Reklama
Reklama

Reklama

Morawiecki ogłasza nowe „500+”. Prof. Flis: to może być forma samokrytyki

Reklama
TYLKO NA

Mateusz Morawiecki zapowiedział nowy program wsparcia samorządów – 500 zł na mieszkańca. Były premier przekonuje, że środki mają trafić na lokalne inwestycje, a jednocześnie krytykuje rząd Tuska za zahamowanie rozwoju w mniejszych miejscowościach. Pomysł ocenił w rozmowie z Zero.pl prof. Jarosław Flis, socjolog z UJ. – Stałym wzorem było, że o przyznaniu środków decydował prosty mechanizm – mówi.

Morawiecki i Flis
Prof. Flis o pomyśle Mateusza Morawieckiego. (fot. Grand Warszawski/Shutterstock/Marcin Obara / PAP)
  • Mateusz Morawiecki zaprezentował program „Polska Jednej Prędkości”, którego kluczowym elementem jest mechanizm „500 zł na mieszkańca” dla samorządów.
  • Środki miałyby być przeznaczane na inwestycje lokalne i objęte gwarancją finansowania na lata.
  • Były premier jednocześnie skrytykował rząd Donalda Tuska, zarzucając mu zahamowanie rozwoju w mniejszych miejscowościach.
  • Inicjatywę byłego premiera ocenił prof. Jarosław Flis. Jego zdaniem część propozycji może być „ukrytą formą samokrytyki”, a sama narracja byłego premiera jest „momentami komiczna”.

Reklama

Były premier Mateusz Morawiecki zaprezentował założenia programu „Polska Jednej Prędkości”, którego kluczowym elementem ma być mechanizm „500 zł na mieszkańca” dla samorządów.

Jak tłumaczył, środki nie trafią bezpośrednio do obywateli, lecz będą przeznaczone na lokalne inwestycje – m.in. budowę dróg, rozwój infrastruktury komunalnej, transportu czy edukacji.

„500 zł na mieszkańca” 

Zgodnie z propozycją Morawieckiego każda gmina otrzymywałaby co roku środki wyliczane na podstawie liczby mieszkańców. Program zakłada jednak dodatkowe ograniczenia: minimum pięć mln zł rocznie dla najmniejszych gmin i maksymalnie 100 mln zł rocznie dla największych miast.


Reklama

Jak podkreśla były szef rządu, mechanizm ma wyrównywać szanse między dużymi i małymi ośrodkami oraz zapewnić stabilność finansowania w dłuższej perspektywie.


Reklama

Środki miałyby być gwarantowane na lata, co – według autora projektu – pozwoli samorządom planować inwestycje bez obaw o nagłe zmiany budżetowe.

 


Reklama

W swoim wpisie w mediach społecznościowych Mateusz Morawiecki przekonywał, że w czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości Polska rozwijała się równomiernie.


Reklama

Były premier ostro skrytykował obecny rząd Donalda Tuska, zarzucając mu zahamowanie rozwoju lokalnych inwestycji. Według Morawieckiego doszło do „blokady programów”, chaosu w finansach publicznych i odejścia od modelu równomiernego rozwoju. – Zamiast placu budowy mamy stagnację i niepewność – ocenił polityk.

Jego zdaniem obecna polityka faworyzuje największe ośrodki kosztem mniejszych miejscowości.

Finansowanie programu miałoby opierać się m.in. na emisji obligacji rozwojowych, a operatorem technicznym miałby być Bank Gospodarstwa Krajowego.


Reklama


Reklama

Inicjatywę byłego premiera ocenił w rozmowie z portalem Zero.pl prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zwrócił uwagę, że programy inwestycji lokalnych przecież cały czas trwają, a pieniądze rozdają też województwa, w których rządzi PiS.

– Można rozumieć tę inicjatywę byłego premiera jako zarzuty o brak sensownej polityki rozwoju regionalnego także wobec takich regionów jak Małopolska, Podkarpacie, Lubelskie czy Świętokrzyskie. Rozdzieranie szat i używanie najcięższych zarzutów wobec obecnie rządzących jest trochę komiczne w sytuacji, gdy np. strony internetowe województwa małopolskiego, w tym ta o funduszach europejskich, pełne są entuzjazmu w opisie prowadzonych inwestycji i przedsięwzięć – stwierdza prof. Flis.

Wsparcie dla swoich?

Przyznaje, że pojawiały się tu realne problemy – przypomina, że to za rządów Mateusza Morawieckiego dokładnie udokumentowane zostało kierowanie się powiązaniami politycznymi przy rozdziale pieniędzy dla samorządów.


Reklama

– Stałym wzorem było to, że o przyznaniu środków decydował prosty mechanizm: samorządy rządzone przez „swoich” otrzymywały wsparcie, te rządzone przez opozycję – nie. Rozumiem, że pomysł, żeby teraz to przyznawać według jednoznacznego, prostego algorytmu, jest ukrytą formą samokrytyki – konstatuje.


