Reklama
Reklama
Reklama

Wilk alfa, jadowite pająki i śpiewające rośliny. Cała prawda o polskiej naturze

TYLKO NA

Czy wiesz, że koncepcja samca alfa u wilków została całkowicie obalona, a mchy wcale nie wskazują wyłącznie północy? Nasza wiedza o świecie natury jest pełna zakorzenionych mitów, dlatego czas rozprawić się z najpopularniejszymi z nich i odkryć, jak bezwzględna, a zarazem fascynująca bywa prawdziwa przyroda.

wilk
Popularny koncept samca alfa, czyli najsilniejszego osobnika w grupie, który samodzielnie wywalczył sobie dominującą pozycję przywódcy, jest… zwykłym mitem. (fot. Arterra / Getty Images)

Tekst ukazał się w Magazynie Zero#1.

Czy wiesz, jak naprawdę wygląda świerszcz? Które drzewo jest najstarsze w Polsce? Wierzysz, że samiec komara to ten duży, długonogi owad, który często wlatuje nam do domu? Mitów o świecie przyrody jest tak wiele, że postanowiliśmy rozprawić się z tymi najczęściej powielanymi. Sprawdźcie, czy dzięcioły naprawdę leczą drzewa, a pająki w naszym kraju nie są jadowite.

Samiec alfa

Popularny koncept samca alfa, czyli najsilniejszego osobnika w grupie, który samodzielnie wywalczył sobie dominującą pozycję przywódcy, jest… zwykłym mitem. Albo jeszcze gorzej. Sam termin został spopularyzowany w latach 70. m.in. za sprawą publikacji słynnego badacza wilków, Davida Mecha i wkrótce zaczął żyć własnym życiem, bo choć początkowo odnosił się tylko do hierarchii w grupach tych zwierząt, to chętnie zaczęto używać go także w stosunku do ludzi. Jak się jednak po czasie okazało, błędnie, co po latach stwierdził również… David Mech, a dziś sam walczy z koncepcją, którą wprowadził do popkultury.

Reklama
Reklama

Problem polega na tym, że oparto ją w całości na obserwacjach relacji wilków trzymanych w niewoli. Obce sobie zwierzęta, zamknięte w ciasnych wybiegach (a dla wilka przecież wszędzie ciasno!) cechowała stosunkowo duża agresja i konkurencja, którą wygrywały najsilniejsze osobniki. Badania prowadzone na wilkach żyjących w naturze przyniosły jednak nieoczekiwane efekty – słynne „watahy" okazały się być po prostu… rodzinami. Młodszemu i starszemu potomstwu zgodnie przewodzą wilcza matka i ojciec. I właściwie nie istnieje zaobserwowane w niewoli zjawisko walki o pozycję i przywództwo. Wilki, gdy dorastają, odchodzą w poszukiwaniu własnego terytorium, na którym będą mogły założyć rodzinę. Słynny samiec alfa występuje więc tylko wśród zniewolonych wilków, a w naturze prawdziwą wartość przedstawia rodzina i współpraca!

Przeczytaj także: Naturalna pułapka na komary. Niezwykłe odkrycie naukowców

Co cię gryzie?

Chyba każdego z nas, choć raz, coś w życiu ugryzło. O ile komara raczej łatwo rozpoznamy, a użądlenie pszczoły czy osy też trudno pomylić z czymkolwiek innym, to już duże, latające i gryzące muchy są przedmiotem wielu sporów i nieporozumień. Nazwy padają przeróżne: bąk, mucha końska, giez, ślepak, pawent. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że mianem „bąka" często (zupełnie niesłusznie) określamy puchatego kuzyna pszczoły – trzmiela. W rzeczywistości gryzą nas właśnie bąki (te prawdziwe), a dokładniej muchówki z rodziny bąkowatych. Niektóre są ogromne, tak jak bąk brązowy, rozmiarami dorównujący szerszeniom, inne mniejsze, jak bardzo uciążliwa jusznica deszczowa, czyli stała bywalczyni letnich kąpielisk.

Reklama
Reklama

Gatunków bąków mamy w Polsce całkiem sporo, większość z nich łączy jednak to, że uwielbiają pić krew kręgowców, w tym ludzi. Nie wysysają jej jednak jak komary, a nacinają naszą skórę sztylecikiem i spijają spływającą krew, dlatego ugryzienia często są dosyć bolesne, szczególnie podczas spotkania z jakimś większym przedstawicielem tej rodziny owadów. Przeróżnie nazywamy bąki.

