Reklama
Reklama
Reklama

Izrael gra na zerwanie negocjacji USA z Iranem. Ekspert mówi o „koszeniu trawnika”

TYLKO NA

– Izrael zrobi wiele, aby porozumienie USA z Iranem nie weszło w życie – mówi w rozmowie z Zero.pl Marek Matusiak z Ośrodka Studiów Wschodnich. Ekspert tłumaczy także, dlaczego władze w Tel Awiwie „nie są zainteresowane powodzeniem tych ani żadnych innych negocjacji”. – Wszystko, co wtrąca Iran w przewlekły kryzys wewnętrzny jest z perspektywy Izraela doskonałe – podkreśla.

white-14
„Wszystko, co wtrąca Iran w przewlekły kryzys wewnętrzny (…), jest z perspektywy Izraela doskonałe” (fot. Shutterstock/OSW)

Agnieszka Waś-Turecka, Zero.pl: W ostatnich dniach Izrael nie rezygnuje z działań w Libanie, czym prowokuje Iran. To z kolei skłania Teheran do okresowego zamykania cieśniny Ormuz, co wywołuje kolejny impas w rozmowach ze Stanami Zjednoczonymi. Izrael celowo gra na zerwanie negocjacji pokojowych?

Marek Matusiak, koordynator projektu „Izrael i Zatoka” w Ośrodku Studiów Wschodnich*: Co do tego nie ma cienia wątpliwości. Izrael nie jest zainteresowany powodzeniem tych ani żadnych innych negocjacji. Doskonale odnajduje się w sytuacji, kiedy procesy polityczne pozostają niedookreślone i niedomknięte. Najlepszym przykładem jest choćby wojna w Strefie Gazy.

Dlaczego dla Izraela stan „ani wojna, ani pokój” jest optymalny?

Mimo że w Iranie nie udało się zrealizować żadnego z zakładanych celów wojennych, a konflikt wywołał poważny kryzys energetyczny i przemysłowy na świecie, to z perspektywy Tel Awiwu brak długoterminowego porozumienia politycznego to warunki preferowane. Możliwość wznowienia działań ofensywnych w dowolnym momencie daje Izraelowi swobodę operacyjną.

Reklama
Reklama

Izrael zrobi wiele, aby porozumienie USA z Iranem nie weszło w życie. Fakt, że Stany Zjednoczone rozmawiają z Irańczykami bezpośrednio i bez udziału Izraela, jest dla tamtejszych władz problemem. Jednak scenariusz, w którym Amerykanie wynegocjowaliby porozumienie nakładające zobowiązania również na stronę izraelską, jest dla niej kategorycznie nie do przyjęcia.

Wspólne działania izraelsko-amerykańskie wywołały już w Iranie kryzys ekonomiczny oraz uszkodziły część jego potencjału przemysłowego i zbrojeniowego. Izrael chciałby zachować możliwość kontynuowania tych działań – w scenariuszu optymalnym do spółki z Waszyngtonem – aby Teheran był stale zajęty własnym kryzysem.

Za krótka kołdra Pentagonu. Wojna w Iranie obnażyła słaby punkt USA

Skoro okazało się, że nie da się pokonać przeciwnika definitywnie – poprzez obalenie reżimu czy podział kraju – to alternatywą jest utrzymywanie go w stanie permanentnego chaosu?

Reklama
Reklama

Dokładnie. Realia te dobrze obrazuje określenie „koszenie trawnika”, którego Izraelczycy długo używali w odniesieniu do Strefy Gazy rządzonej przez Hamas. Oznacza to cykliczne przeprowadzanie operacji militarnych, bombardowań i eliminację konkretnych osób, ale bez trwałego rozwiązywania problemu. Przeciwnika osłabia się tylko na tyle, by za kilka lat powtórzyć „koszenie”.

To modus operandi, które Izrael konsekwentnie stosuje wobec wszystkich podmiotów w regionie. Tę samą metodę władze izraelskie chciałyby stosować wobec Iranu. Mają przy tym pełną świadomość, że nie osiągną w ten sposób celów maksymalnych, ale będą mogły periodycznie atakować i osłabiać Teheran. Dbać o to, by „trawa nie urosła za wysoko”.

Zaprowadzenie chaosu w Iranie było celem Izraela od samego początku?

Nie do końca. Istniała także nadzieja, że będzie to ostateczne starcie z Iranem, które pozwoli rozwiązać ten problem systemowo – poprzez obalenie reżimu, a nawet podział kraju, np. w wyniku zbrojnego wystąpienia irańskich Kurdów. Na razie to się nie udało.