Reklama

Socjolog mówi też o dyskusji nt. mechanizmów, które budzą wątpliwości. – Czy powinno być tak, że najpierw pieniądze trafiają do centrum, a potem dopiero są redystrybuowane – z całym rytuałem politycznym: wizyty premiera, ministrów i posłów, tablice informacyjne, przypisywanie sobie zasług? – podnosi.

Stwierdza, że przecież Polska jest pełna takich tablic, które sugerują, że dana inwestycja powstała „dzięki programowi rządowemu”, jakby same oznaczenia były istotniejsze niż efekt. Zwraca uwagę, że to zresztą naśladownictwo mechanizmów unijnych, gdzie również istnieje obowiązek informowania o źródłach finansowania.


Reklama

Tyle że w praktyce często prowadzi to do przerostu formy nad treścią – ważniejszy jest obiekt niż tablica, a nie odwrotnie. Inwestowanie to nie jest kwestia dobrej woli urzędników, lecz woli mieszkańców. Zresztą pokusa przypisywania sobie zasług jest stałym elementem sprawowania władzy. Żartowałem kiedyś, że doczekamy momentu, gdy przy rejestracji dziecka w urzędzie ktoś dostanie informację, że urodziło się ono „dzięki prezydentowi miasta”. To oczywiście absurd, ale dobrze pokazuje mechanizm wypinania piersi po ordery – mówi prof. Flis.


Reklama

Drugim – zdaniem naszego rozmówcy – istotnym problemem jest sama konstrukcja dystrybucji środków.

– Trzeba rozstrzygnąć, czy środki inwestycyjne dla samorządów powinny być ściśle oznaczane i obwarowane dodatkowymi warunkami. Czy nie lepiej byłoby zostawić więcej pieniędzy bezpośrednio w budżetach samorządów, zamiast organizować konkursy, których wyniki często są z góry przesądzone? Zdarzało się przecież, że rozstrzygnięcia zapadały w bardzo krótkim czasie – zbyt krótkim, by realnie ocenić sens inwestycji. W takiej sytuacji pojawia się pytanie o zasadność całego procesu – podkreśla.


Reklama

I dodaje, że z drugiej strony, nie można ignorować faktu, że także na poziomie lokalnym zdarzają się nietrafione decyzje. Mówi, że przecież władze samorządowe nie są wolne od błędów czy pokus.


Reklama

Mechanizmy kontroli

– Każdy widział przykłady źle wydanych pieniędzy – jak choćby nieprzemyślane inwestycje infrastrukturalne, które trudno racjonalnie uzasadnić. To rodzi pytanie, czy jednak nie powinny istnieć pewne kryteria, czy mechanizmy kontroli. Do tego trzeba rozstrzygnąć, jak powiązać to z zasobnością gmin. Czy nagradzać operatywność, czy pomagać tym najmniej operatywnym, którzy nie potrafią pobudzić u siebie przedsiębiorczości – zastanawia się.

Ocenia, że problem ma więc charakter systemowy, ale w debacie publicznej często sprowadza się do politycznego sporu. – Padają tezy, że ktoś coś robi „tylko dla wielkich miast", albo „kosztem wielkich miast” – choć rzeczywistość bywa bardziej złożona – mówi.  

Jednocześnie stwierdza, iż to dobrze, że się o tym publicznie dyskutuje. Podkreśla, że problemem pozostaje jednak styl tej dyskusji – „sprowadzanie jej do obrzucania błotem przeciwników, do najcięższych oskarżeń i podważania wszystkiego, co robi druga strona”.


Reklama

Problem z racjonalną debatą

Tymczasem wiele programów ma charakter wieloletni i jest kontynuowanych niezależnie od zmiany władzy. Środki publiczne nie są wydawane w ciągu kilku miesięcy – to proces rozpisany na lata. W momencie, w którym cały czas działają regionalne programy operacyjne, wydają się pieniądze, które zostały wynegocjowane i zakontraktowane za rządów PiS-u – zwraca uwagę.


Reklama

W efekcie – kontynuuje – nawet sensowne rozwiązania tracą na wartości, gdy stają się narzędziem bieżącej walki politycznej. Socjolog zauważa, że „dla części odbiorców nie liczy się już, czy środki są wydawane efektywnie, tylko to, czy uderza się w przeciwnika. A to utrudnia prowadzenie racjonalnej debaty i pogłębia podziały”.

– Dlatego kluczowe jest, by nie sprowadzać tych kwestii wyłącznie do sporu politycznego. Miło słyszeć, że „Polska nie powinna być krajem trwałych podziałów” – można by zacząć od tego, że także w tak fundamentalnych sprawach jak polityka rozwoju i publiczne inwestycje – podsumowuje prof. Jarosław Flis.


Reklama