Niektóre określenia to oficjalna nomenklatura, np. ślepak czy bąk, inne są całkowicie potoczne lub regionalne (jak mucha końska czy pawent). Ciekawym przypadkiem jest jednak giez, bo choć często wołamy tak na bąki, to akurat gzy… w ogóle nie gryzą! Nawet gdyby chciały, to nie mogą, bo aparat gębowy tak bardzo nie był im potrzebny, że w toku ewolucji właściwie zaniknął. Gzy większość życia spędzają bowiem jako larwy pasożytujące w ciałach kręgowców. Krwi jednak nie piją i z bąkami w zasadzie łączy je tylko to, że też są muchami.

Przeczytaj także: Inkowie złożyli ją w ofierze na szczycie wulkanu. Nowe odkrycie archeologów

Drzewa i tlen

Smoczy Dąb w Słowacji, drugie miejsce w konkursie Europejskie Drzewo Roku 2023. (fot. Ventura / Shutterstock)

Reklama
Reklama

Bardzo często możemy przeczytać, ile takie lub inne drzewo wyprodukuje tlenu w dzień, rok czy przez całe swoje życie. Problem w tym, że jest to najczęściej informacja sama w sobie mówiąca stosunkowo niewiele. Drzewa, oprócz tego, że produkują tlen, podobnie jak i zwierzęta muszą oddychać, a więc część produkcji pobierają z powrotem, by utrzymać się przy życiu.

Co więcej, gdy jednak nadejdzie ich czas, to obumrą. Drewno zacznie się rozkładać i mikroorganizmy odpowiedzialne za proces gnicia pobiorą tego tlenu jeszcze więcej. Dlatego w naszych warunkach geograficznych, w dojrzałych lasach, w których jednocześnie część drzew rośnie i żyje, a część umiera i gnije, bilans produkcji tlenu wychodzi mniej więcej na zero. I nie ma w tym nic złego, za produkcję tego życiodajnego gazu w większości odpowiada bowiem oceaniczny plankton, a proces rozkładu jest częścią bardzo istotnego cyklu obiegu węgla.

Pijawki piją krew

Pijawki, jak sama nazwa wskazuje, piją krew. Tyle tylko, że niekoniecznie. Wszyscy znamy przykład pijawki lekarskiej, którą dawniej (i w pewnym stopniu dzisiaj również) wykorzystywano w medycynie do upuszczania krwi. Część z was miała pewnie tę nieprzyjemność i po kąpieli w jeziorze czy rzece wyszła z wody z przyczepioną pijawką, a może nawet kilkoma.

Przeczytaj także: Naukowcy odkryli sposób na przyjemne sny podczas operacji

Reklama
Reklama

Tymczasem jedna z naszych najpospolitszych pijawek, pijawka końska, została nazwana zupełnie nieadekwatnie, bo nie dość, że nie pije krwi, to tym bardziej końskiej. Jest najprawdziwszym w świecie drapieżnikiem, a dzięki stosunkowo dużym rozmiarom (do ok. 10 cm), poluje niekiedy na całkiem spore ofiary. Nie ma oczywiście możliwości ich pogryzienia, więc wciąga na żywca, w całości, wszystko, co tylko się uda – bezkręgowce, w tym dżdżownice i owady, ale także niewielkie rybki, kijanki, a nawet już w pełni wykształcone, choć młode żabki!

Najstarsze polskie drzewo

Niezmiennie fascynuje nas wszystko co największe, najdziwniejsze i co tam jeszcze „naj" sobie wymyślimy. Dlatego nie dziwi duża liczba artykułów o najstarszym drzewie w Polsce, którym okazuje się być nie żaden dąb, a raczej niepozorny jak na drzewo cis. Rosnący w Henrykowie Lubańskim okaz ma ponoć około 1300 lat. Problem w tym, że… raczej tyle nie ma. Bo tak naprawdę nikt nie jest w stanie powiedzieć, ile dokładnie sobie liczy.

Jak to więc możliwe, że tak powszechnie uchodzi za najstarsze polskie drzewo? Tu musimy sięgnąć po metody wykorzystywane do szacowania wieku takich roślin. W skrócie polegają one na zliczaniu słojów przyrostu rocznego, ale sędziwe drzewa (takie jak nasz cis) najczęściej środek pnia mają już doszczętnie wypróchniały i po prostu nie ma tam już słojów, które można by zobaczyć i porachować.