Reklama
Reklama

Ale oczywiście każdy scenariusz głębokiego osłabienia państwa irańskiego jest dla Tel Awiwu korzystny. Wszystko, co wtrąca Iran w przewlekły kryzys wewnętrzny i zmusza do koncentracji na sobie zamiast na polityce zewnętrznej, jest z perspektywy Izraela doskonałe.

Czy Izraelowi udało się uzyskać ten przewlekły kryzys w Iranie?

Na poziomie taktycznym i materialnym Izrael mógł odnieść sukcesy, jednak w wymiarze polityczno-społecznym celów nie osiągnięto. Nie doszło do masowych antyrządowych wystąpień ani buntu wewnętrznego.

Reżim w Teheranie nie załamał się, mimo eliminacji najwyższego przywódcy oraz wielu kluczowych postaci z elity politycznej, wojskowej oraz Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Sprawnie wyłoniono następców.

Reklama
Reklama

Paradoksalnie, ataki ze strony Izraela i Stanów Zjednoczonych przyspieszyły wymianę pokoleniową w irańskim aparacie władzy. Do głosu doszli ludzie młodsi, bardziej zdeterminowani i prezentujący bardziej jastrzębią postawę w polityce zagranicznej. Izrael nie zrealizował zatem swoich strategicznych celów, co jeszcze bardziej motywuje go do dążenia do kontynuowania wojny.

Skoro my wiemy, że Izrael celowo gra na zerwanie negocjacji, trudno przypuszczać, by nie wiedział o tym Waszyngton. Jak długo Stany Zjednoczone pozwolą Izraelowi na prowadzenie takiej polityki?

Patrząc na mapę, mogłoby się wydawać, że mamy do czynienia z klasyczną relacją patron-klient i Waszyngton powinien dysponować potężnymi instrumentami nacisku na Izrael. W praktyce jednak ta zależność jest obustronna.

Reklama
Reklama

Izrael ma ogromny wpływ na wewnętrzny dyskurs polityczny w USA poprzez sprzyjających mu polityków, wpływowe organizacje lobbingowe, przychylne media oraz system finansowania kampanii wyborczych, a konkretnie poprzez wpływowych donorów o proizraelskich, a często wręcz skrajnie proizraelskich poglądach. Powiązania te są niezwykle silne, dlatego instrumenty dyscyplinowania Izraela rzadko są przez USA skutecznie uruchamiane.

Miarą tego zjawiska jest fakt, że ogromna pomoc wojskowa i dyplomatyczna dla Izraela ma z założenia charakter bezwarunkowy. Sama próba zasygnalizowania w amerykańskim mainstreamie, że pomoc ta powinna być od czegoś uzależniona, wywołuje natychmiastowy skandal, a polityk wysuwający taki postulat jest poddawany ostrym atakom.

Teoretycznie wystarczyłby jeden telefon z Białego Domu, by zdyscyplinować Tel Awiw, ale realia polityczne w Waszyngtonie na to nie pozwalają. Obecna administracja USA, mimo determinacji do sfinalizowania porozumienia z Iranem, musi działać niezwykle ostrożnie z powodu silnego oporu wewnętrznego.

W Stanach Zjednoczonych zbliżają się wybory połówkowe. Pojawiają się głosy, że Donald Trump będzie dążył do jak najszybszego zawarcia porozumienia z Iranem, aby ułatwić swojej formacji zwycięstwo. Czy to może sprzyjać wyczerpywaniu się cierpliwości USA wobec Izraela?

Reklama
Reklama

Pewna zmiana już się dokonała. Podjęcie decyzji o tymczasowym zawieszeniu broni z Iranem bez udziału Izraela oraz podpisanie protokołu uzgodnień przy jego sprzeciwie to ruchy bezprecedensowe. Pokazują one, że Waszyngton podjął decyzję polityczną, ignorując głos Tel Awiwu.

Pytanie brzmi, czy ta asertywność jest trwała, czy to jedynie taktyczny zabieg przed wyborami połówkowymi. Dostrzegam, że wiceprezydent J.D. Vance został oddelegowany do pełnienia roli twarzy tego procesu – to on go publicznie uzasadnia i broni. Prezydent Trump dystansuje się od bieżących negocjacji, pozycjonując się jako arbiter, który oceni dopiero finalne rezultaty.

Czy jeśli Stany Zjednoczone ostatecznie zawrą porozumienie z Iranem, Izrael będzie w stanie otwarcie wystąpić przeciwko stanowisku USA?

Stopień wojskowego uzależnienia Izraela od USA jest potężny. Jednak praktyka z czasów prezydentury Joe Bidena w Strefie Gazy pokazała, że kiedy Biden ogłosił operację w Rafah jako „czerwoną linię”, Izraelczycy i tak podjęli działania, a zapowiadane konsekwencje się nie zmaterializowały.

