Niekoniecznie
Horała podkreśla zarazem, że świadczenia socjalne zasilają konsumpcję. Ich beneficjenci wydają otrzymane pieniądze u lokalnych usługodawców, którzy zależą od tych wydatków.
– Nie możemy zakładać, że rosnący dług uda się ograniczyć przez zaciskanie pasa – ocenia. – Grecja robi to od dwóch dekad, a spektakularnych efektów brak. Nie możemy nagle zacząć drastycznie ciąć wydatków socjalnych, jak postuluje Konfederacja. Świadczenia trafiają przecież do polskich sklepów, restauracji, fryzjerów i innych przedsiębiorców. Odebranie im z dnia na dzień części klientów oznaczałoby poważny wstrząs gospodarczy. Powinniśmy wyciągnąć wnioski z doświadczeń lat 90.
I tu poglądy polityka Rozwoju Plus są zbieżne z optyką wicemarszałkini Senatu z Nowej Lewicy, Magdaleny Biejat.
– Osobiście zachęcam wszystkie polityczki i polityków, by pamiętali, że duża część wydatków państwa to inwestycje – mówi Zero.pl polityczka. – Przykładowo, wsparcie emerytów to nie tylko wydatek socjalny. Pieniądze te trafiają na lokalne bazarki, do kawiarni i piekarni, pobudzając gospodarkę. Inwestycje w transport publiczny, kolej i połączenia autobusowe umożliwiają ludziom dojazd do pracy czy na zakupy.
– Inny przykład: ustawa o asystencji osobistej osób z niepełnosprawnościami oznacza koszt dla budżetu, ale daje szansę na większą samodzielność osób, do których jest adresowana, i powrót ich opiekunów na rynek pracy – zauważa Biejat. – Pozwala też tworzyć lokalne miejsca pracy, których nie da się wyprowadzić za granicę ani „zoptymalizować” poprzez przeniesienie działalności do większego miasta.
Skoro nie socjal, to może trzeba szukać oszczędności gdzie indziej? Marcin Horała wskazuje, że chodzi nie tyle o oszczędności, co o zmianę paradygmatu myślenia o wydatkach.
– Postulujemy przekierowanie strumienia zamówień publicznych na polskie produkty i firmy, również prywatne – mówi. – W tym celu trzeba wykorzystać przede wszystkim nakłady na obronność, które są teraz istotne w wydatkach państwa. Jeżeli co roku będziemy wyprowadzać za granicę równowartość 3–5 proc. polskiej gospodarki, a w kolejnych latach powtarzać ten schemat, po dwóch dekadach Polska może zostać gospodarczo zdewastowana – niemal jak po wojnie, choć bez działań zbrojnych. Tak nie da się prowadzić polityki gospodarczej.
– Te ogromne środki powinny pozostawać w kraju i uruchamiać efekty mnożnikowe – dodaje. – Jeżeli państwo wydaje miliardy, powinno robić to w taki sposób, by w kolejnych latach wydatki te generowały dodatkowe wpływy podatkowe i wynagrodzenia wypłacane w Polsce. To konieczność. Posunę się nawet do stwierdzenia, że można nawet lepiej kupować nieco mniej, ale tak, żeby większa część pieniędzy pozostałaby w polskiej gospodarce.
Magdalena Biejat przestrzega: – Kiedy słyszymy, że trzeba ciąć wydatki publiczne, pamiętajmy, że nie wszystkie warto ograniczać, są bowiem wydatki inwestycyjne, które się zwracają.
– Ale są też takie, o których należy rozmawiać – dodaje.
– Postuluję, by wreszcie ograniczyć dotacje dla górnictwa. Płacimy miliardy za wydobycie węgla, które jest coraz mniej opłacalne, a jednocześnie sprowadzamy go z zagranicy. Są też inne obszary, w których można ograniczać wydatki i lepiej zarządzać finansami publicznymi. Warto się nad nimi pochylić, ale w centrum zawsze musi być dobro obywateli. Nie stoi ono w sprzeczności z rozwojem gospodarki — wręcz przeciwnie.
Magdalena Biejat, wicemarszałkini Senatu, Nowa Lewica
Poseł Zembaczyński: Polacy nie mają się czym martwić
A może kryzysu w finansach publicznych jednak nie ma i w związku z tym nie ma co roztrząsać takich dylematów? Na takim stanowisku stoi poseł KO Witold Zembaczyński. Nie uważa on, że finanse publiczne staną się ważnym tematem w kampanii.
– Ludzi interesują ich budżety, a wszystkie parametry gospodarcze – wzrost wynagrodzenia sporo powyżej 9 tys. zł, solidny wzrost PKB, jedno z najniższych w UE bezrobocie – świadczą o tym, że w ujęciu „mikro” Polacy nie mają się czym martwić – mówi Zero.pl polityk.
Pytany o prognozy rządu dotyczące naruszenia progów ostrożnościowych dla długu, odpowiada:
– Bardzo proszę autorów tego problemu, a więc środowisko prezydenta i PiS z prezesem Jarosławem Kaczyńskim na czele, aby powiedzieli, komu zabrać, komu obciąć świadczenia. Jakoś nie widzę w środowisku prezydenta troski o finanse publiczne, kiedy chodzi o wydatki jego kancelarii – najem limuzyn, konie, spinki do mankietów za 32 tys. zł, wreszcie 7,5 mln zł przeznaczone na trybuny i organizację wydarzeń w kolejnych latach. Ten temat kryzysu w finansach publicznych został sztucznie wygenerowany, żeby przykryć rewelacyjne parametry gospodarcze i to, że jesteśmy liderem wzrostu w UE.