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: Naukowcy zbadali sen po kofeinie. Wnioski mogą zaskoczyć kawoszy
 

W tym przypadku policzono tylko te, które zachowały się na zewnętrznym, grubym na ok. 20 cm obwodzie pnia, a większość po prostu doszacowano w oparciu o średnie tempo wzrostu określone na zachowanym fragmencie. Jest to jednak metoda o bardzo dużej niepewności i obliczenia innych naukowców dają temu cisowi już tylko 600–700 lat, a być może jeszcze mniej, gdyby okazało się, że pień powstał ze zrośnięcia się kilku różnych drzew. Tymczasem najstarsze drzewo w całej Europie, co do którego wieku mamy pewność (bo większość słojów się zachowała), to rosnąca we Włoszech sosna bośniacka Italus, licząca sobie około 1200 lat. Choć najstarsza, to musiałaby chyba zadowolić się tytułem młodszej siostry naszego cisa!

Biały przyciąga kleszcze

Być może ktoś przestrzegał was kiedyś przed ubieraniem się na biało, gdy ruszacie do lasu, bo ponoć taki ubiór przyciąga kleszcze. Cóż, nasze pospolite kleszcze raczej o tym nie wiedzą, bo są w zasadzie… ślepe!

Swoje ofiary wyszukują w dużo bardziej skomplikowany sposób. Dzięki zlokalizowanym na odnóżach narządom Hallera odczytują zmiany temperatury otoczenia czy stężenia dwutlenku węgla. Wykorzystują także zjawisko przyciągania elektrostatycznego, dzięki któremu łatwo „przyklejają" się do naszych ubrań, niezależnie od ich koloru.

Reklama
Reklama

W rzeczywistości jasny strój w lesie, choć łatwo podlega zabrudzeniom, ma swoje plusy – szybciej zauważymy na nim ciemne kleszcze, co pozwala na odpowiednio wczesną reakcję. Prawdopodobnie stąd też wziął się ten mit, bo choć pasożytniczych pajęczaków jest tyle samo, to na białym dobrze je widać. I mnożą się w oczach!

A po co w ogóle kosić?

Słyszeliście na pewno o dzikich łąkach. Towarzyszy im odwiecznie pytanie: „a po co w ogóle je kosić?" Ale czy te łąki rzeczywiście są takie dzikie? Wydawałoby się, że bujna, kolorowa od kwiatów, naturalna łąka powinna z czasem wyrosnąć sama. Okazuje się jednak, że nic bardziej mylnego! W Polsce łąki niemal nie występują naturalnie i wszystkie te, które znacie, najpewniej powstały w wyniku działalności człowieka – regularnego koszenia lub wypasu zwierząt gospodarskich. Bez tego najczęściej już po kilku latach wśród traw pojawiają się młode drzewa, po kilkunastu – łąka zamienia się w zarośla, a jeszcze kilkadziesiąt lat później pojawia się tam młody las. W przeszłości niemal cała powierzchnia Polski była bowiem pokryta drzewami, które – gdy tylko przestajemy je usuwać – z czasem same chętnie wracają na należne im miejsce.

Przeczytaj także: Nikt nie przeklina tak pięknie jak Polacy

Reklama
Reklama

Długie lata koszenia lub wypasu doprowadziły do wykształcenia się, choć sztucznych, to cennych przyrodniczo zbiorowisk roślinnych. Przez ostatnie dziesięciolecia dużo się jednak zmieniło i z krajobrazu wsi znikać zaczęły zwierzęta, dla których tę trawę kosiliśmy – co za tym idzie, znikać zaczęły również łąki. By całkowicie ich nie zabrakło, wprowadzono system dopłat do koszenia, a nawet wypasu zwierząt. Zasadniczo często płacimy więc za to, by ktoś regularnie kosił (lub zżerał) trawę, dzięki czemu ekosystemy te nie znikają całkowicie z naszego krajobrazu. Bez koszenia nie byłoby bowiem żadnej łąki.

Samiec komara

Duże komary o długich nogach niezmiennie uchodzą za samce, tymczasem… to nawet nie są komary! Te pokracznie latające owady to najczęściej zupełnie niegroźne dla nas koziułki (zwane też komarnicami) lub np. dosyć podobne do nich wachlarzynowate. Nie wiem, skąd wziął się ten mit, bo wielokrotnie większe od komarów owady jedynie bardzo powierzchownie je przypominają. Ale mit ten pokutuje w naszej świadomości tak głęboko, że koziułki częstujemy packami. Zaś samce komarów wyglądem bardzo przypominają swoje partnerki i różnią się od nich szczegółami anatomicznymi, takimi jak np. wygląd czułków. Nie piją także krwi, w poszukiwaniu pokarmu wolą oblatywać kwiaty. Dlatego raczej rzadko je spotykamy albo nie spotykamy w ogóle.

