Czy istnieje alternatywa dla unijnego programu SAFE? Jeszcze niedawno wydawało się, że zdobycie tak dużej kwoty, bez zadłużania się za pośrednictwem UE, jest niemożliwe. Czy SAFE 0 proc. może zmienić zasady gry? Zdaniem części ekonomistów to dobre rozwiązanie.

- Debata na temat SAFE 0 proc. rozgrzała internet. Warto zatem zapoznać się z argumentami obu stron.
- Do zalet SAFE 0 proc. należy niezależność od Brukseli, brak kosztów odsetkowych czy poprawa kondycji finansowej rządu.
- Wśród wad wymieniane są ryzyka systemowe, potencjalne spadki cen złota oraz odłożenie w czasie modernizacji Wojska Polskiego.
SAFE 0 proc. – polityczna ustawka czy realna alternatywa?
W ubiegłą środę, 4 marca 2026 r., podczas popołudniowej konferencji prezesa NBP Adama Glapińskiego i prezydenta Karola Nawrockiego, dowiedzieliśmy się o nowej propozycji na sfinansowanie potrzeb modernizacyjnych Wojska Polskiego. Zamiast unijnej pożyczki, która zdaniem jej przeciwników, jest formą szantażu ekonomicznego na władzy i ogranicza naszą suwerenność, mamy mieć możliwość samodzielnego pozyskania ponad 180 mld zł.
Sama konferencja sprawiła jednak, że pojawiło się więcej pytań niż odpowiedzi. Dopiero następne wypowiedzi osób związanych ze środowiskiem prezydenta (m.in. rzecznika prasowego prezydenta RP Rafała Leśkiewicza czy prezydenckiego doradcy Leszka Skiby) ujawniły więcej szczegółów. Podsumujmy zatem, co dziś wiemy o tym rozwiązaniu oraz jakie argumenty przedstawiają jego zwolennicy i przeciwnicy.
To nie będą mechanizmy z czasu pandemii COVID-19. Nie pozbędziemy się także swoich rezerw. Oto zalety tego rozwiązania
W przestrzeni publicznej pojawiają się dwa popularne mity na temat proponowanego SAFE 0 proc. Pierwszym jest twierdzenie, że będzie on polegał na luzowaniu ilościowym, które dziś znamy pod nieco kolokwialnym pojęciem „drukowania pieniędzy”. Tak naprawdę owo drukowanie nie ma nic wspólnego z fizycznym wytwarzaniem, a chodzi jedynie o cyfrową kreację. Proponowany mechanizm zakłada jednak wykorzystanie niezrealizowanego zysku na rezerwach, więc nie ma to nic wspólnego z luzowaniem ilościowym.
Nie pozbędziemy się także swojego złota. Sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. NBP w ostatnich latach kupował bardzo dużo złota. Nasze rezerwy wzrosły w ciągu dekady z ok. 100 do 550 t, a w ostatnich 2 latach złoto zdrożało z 2000 do ponad 5000 dol. za uncję. To sprawiło, że teoretycznie NBP zarobił na tym krocie. Teoretycznie, bo dopóki tego złota nie sprzeda, to nie zarobi. Jeśli nie zarobi, to oznacza, że zysk jest, ale niezrealizowany. NBP, notując zyski, może przekazywać 95 proc. ich wartości do budżetu i w ten sposób wspierać rządowe wysiłki fiskalne. Co zrobić, żeby zrealizować zysk i jednocześnie zachować złoto?