Witold Zembaczyński, poseł KO
– Owszem, problemem są ceny nośników energii – zresztą jak w całej UE – ale pracujemy nad tym jako koalicja, inwestujemy w turbiny wiatrowe na Bałtyku czy magazyny energii – dodaje Zembaczyński. – Temu, by ulżyć Polakom na tym polu, służy też program CPN.
Politolog apeluje, by nie myśleć Balcerowiczem
Dr Maciej Onasz, politolog, ekspert ds. wyborczych z Uniwersytetu Łódzkiego, jest zdania, że w polskim dyskursie publicznym deficyt budżetowy jest niesłusznie przedstawiany jako zagrożenie.
– Temat kryzysu w finansach publicznych jest często wykorzystywany w kampanii wyborczej, ale nie mam wrażenia, że teraz jest on jakoś mocniej obecny – mówi Zero.pl. – A jest wykorzystywany, bo żyjemy wciąż w świecie Balcerowicza i głupot, które nam nawkładał do głów w latach 90. To dlatego w publicznym dyskursie dominuje negatywne określenie „dziura budżetowa” zamiast deficytu – a przecież deficyt jest kwestią całkowicie normalną, bo napędza wzrost gospodarczy. Zresztą – proszę zauważyć, że każda opozycja mówi, że deficyt prowadzi do katastrofy, a kiedy przejmuje władzę, to nagle ten sam deficyt staje się prorozwojowy. Zrównoważony budżet – to brzmi świetnie, ale na dłuższą metę grozi kryzysem.
– Kampania wyborcza rządzi się jednak swoimi prawami i fakty nie mają w niej znaczenia – kwituje politolog. – Liczy się tylko przeświadczenie, jakie wytwarzają w nas politycy. Kiedy mówią, że deficyt jest zły, zaczynamy w to wierzyć. To dlatego późniejsze straszenie cięciami w wydatkach socjalnych, rzekomo w celu ratowania budżetu państwa, pada na podatny grunt, bo jako wyborcy nie podejmujemy decyzji racjonalnie, a działamy na bazie dwóch emocji: nadziei i strachu. Co ciekawe, politycy nie straszą firm podwyżkami podatków, wolą oddziaływać na emocje statystycznego Kowalskiego, wykorzystując takie pojęcia jak „dziura budżetowa” czy „druga Grecja”.
Ekonomista: W końcu ten deficyt trzeba będzie ograniczyć
Może więc niesłusznie boimy się deficytu, bo jest on w istocie prorozwojowy?
– Każdy medal ma dwie strony – odpowiada Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. – Owszem, dobra kondycja polskiej gospodarki na tle wielu krajów europejskich jest częściowo efektem ekspansywnej polityki fiskalnej. Wysoki poziom wydatków publicznych, w tym wydatków społecznych, wspiera popyt krajowy i przekłada się na silną konsumpcję gospodarstw domowych, która pozostaje jednym z głównych motorów wzrostu gospodarczego. Jednocześnie trzeba pamiętać, że taki model wzrostu wiąże się z wyższym deficytem sektora finansów publicznych i ogranicza elastyczność polityki fiskalnej w przyszłości. Dlatego obecne dobre wyniki gospodarki należy oceniać nie tylko przez pryzmat tempa wzrostu PKB, ale również ich wpływu na długookresową stabilność finansów publicznych.
– Deficyt może być wysoki, natomiast ważne jest też, w jakim zakresie polityka fiskalna wpływa na konkurencyjność gospodarki, jej produktywność, innowacyjność – tłumaczy ekonomista. – Jeśli zaś deficyt jest przeznaczany głównie na konsumpcję i napędza gospodarkę przez wzrost wydatków społecznych, to efekt ekonomiczny i impuls popytowy będzie raczej krótkotrwały. W końcu ten deficyt trzeba będzie ograniczyć, tym bardziej, że nasza gospodarka będzie stopniowo hamować. Widać to zresztą w założeniach MF do ustawy budżetowej na 2027 r., według których dynamika PKB wyhamuje do ok. 3 proc. już w przyszłym roku. Teraz mamy dobrą koniunkturę, sprzyjają temu środki europejskie, kumulacja napływu funduszy z SAFE, KPO i funduszy strukturalnych, ale ten impuls w przyszłym roku będzie mniejszy.
– Problem pojawia się w momencie, kiedy deficyt jest permanentnie wysoki, dług narasta, koszty obsługi zadłużenia rosną, a wzrost PKB – wcześniej szybki – zaczyna spowalniać.
Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium
„Turbo” rok Donalda Tuska stanie się faktem? GUS zmienia dane, PKB rośnie jak na drożdżach
Ekonomista ostrzega też, że wysoki deficyt i silnie rosnący dług ograniczają możliwości wykorzystania polityki fiskalnej jako amortyzatora różnych szoków ekonomicznych, tak zewnętrznych, jak i wewnętrznych.
– Dziś widzimy, że rządzącym łatwiej było wprowadzać tarcze osłonowe i łagodzić szoki na rynku surowców energetycznych, prądu, gazu itp., kiedy deficyt był na poziomie 2-3 proc. PKB. Teraz, z deficytem przekraczającym 7 proc. PKB, trzeba było już znaleźć dodatkowe źródło finansowania w postaci windfall tax (podatek od nadmiarowych zysków koncernów paliwowych – red.), żeby móc przedłużyć pakiet CPN.