Reklama
Reklama

Obecnie jednak poziom asertywności Waszyngtonu jest wyższy, a pozycja przetargowa Izraela w USA ulega osłabieniu. Tradycyjnie Izrael dbał o to, by poparcie dla niego miało charakter ponadpartyjny. Jednak ze względu na wewnętrzną ewolucję Partii Demokratycznej, w tym coraz częstsze pojawianie się w niej postaci o krytycznych wobec Izraela poglądach, a także ze względu na to, że prezydent Barack Obama zdecydował się – wbrew stanowisku Izraela – na zawarcie porozumienia nuklearnego z Iranem w 2015 r., Izrael pod rządami Benjamina Netanjahu mocno zainwestował w relacje z republikanami.

Dziś jednak również w obozie republikańskim pojawia się coraz więcej głosów sceptycznych, co zawęża pole manewru Izraela. Prezydenta Bidena można było szantażować krytyką ze strony amerykańskiej prawicy. Donalda Trumpa nie da się jednak ominąć z prawej strony – nie ma w USA silniejszego ośrodka politycznego bardziej na prawo, do którego Izrael mógłby się odwołać. Czasy, gdy Benjamin Netanjahu mógł bezkarnie atakować w Kongresie amerykańskie projekty porozumień nuklearnych, minęły.

Iran podkreśla, że warunkiem rozejmu z USA jest zakończenie działań Izraela w Libanie, gdzie Tel Awiw walczy z Hezbollahem. Kilka dni temu doszło do izraelsko-libańskiego porozumienia w Waszyngtonie. Według niego Tel Awiw ma wycofać swoje siły z niektórych rejonów południa Libanu. Spodziewa się pan, że faktycznie do tego dojdzie?

Reklama
Reklama

Moim zdaniem nie. Przedstawiciele rządu izraelskiego oraz całej klasy politycznej prześcigają się w deklaracjach, że armia pozostanie w Libanie. Trudno mi wyobrazić sobie przełom, chyba że Izrael zostanie poddany bezprecedensowej presji ze strony USA.

Wynika to także z faktu, że Izrael nie jest zainteresowany strukturalnym wzmacnianiem państwa libańskiego. To paradoks: Izrael walczy z Hezbollahem z oczywistych względów bezpieczeństwa, jednak silny, sprawny i skonsolidowany Liban również nie leży w jego interesie geopolitycznym.

Często odwołuję się tu do sformułowania, którego użył były premier Izraela, generał Ehud Barak. Powiedział on, że Izrael to „willa pośrodku dżungli”.

To znaczy?

Reklama
Reklama

Słowa te niezwykle trafnie oddają mentalność Izraelczyków oraz ich sposób postrzegania otoczenia geopolitycznego. W moim przekonaniu ma ono charakter trojaki.

Po pierwsze, ma wymiar deskryptywny, czyli opisowy – po prostu rekonstruuje to, jak ten świat wygląda z perspektywy Tel Awiwu. Po drugie, ma charakter normatywny – uzasadnia ten stan rzeczy, opierając się na założeniu, że Izraelczycy są tożsamościowo, kulturowo i cywilizacyjnie kimś zupełnie innym niż otaczające ich narody. Wreszcie po trzecie, to zdanie ma – według mnie – także ukryty w sobie wymiar preskryptywny, czyli postulatywny. Mówi o tym, jak powinno być, a zatem, że ten stan rzeczy należy utrzymać.

W moim głębokim przekonaniu to esencja myślenia Izraela o regionie, w którym się znajduje. W konsekwencji prosperująca, stabilna Syria czy skonsolidowany, silny Liban nie są mu do niczego potrzebne.

Echa słów Baraka słychać było m.in. w niedawnym wystąpieniu premiera Netanjahu, w którym stwierdził: „Żyjemy na burzliwym, niespokojnym i barbarzyńskim Bliskim Wschodzie”.

Reklama
Reklama

Co się stanie, jeśli Stany Zjednoczone ostatecznie porozumieją się z Iranem? Czy Izrael zdecydowałby się na samodzielny atak na Teheran?

Izraelscy politycy, zwłaszcza premier Netanjahu, regularnie zapewniają, że ustalenia między Waszyngtonem a Teheranem w żaden sposób nie ograniczają działań Izraela. O ile w odniesieniu do samego Iranu samodzielna akcja militarna na dużą skalę jest w tej chwili mało prawdopodobna, o tyle w Libanie Izrael będzie kontynuował działania operacyjne.

Netanjahu musi wykazać przed własnym społeczeństwem, że Izrael pozostaje suwerennym podmiotem, ale z drugiej strony nie może wejść w otwarty konflikt z prezydentem Trumpem. Stąd narracja premiera jest wyważona, podczas gdy radykalni ministrowie pozwalają sobie na buńczuczne deklaracje.