Mech rośnie od północy

Mit znany niemal każdemu od dziecka – mech rośnie na drzewach od północy! Gdy zgubisz się w lesie, łatwo określisz w ten sposób kierunek marszu. Cóż, lepiej nawet nie próbować, bo równie dobrze możemy pójść na zachód, wschód czy południe. Całe nieporozumienie polega na tym, że mchy potrzebują do wzrostu wilgoci, której najwięcej z reguły jest tam, gdzie nie dociera słońce, a więc po północnej stronie pnia. Wszystko by się więc zgadzało, gdyby nie fakt, że nie tylko tam mchy znajdują odpowiednie warunki do wzrostu. W zależności od krzywizny pnia, otoczenia (np. silnie ocieniających, niskich gałęzi) i tym podobnych czynników, wystarczająco wilgotno i przyjemnie może być właściwie z każdej strony drzewa i mchy chętnie rosną w zasadzie we wszystkich kierunkach świata. Dużo bezpieczniej będzie więc zaopatrzyć się w kieszonkowy kompas.

Reklama
Reklama

Drzewa troszczą się o siebie

Czy drzewa troszczą się o siebie wzajemnie? Stare chronią i karmią młode? A młode współpracują wpięte w mikoryzową sieć grzybni zwaną niekiedy „grzybowym internetem"? To silnie działające na wyobraźnię koncepcje spopularyzowane w ostatnich latach przez liczne książki i artykuły. Natura z reguły okazuje się być jednak dużo bardziej bezwzględna. Rzeczywiście dowiedziono, że w pewnych warunkach rośliny niejako sobie pomagają – dzięki lotnym związkom organicznym potrafią informować inne o nadchodzącym zagrożeniu (np. ze strony roślinożercy).

Przeczytaj także: Pochwała analfabetyzmu, czyli krótka historia upadku Europy

Wykorzystują także pozyskane w ten sposób informacje do przygotowania własnej obrony, poprzez np. wzmożenie produkcji związków toksycznych lub psujących smak liści. Wiadomo też, że w jakimś – trudnym na dzisiaj do określenia – stopniu dochodzi do wymiany niektórych substancji poprzez „łącza" tworzone w glebie przez grzybnię. Choć brzmi to pięknie, to jednocześnie drzewa stale ze sobą walczą na śmierć i życie. Razem tworzą las, zapewniający dogodne warunki do wzrostu, ale każde z osobna musi sobie wywalczyć odpowiednią pozycję wśród koron pozostałych – tak, by mieć odpowiednią ilość światła, wody i substancji odżywczych.

Ta rywalizacja zaczyna się od razu po wykiełkowaniu. Na jednym hektarze lasu w sprzyjających warunkach może pojawić się nawet do kilkudziesięciu tysięcy (!) siewek drzew. Dojrzałości w najlepszym razie dożyje ok. 200 z nich, bo dla reszty zwyczajnie zabraknie miejsca. Do tego czasu wykończy je głównie silna, wzajemna konkurencja o światło, a żywotniejsze i większe drzewa przykryją i stłamszą te słabsze. Gdyby wszystkie miały ze sobą współpracować i wspierać się wzajemnie, prawdopodobnie żadne z nich nie dożyłoby sędziwego wieku.

Reklama
Reklama

Jak wygląda świerszcz?

Świerszcza wszyscy znamy, a przynajmniej mogłoby się tak wydawać. W rzeczywistości, choć bardzo dobrze kojarzymy tę nazwę, to samego owada większość z nas pewnie nigdy nie widziała. Stosunkowo pospolite w Polsce polne świerszcze w niczym nie przypominają zielonych, skaczących owadów. To pasikoniki lub spokrewnione z nimi, ale z reguły mniejsze koniki polne (szarańczaki).

Całą trójkę bardzo łatwo usłyszeć na wiosnę i w lecie, ale świerszcze nie lubią się pokazywać i większość czasu spędzają w niewielkich, ziemnych norkach, w których błyskawicznie znikają, gdy tylko wyczują zagrożenie. Czarne, krępe ciało i karykaturalnie duża, okrągła głowa sprawiają, że świerszcz wygląda nieco jak owadzi kosmita. Zamiast skakać i latać zdecydowanie bardziej woli biegać i zauważony podczas prac ogrodowych często staje się przyczyną prawdziwej konsternacji działkowców niepotrafiących rozpoznać w nim świerszcza, którego nazwę paradoksalnie bardzo dobrze znają.

Nie wycinać starych, ale zdrowych drzew

Często spotkać się można z zarzutem, że w lasach wycina się stare, zdrowe, stuletnie drzewa, zamiast młodszych albo chorych, tak jak to kiedyś bywało.