Widoczna na zdjęciu sztabka waży 100 uncji trojańskich, czyli ok. 3,1 kg. Jej wartość to ok. 1,9 mln zł. W swoich rezerwach NBP posiada aż 550 ton złota o łącznej wartości ponad 330 mld zł. (fot. Scottsdale Mint / Unsplash)
Rozwiązania są dwa. Po pierwsze, może sprzedać to złoto i od razu je odkupić. W ten sposób pojawi się zrealizowany zysk, który bank centralny mógłby przekazać do budżetu. Leszek Skiba, były prezes Pekao i wiceminister finansów, a obecnie doradca prezydenta Karola Nawrockiego, twierdzi, że to jedno z dwóch rozwiązań. Drugim jest zmiana przepisów w taki sposób, aby takie sprzedawanie nie było potrzebne. Można by od razu liczyć zysk, nawet gdy złoto nie zostaje sprzedane. Zachowujemy więc złoto, a zyski można nazwać swojego rodzaju dywidendą od wzrostu jego wartości.
Zwolennicy wskazują na duże zalety tego rozwiązania. Po pierwsze, miałby to być bardzo tani pieniądz. Rząd nie poniósłby żadnych kosztów, po prostu dostałby przelew. Koszty pojawiłyby się w postaci sterylizacji (czyli usuwania gotówki z obiegu). NBP musi kontrolować ilość gotówki w gospodarce, aby panować nad inflacją. Żeby ją wyciągnąć, musiałby zaproponować bankom bony pieniężne. Mówiąc najprościej, bank centralny przychodzi do banku i mówi – oddaj mi swoje pieniądze, a ja oddam ci później, dorzucając do tego bonus w postaci oprocentowania. Banki zarobią, a w gospodarce zostanie mniej gotówki. To rozwiązanie kosztuje NBP miliardy rocznie. Warto jednak zauważyć, że niezależnie, czy będzie to 185 mld zł z zysku NBP czy będzie to 185 mld zł z UE – koszty sterylizacji pozostają takie same.

Koszt jednego czołgu widocznego na zdjęciu to kilkanście mln dol., czyli ok. 40-50 mln zł. (fot. 1 Warszawska Brygada Pancerna / 1 Warszawska Brygada Pancerna)
Po drugie, nie zadłużalibyśmy się, co poprawiłoby kondycję finansów publicznych. Po trzecie, moglibyśmy nieskrępowanie wydawać środki na to, co nam się żywnie podoba. Niezależnie czy chcemy kupić w Polsce, Niemczech, USA czy Izraelu – to my ustalamy zasady, co robimy z tymi pieniędzmi. Po czwarte – takie finansowanie jest wolne od ryzyka politycznego ze strony Brukseli. Wskazywany jest tutaj przykład środków z KPO, które wskutek konfliktu między Brukselą a Warszawą, zostały wstrzymane. Taki los mógłby zatem czekać także unijne SAFE.
SAFE od NBP ma mieć także jedną ważną korzyść – uniezależnia nas od ryzyka kursowego, które występuje przy pożyczkach w obcej walucie. Zwolennicy propozycji prezydenta przestrzegają przed losem frankowiczów i uważają, że tak duże środki należy pożyczać w walucie, nad którą ma się kontrolę.
Teoretyczną przeszkodą mogą być obowiązujące zasady, które wymagają, aby NBP użył zysku tak, aby w pierwszej kolejności ograniczyć straty z ostatnich lat. Te wyniosły aż 100 mld zł. Konieczne byłoby zatem odejście od tego wymagania, co zdaniem Leszka Skiby jest możliwe, uzasadnione i miało już miejsce w latach 2009-2012.
Jakie są wady SAFE 0 proc.?
Jak do tych argumentów najczęściej odnoszą się ekonomiści, którzy nie uważają SAFE 0 proc. za dobry pomysł? Ich zdaniem sprawa jest bardziej skomplikowana. Unijny SAFE oznacza, że Komisja Europejska (KE) pożycza na rynkach 44 mld euro, czyli ekwiwalent 185 mld zł. Robi to taniej niż Polska (w przypadku emisji zadłużenia), ponieważ jest uważana za pewniejszego dłużnika. Te pieniądze trafiają do Ministerstwa Finansów, które euro musi wymienić na złotówki. Idzie więc do NBP, ten przyjmuje 44 mld euro i kreuje 185 mld zł, przelewając je na konto Ministerstwa Finansów. Mechanizm jest więc bardzo podobny – w obu przypadkach NBP tworzy i przelewa 185 mld zł.