Bezpośrednie uderzenie na Iran stanowi ogromne wyzwanie logistyczne – Iran dzieli od Izraela około 1,5 tys. km, co bez wsparcia USA czyni operację niezwykle ryzykowną, choć Izrael ma zdolności do samodzielnego rażenia celów.

Reklama
Reklama

Ropa za rozejm. Tak Teheran targuje się z Waszyngtonem

Czy Izrael dopuszcza scenariusz, w którym USA kończą wojnę, a on sam pozostaje w stanie wojny z Iranem?

Izraelczycy stoją na stanowisku, że w stanie wojny z Iranem znajdują się permanentnie. Wcześniej była to forma asymetrycznej „zimnej wojny”, prowadzonej głównie za pomocą uderzeń w irańskie formacje proxy.

Izrael stale posługuje się metaforą ośmiornicy, której głową jest Iran, a mackami Hezbollah, Huti czy milicje irackie. To poczucie egzystencjalnego konfliktu utrzyma się w Tel Awiwie tak długo, jak przy władzy w Teheranie pozostanie obecny reżim.

Reklama
Reklama

W krótkiej perspektywie Izraelczycy będą zmuszeni częściowo dostosować się do woli Waszyngtonu, ale administracja amerykańska rzadko wykazuje się długoterminową konsekwencją w relacjach z Izraelem. 

Przed Benjaminem Netanjahu kolejne wybory parlamentarne. Na ile dążenie do utrzymania konfliktu w Libanie to wynik kalkulacji przedwyborczych, a na ile szerszych interesów strategicznych Izraela?

W grę wchodzą oba te czynniki równocześnie. Wojny od 7 października są przez Benjamina Netanjahu stale instrumentalizowane. Premier długo nie był na przykład realnie zainteresowany zakończeniem wojny w Strefie Gazy w zamian za odzyskanie zakładników i konsekwentnie odrzucał te scenariusze.

Wojna służy mu także w wymiarze osobistym. Przeciwko premierowi toczy się proces karny związany z zarzutami korupcyjnymi. Trwający konflikt stanowił dla niego wygodne alibi, by nie stawiać się na rozprawach sądowych. Kryzys stał się więc instrumentem do przewlekania procedur prawnych i stopniowego odbudowywania poparcia społecznego.

Reklama
Reklama

Z drugiej strony, istnieje w polityce izraelskiej głęboko zakorzeniona dominanta strategiczna, którą podziela przeważająca część klasy politycznej. Gdyby nowym premierem został ktoś z opozycji, jego polityka regionalna nie różniłaby się radykalnie. Krytyka opozycji sprowadza się do hasła: „Netanjahu robi to nieudolnie, my zrobimy to lepiej”. Żaden lider opozycji nie postuluje na przykład powrotu do poważnych rozmów politycznych ze stroną palestyńską, czy budowy relacji z rządem w Bejrucie. Mamy więc synergię interesów premiera z szerszym konsensusem politycznym.

Izrael ujawnia podziemną twierdzę Hezbollahu. Ekspert: to nie przypadek

Czyli przed wyborami w Izraelu Netanjahu nie ulegnie naciskom Trumpa?

Ustąpienie przed amerykańską presją byłoby dla niego politycznie zabójcze. W tej chwili Netanjahu wciąż walczy o przetrwanie. W obliczu kampanii wyborczej nie może pozwolić sobie na wizerunek lidera, którego Amerykanie zmusili do wycofania wojsk z Libanu i któremu narzucili niekorzystny układ. Będzie zdeterminowany, by za wszelką cenę demonstrować swoją autonomię i nie skapituluje zbyt wcześnie.

*Marek Matusiak - Koordynator projektu „Izrael i Zatoka” w Ośrodku Studiów Wschodnich (OSW). Wcześniej w OSW zajmował się m.in. problematyką dotyczącą Turcji, Kaukazu Południowego i Azji Centralnej. Pracował także w polskich placówkach dyplomatycznych w Tbilisi i Stambule na stanowiskach – odpowiednio – politycznym i ds. pomocy rozwojowej oraz ekonomicznym. Wielokrotny międzynarodowy obserwator wyborów (m.in. na Ukrainie, w Gruzji, Mołdawii, Uzbekistanie i Kazachstanie). Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego (socjologia) i İstanbul Bilgi Üniversitesi (prawo w zakresie praw człowieka). Studiował też na Freie Universität w Berlinie oraz w Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Odbył staż w sekretariacie komisji spraw zagranicznych Bundestagu. Publikuje m.in. w “Tygodniku Powszechnym” oraz w „Kulturze Liberalnej”.

Źródło: Zero.pl
Agnieszka Waś-Turecka
Agnieszka Waś-TureckaDziennikarka
Reklama
Reklama