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: Przez lata wierzono, że „Ryba Zagłady” ostrzega przed katastrofą. Naukowcy sprawdzili fakty

O ile jasnym jest, że wolimy wyciąć zdrowe niż chore drzewa – w końcu zrobimy z nich meble czy elementy konstrukcyjne domów i chcemy, by były jak najtrwalsze – o tyle wiek ścinanych drzew rzeczywiście może wprawiać w zakłopotanie. W dużym uproszczeniu, w większości lasów gospodarczych w Polsce, w zależności od wieku drzew tnie się niejako na dwa sposoby. Młodsze, kilkudziesięcioletnie drzewostany użytkuje się przedrębnie, czyli wycina się część drzew, często rzeczywiście słabszych, chorych czy zamierających, doprowadzając do przerzedzenia lasu. Nazywa się to trzebieżą.

Głównym celem tych działań, oprócz pozyskania drewna, jest dopuszczenie większej ilości światła i zmniejszenie konkurencji wśród drzew, dzięki czemu te pozostawione, najbardziej „przyszłościowe", będą mogły rosnąć jeszcze przez kilkadziesiąt lat. Po tym czasie rozpoczynają się właściwe cięcia rębne, które w przypadku np. borów sosnowych polegają na ścięciu większości drzew na powierzchni zwanej zrębem. Rzeczywiście można wtedy odnieść wrażenie, że oto las, który przez dziesiątki lat cięto delikatnie, usuwając głównie zmarniałe drzewa, ktoś nagle postanowił doszczętnie wyciąć, zmieniając od dawna ustalone zasady.

Cały cykl trwa najczęściej ponad 100 lat, więc dłużej niż z reguły sami żyjemy. Często będą to „nasze" lasy, wśród których się wychowaliśmy i wraz z którymi dorastaliśmy. Nagła zmiana złości i zaskakuje, ale wszystko zostało zaplanowane w ten sposób na długo przed naszym urodzeniem. Jedne cięcia miały za zadanie doprowadzić do kolejnych, tych ostatnich, po których sadzi się młode drzewa lub czeka, aż posieją się same.

Reklama
Reklama

Naklejki z ptakami na szybach

Kto nigdy nie spotkał się z ptakiem naklejonym na szybach wiat przystankowych, ekranów przy jezdni czy nawet dużych okien w domach? W założeniu ma to być wizerunek drapieżnika, który powinien odstraszać ptaki, nie dopuszczając tym samym do ich rozbijania się na trudnych do zauważenia taflach przezroczystego szkła. Problem w tym, że naklejki te są zwyczajnie… nieskuteczne.

Przeczytaj także: NASA szykuje rewolucję. Nowy teleskop może odkryć 100 tys. obcych światów

Tym bardziej że często przypominają raczej padlinożernego kruka niż jakiegoś groźnego ptaka drapieżnego. Dużo większą skuteczność daje zastosowanie filtrów polaryzacyjnych lub też naklejek w postaci pasów albo gęstego sita kropek. Dzięki takim metodom szyby stają się niejako widoczne dla ptaków. Dotychczasowe rozwiązania, jeśli już, można wykorzystywać na niewielkich oknach. Nawet jeśli wizerunki nie będą przypominały drapieżnika, przynajmniej w części zasłonią w ten sposób szybę.

Anielskie skrzydło

Często mówi się o tym, by nad wodą nie karmić ptaków chlebem, bo tego typu dieta prowadzi do rozwinięcia schorzenia zwanego „anielskim skrzydłem" – uniemożliwiającej lot deformacji stawu skrzydła kaczki czy łabędzia.

Reklama
Reklama

Pomimo powszechności tego poglądu wiele wskazuje na to, że mamy do czynienia z mitem. Nie istnieją bowiem żadne badania, w których udałoby się jednoznacznie powiązać występowanie tego schorzenia z dietą opartą na chlebie. Zastanawiać może już samo to, że „anielskie skrzydło" u ptaków pojawia się naprawdę rzadko, zważywszy na to, jak często ptaki są karmione przez ludzi chlebem. Cały czas trwają prace nad ustaleniem przyczyn powstania deformacji, ale najprawdopodobniej może być tych przyczyn wiele. Poczynając od zakażeń wirusowych, przez uwarunkowania genetyczne, po niewłaściwą dietę na wczesnym etapie życia.