Różnica ma być jednak taka, że w zamian dostaje aktywa – 44 mld euro, które może np. zainwestować w niemieckie, amerykańskie, unijne czy szwajcarskie obligacje, ciesząc się odsetkami, czyli zarabiając na nich. Co prawda koszty sterylizacji pozostają takie same, ale mamy dodatkowe pieniądze, które mogłyby pracować na korzyść NBP. Te pieniądze są także cennym zasobem w razie potencjalnej wojny. Gdybyśmy musieli w czasie wojny kupować rakiety z zagranicy, moglibyśmy wykorzystać do ich zakupu rezerwy walutowe NBP, które wzrosłyby wskutek unijnej pożyczki.

Bojowe wozy piechoty Borsuk w trakcie szkolenia poligonowego. Borsuk to jeden z przykładów sprzętu, który Polska może pozyskać w ramach SAFE. (fot. 15 Giżycka Brygada Zmechanizowana / 15 Giżycka Brygada Zmechanizowana)
Ekonomiści (m.in. Mikołaj Raczyński) największe ryzyko upatrują jednak w spadku zaufania do instytucji publicznych w Polsce. SAFE 0 proc. mogłoby wydać się finansowaniem deficytu przy pomocy NBP, a to by oznaczało przekroczenie zakresu obowiązków banku i postrzeganie go jako upolitycznionego w oczach inwestorów. To zmniejsza zaufanie, a co za tym idzie, zwiększa koszt naszego długu. Wyższy procent jest tutaj premią za ryzyko. W czasie wojen i kryzysów środki odpływają z mniej pewnych rynków do tych, które są uważane za bezpieczne przystanie. Gdyby Polska była postrzegana za mniej wiarygodnego dłużnika, to moglibyśmy mieć problem, aby znaleźć chętnych, którzy nam pożyczą.
Polski SAFE 0 proc. Co może, a czego nie może bank centralny?
A co z ryzykiem politycznym ze strony Brukseli? Zdaniem przeciwników SAFE 0 proc., mechanizmy są tutaj inne niż w przypadku KPO. Tam mieliśmy kamienie milowe, na które się zgodziliśmy. To właśnie arbitralna ocena KE o ich niespełnieniu była przyczyną odmowy dostępu do KPO. Tutaj kamieni milowych nie ma (a przynajmniej w takim rozumieniu, bo pieniądze mogą być wstrzymane, gdy dostawca uzbrojenia nie wywiązuje się z obietnic). Środki mogą zostać zatrzymane, ale byłaby to już decyzja Rady Unii Europejskiej, a tutaj wymagana jest większość kwalifikowana, czyli za odebraniem musiałoby zagłosować minimum 15 państw, które stanowią przynajmniej 65 proc. ludności Unii Europejskiej. To zdaniem zwolenników unijnego rozwiązania, ogranicza ryzyko polityczne.
Jeśli chodzi o ryzyko kursowe – tutaj nawet zwolennicy unijnego programu uważają, że ono faktycznie istnieje, choć najczęściej padającym argumentem jest niska szansa na zmaterializowanie najgorszych scenariuszy. Z drugiej strony – ryzyko występuje także w przypadku cen złota. Gdyby SAFE 0 proc. miało bazować na „dywidendzie” od wysokich cen złota, to ich spadek spowodowałby natychmiastowe ograniczenie zysków NBP.
Ostatnią ważną kwestią jest czas. W przypadku unijnego SAFE pierwsze miliardy możemy otrzymać w ciągu kilku miesięcy. Mówi się aż o 15 proc. całej kwoty, czyli całkiem pokaźnej sumie (blisko 30 mld zł). Dlaczego to ważne? Każdy miesiąc opóźnienia miałby przesuwać nasz przemysł obronny w kolejce u globalnych producentów kluczowych komponentów. Części takie jak lufy, silniki czy przekładnie, produkuje niewielka liczba firm na całym świecie.