Czy to oznacza, że można kaczki i łabędzie karmić chlebem do woli? Również nie! O ile niewielki udział białego pieczywa ptakom nie zaszkodzi, o tyle należy pamiętać, że ptaki dokarmia się powszechnie, najczęściej właśnie przy użyciu tego, co mamy pod ręką w domu, czyli suchej bułki albo kromki chleba. Efekt może być taki, że – szczególnie w parkach, w sąsiedztwie mostków czy nabrzeży – zalegać będą zbyt duże ilości pieczywa, które z czasem dodatkowo się psuje i może stanowić zagrożenie dla diety ptaków. Przede wszystkim nie traktujmy więc rzeki czy stawu jak śmietnika. Najlepiej zaopatrzyć się w specjalne mieszanki nasion, które stanowią dużo bardziej wartościowy i bezpieczny pokarm. W ten sposób miło spędzimy czas np. z dziećmi, bez obaw, że niechcący i nieodpowiedzialnie wyrządzimy ptakom jakąś krzywdę.

Pająki w Polsce nie są jadowite

Mamy szczęście żyć w kraju, w którym w zasadzie nie zagrażają nam zwierzęta. Brakuje tutaj dużych drapieżników, jadowitych węży, skorpionów czy pająków. W przypadku tych ostatnich co jakiś czas w prasie pojawiają się jednak doniesienia o potencjalnie groźnych, jadowitych przybyszach, takich jak tygrzyk paskowany czy kolczak zbrojny albo nawet tarantula ukraińska (której jednak, mimo wielu doniesień, w Polsce jeszcze nigdy nie zaobserwowano). Często również pada pytanie: „czy ten pająk jest jadowity?", bo nawet w ogrodzie przed domem możemy natknąć się na budzące grozę, wyrośnięte okazy niektórych krzyżakowatych.

Przeczytaj także: Tysiące lat jedzenia ziemniaków zmieniły ich DNA. Nowe badania naukowców

Reklama
Reklama

Często słychać odpowiedź: „wszystkie pająki są jadowite!". I rzeczywiście, czy to krzyżak ogrodowy, tygrzyk, kolczak, drobny skakun czy długonogi, wiszący pod sufitem nasosznik, wszystkie one dysponują jadem. Najczęściej nie stanowią dla nas żadnego zagrożenia, ponieważ ich pazury jadowe nie są w stanie przebić się przez naszą skórę, a jeśli już któremuś się to uda, to objawy ugryzienia rzadko będą poważniejsze niż te po użądleniu osy.

Mitem jest więc twierdzenie, że nasze pająki nie są jadowite lub nie gryzą. Bo są i przynajmniej części z nich zdarza się nas ugryźć. Jednocześnie mitem jest też powiedzenie, że wszystkie są jadowite! Niektóre z nich są zupełnie pozbawione gruczołów jadowych i do tej grupy należą np. pająki z rodziny koliściakowatych, której przedstawicieli możemy spotkać także w Polsce.

Owocowa dieta owocówek?

Muszki owocówki stadami krążące wokół owoców potrafią działać na nerwy. U schyłku lata, na wystawkach w sklepach pojawiają się niekiedy w takiej liczbie, że aż odechciewa się cokolwiek kupować. Choć nazwa „muszka owocówka" odnosi się do różnych gatunków niewielkich muchówek związanych z owocami (wśród nich np. najpospolitsza u nas wywilżna karłowata), to same muszki odżywiają się nie tyle owocami, co rosnącymi na nich grzybami!

Reklama
Reklama

Chodzi mianowicie o drożdże, które odpowiadają za proces fermentacji alkoholowej. Larwy owocówek rozwijają się w owocach, ale zjadają właśnie grzyby, preferując przy tym określone szczepy i gatunki, co określono nawet mianem „protofarmingu", nawiązując tym samym do jakiejś prymitywnej formy uprawy. Wraz z latającymi muszkami podróżują także drożdże, trafiające dzięki temu na kolejne owoce, na których mogą się rozwijać. I choć same są zjadane przez potomstwo muszek, to dzięki nim stale przenoszą się z miejsca na miejsce.

Muszkom nie przeszkadza nawet alkohol produkowany przez zaprzyjaźnione z nimi grzyby. Jest wręcz przeciwnie – wysoka tolerancja na obecność etanolu sprawia, że owocówki są w środowisku z procentami chronione przed zagrożeniem np. ze strony niektórych pasożytów, dla których takie stężenia stają się już szkodliwe.

Przeczytaj także: Spotkanie z wilkiem w lesie? Leśnicy mówią, czego nie robić

Grzyby – wykręcać czy wycinać?

Reklama
Reklama

Wykręcać czy wycinać? Pytanie stare jak to o pierwszeństwo jajka i kury i po dziś dzień budzące równie żywe emocje. Zwłaszcza jesienią. Jedni powiedzą: „tylko wycinać!", wyrywanie bądź wykręcanie miałoby bowiem uszkodzić grzybnię i tym samym sprawić, że w przyszłości grzybów będzie mniej. Drudzy stwierdzą, że „wykręcać!", bo wycinanie miałoby zostawiać po sobie fragmenty trzonków, które następnie gniją i prowadzą tym samym do „skażenia" i… również uszkodzenia grzybni.

Mówi się, że prawda z reguły leży pośrodku, ale tym razem jest wszędzie i nigdzie jednocześnie – nie ma bowiem żadnego znaczenia, czy grzyba wykręcimy, czy wytniemy, bo o ile nie zdewastujemy przy tym ściółki, to grzybni niezależnie od sposobu zdobycia przez nas grzyba nie stanie się żadna krzywda.

Spór prawdopodobnie wyrósł na mylnym postrzeganiu wyglądu grzybów. Czasem mówi się, że grzybnia jest jak korzonek i faktycznie, gdyby tak ten przypadek rozpatrywać, to jego uszkodzenie mogłoby zaszkodzić grzybowi. W rzeczywistości proporcje są jednak odwrotne – grzybnia jest niczym ogromne drzewo, na którym wyrasta „owoc" (a właściwie to owocnik), który potocznie nazywamy grzybem. Trochę to więc tak, jak gdyby rozpatrywać, czy właściwym sposobem jest zerwanie czy odcięcie jabłka wiszącego na jabłoni. Bez znaczenia – nawet jeśli zrywając, ułamiemy jakąś drobną gałązkę, właściwie w żaden sposób nie wpłyniemy na kondycję całego drzewa.

A grzyby potrafią być naprawdę gigantycznymi „drzewami". Niektóre osobniki opieniek zajmują prawdopodobnie obszary rzędu dziesiątek i setek hektarów, co czyni je największymi organizmami żyjącymi na Ziemi. Borowiki czy podgrzybki, z racji innej specyfiki wzrostu, nie będą osiągały tak spektakularnych rozmiarów, ale dalej tworzą pod ziemią obszerną sieć, której przerwanie w jednym punkcie pozostaje bez znaczenia dla całości. A owocniki, których nikt nie zbierze, są przecież od tysięcy lat obgryzane i zjadane przez zwierzęta, resztki zaś gniją, podobnie jak po obcięciu nożykiem.

Reklama
Reklama

Dzięcioły leczą drzewa

Kto nie słyszał o dzięciole – lekarzu drzew? Określenie to nawiązuje do zachowania większości dzięciołów, które odżywiają się larwami drążącymi tunele w drewnie. Skoro dzięcioły pozbywają się „szkodników", mogłoby się wydawać oczywistym, że na swój sposób „leczą" w ten sposób drzewa. Jak to jednak w przyrodzie bywa… nic bardziej mylnego! Oprócz tego, że ptaki te wyjadają owady atakujące drzewa, to same przecież wykorzystują je do gniazdowania, kując w nich ogromne nieraz dziuple. Jakby tego było mało, przynajmniej niektóre gatunki dzięciołów ułatwiają sobie pracę, wchodząc w komitywę z grzybami zgniliznowymi. Rozkuwając korę, niejako szczepią zarodniki na pniu, dzięki czemu, w miarę upływu czasu, w lesie przybywa próchniejących drzew, w których później dużo łatwiej będzie wykuć dziuplę.

Przeczytaj także: Yuri żyje w Polsce i niedługo ma urodziny. To najstarszy mrówkojad na świecie

Trudno więc dzięcioła nazwać lekarzem drzew. Ptaki te są raczej architektami, pomagającymi kształtować strukturę lasu – w taki sposób, by w bogactwie mikrosiedlisk (jakimi są np. próchniejące, dziuplaste drzewa) znalazło się miejsce dla każdego. Czy to grzybów, czy innych gatunków zwierząt korzystających z opuszczonych już przez dzięcioły gniazd.

Reklama
Reklama

Rośliny lepiej rosną, gdy im zaśpiewamy

Niektórzy ponoć śpiewają swoim roślinom doniczkowym, by te lepiej rosły. Albo z nimi rozmawiają. Z reguły traktujemy to jako żart lub jakąś formę nieszkodliwego dziwactwa, ale o dziwo, nie jest to pomysł tak absurdalny, jak mogłoby się wydawać. Choć nie mają uszu, rośliny rzeczywiście słyszą i co bardziej interesujące – potrafią docierające do nich dźwięki przetwarzać i interpretować! Pamiętajmy, że to nic innego jak fala akustyczna, czyli drganie przemieszczające się w powietrzu, które roślina może całym swoim ciałem odbierać. U gatunków zapylanych przez nietoperze doszło nawet do takiego przekształcenia liści, że sprawnie wyłapują i odbijają dźwięki – dla nietoperzy będące przecież podstawą nawigacji.