Jak przekonują nas rządowi politycy, dzięki unijnemu programowi SAFE, w budżecie ma zostać więcej pieniędzy na m.in. zakup kolejnych samolotów F-35. Polska zakupiła dotychczas 32 sztuki. Pierwsze myśliwce dotrą do nas w tym roku. (fot. MON)
Jeśli Europa zacznie składać masowe zamówienia, a Polska będzie czekać na środki, które spłynąć mają w ramach prezydenckiego SAFE, moglibyśmy nie doczekać się dostaw w najbliższych latach. Na zysk NBP musielibyśmy zwyczajowo czekać do połowy przyszłego roku, choć możliwe, że technicznie możliwa byłaby zmiana przepisów tak, aby umożliwić szybszą wypłatę.
Zwolennicy unijnego SAFE uważają także, że otrzymane 44 mld euro (które NBP zamieni na 185 mld zł, samemu powiększając swoje rezerwy, co obecnie robi np. z unijnymi środkami) pozwoli nam zbudować bufor bezpieczeństwa na trudne czasy. Argument może wydawać się jak najbardziej słuszny, choć jak wskazują zwolennicy prezydenckiego rozwiązania, nasze rezerwy walutowe już teraz są bardzo duże i sam Międzynarodowy Fundusz Walutowy uważa je za wystarczające, aby zapewnić krajowi odporność na zewnętrzne szoki.
Krytycy SAFE 0 proc. ostrzegają przed ryzykiem politycznym stworzenia precedensu, w którym NBP staje się de facto „bankiem inwestycyjnym” rządu. Obawiają się, że złamanie zasady niezależności finansowej banku otworzy drogę do finansowania innych celów politycznych w przyszłości. Zwolennicy prezydenckiego rozwiązania argumentują jednak, że mechanizm ten jest ściśle jednorazowy i podyktowany nadzwyczajnym zagrożeniem bezpieczeństwa, a raz zrealizowany zysk z rezerw nie może zostać użyty ponownie w ten sam sposób. Z kolei resort finansów odpowiada, że kluczowe dla państwa bezpieczeństwo nie powinno zależeć od doraźnych operacji księgowych, lecz od stabilnych źródeł finansowania.
Ważny jest także wątek strat NBP z ostatnich kilku lat. Choć technicznie jest to możliwe, zdaniem przeciwników SAFE 0 proc., mogłoby prowadzić do zmniejszenia wiarygodności NBP.
A może wziąć zarówno unijne jak i prezydenckie SAFE?
Znajdziemy także ekspertów (tacy jak np. występujący w debacie o SAFE na Kanale Zero dr Jarosław Janecki z Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich), którzy optują za miksem obu rozwiązań. Jeśli Bruksela zagrozi nam, że nie wypłaci nam pieniędzy, to możemy po prostu sami je pozyskać.
Gdyby połączyć oba rozwiązania, Polska mogłaby otrzymać astronomiczne 370 mld zł na bezpieczeństwo w ciągu kilku lat. Byłaby to kwota, która pozwoliłaby nie tylko na budowę silnej armii, ale także zabezpieczyłaby finansowanie innych ważnych projektów (np. budowa elektrowni atomowych czy CPK).
Czy zatem warto decydować się na SAFE 0 proc.? Głosy są podzielone, a obie strony mają tutaj swoje racje. Wydaje się, że jednym z istotniejszych elementów jest argument o ryzyku kursowym w ramach unijnego SAFE oraz politycznym wecie ze strony UE. Z drugiej strony, potencjalnym problemem jest reakcja inwestorów na tak nietypowy sposób zasilenia budżetu przez NBP oraz potencjalna utrata wiarygodności przez nasz bank centralny. Wynik naszej kalkulacji zależy zatem od tego, jak wycenimy te poszczególne ryzyka.