Wiemy, że przeróżne odgłosy potrafią wywoływać bardzo ciekawe, często zaskakujące reakcje fizjologiczne u roślin. Wiesiołki, którym puszczano nagrania bzyczących pszczół, zaczynały produkować słodszy nektar w kwiatach. Ma to sens, bo roślina w ten sposób niejako „upewnia się", że zapylacze są w pobliżu i rozpoczyna kosztowną produkcję lepszej wersji nektaru, służącego za wabik na owady.

Groszek wyczuwa odgłos wody (odtworzony z nagrania) i wypuszcza w tym kierunku korzenie, a u rzodkiewnika, któremu przez tydzień puszczano biały szum znany nam z telewizorów, doszło do nieoczekiwanej aktywacji genów zwiększających odporność na suszę. Często nie trzeba jednak stosować aż tak długiej ekspozycji odgłosów, bo w różnych eksperymentach wystarczała godzina dźwięków o odpowiednich częstotliwościach, by wpłynąć na produkcję białek w roślinie.

Reklama
Reklama

Być może śpiewanie roślinom wcale nie jest więc takim głupim pomysłem? Jeśli ktoś ma niespecjalny głos, a przy okazji nagminnie przesusza swoje rośliny, to wydaje się, że puszczenie włączonego i rozstrojonego telewizora mogłoby pomóc. Zwłaszcza jeśli hodujemy rzodkiewniki.

Duża ilość nasion zapowiada zimę

Jesienią szybko zaczynają pojawiać się prognozy pogody na zimę. No, taki mamy klimat. Te prognozy najczęściej nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością i wieszczą na przemian to zimę łagodną, to srogą, ale czasami dochodzą do tego jeszcze prognozy oparte na obserwacji przyrody. Te już w zasadzie należałoby raczej nazwać wróżbami, bo wielkość mrowiska czy ilość nasion w październiku, choćbyśmy bardzo chcieli, nie powie nam niczego o pogodzie w styczniu przyszłego roku.

Rzeczywiście są jednak lata, gdy nasion na drzewach ciężkonasiennych, takich jak dęby czy buki, pojawia się bardzo dużo. Najczęściej poprzedzają je dłuższe okresy, gdy np. żołędzi jest mało. Nie oznacza to jednak, że pogoda będzie taka lub inna, bo drzewa sterując ilością nasion, nie walczą z zimą, a ze zwierzętami. Zjawisko urodzaju nazywamy „rokiem nasiennym" i jest to nic innego jak strategia, która pozwala roślinom przezwyciężyć silną presję np. gryzoni.

Reklama
Reklama

Gdyby nasion było cały czas mniej więcej tyle samo, żywiące się nimi zwierzęta dostosowałyby liczebność populacji do ilości żołędzi czy bukwi, pożerając niemal wszystko, co spadnie z drzew, przez co te miałyby problem, by w ogóle się rozmnożyć! Rośliny opracowały więc prostą, ale skuteczną metodę „zwalczania szkodników". Drzewa rosnące na danym obszarze (lokalnie bardzo różnym) niejako synchronizują się i przez trzy, cztery czy pięć lat z rzędu raczej skąpo owocują. Dzięki temu i gryzoni jest stosunkowo mało. Później przychodzi jednak rok, gdy jak na zawołanie produkcja nasion ruszy pełną parą i spada ich na ziemię tyle, że zwierzęta nie są w stanie ich przejeść. Dzięki temu wiele nasion wykiełkuje i rozwinie się w drzewa.

Tymczasem, w odpowiedzi na dużą dostawę jedzenia, w kolejnym roku wzrośnie też populacja gryzoni. By temu przeciwdziałać, rośliny znów na kilka lat przyhamowują z owocowaniem, a przez brak pokarmu zwierząt ponownie zaczyna ubywać. I tak od tysięcy lat w kółko. Uginające się od owoców gałęzie nic nam więc nie powiedzą o nadciągającej zimie, a w zachowaniu zwierząt i roślin odbijają się raczej obecne cykle natury, a nie prognozy pogody na grudzień czy styczeń.

 

Źródło: Magazyn Zero.pl
Dariusz Dziektarz
Dariusz DziektarzLeśnik z pasji i wykształcenia. Prowadzi na Kanale Zero podcast Gatunek Zero
Reklama
Reklama