– Bez profesjonalnego, rzetelnego, uczciwego dziennikarstwa nie wyobrażam sobie, jak może funkcjonować zdrowe państwo – mówi w rozmowie z Zero.pl Oskar Szafarowicz, polityk Prawa i Sprawiedliwości, a zarazem dziennikarz TV Republika.

Paweł Figurski, Zero.pl: Rozmawiamy w biurze prasowym Prawa i Sprawiedliwości w Sejmie. Przede mną siedzi polityk PiS czy dziennikarz Telewizji Republika?
Oskar Szafarowicz, polityk Prawa i Sprawiedliwości, dziennikarz TV Republika: Do tej pory udawało mi się to wszystko łączyć. Satysfakcję sprawia mi zarówno praca w Republice i aktywność medialna, jak też zaangażowanie polityczne.
Nie ukrywam, że ciągnie mnie do szeroko rozumianej polityki, ale zobaczymy, co przyszłość – gdy już ukończę studia prawnicze – przyniesie.
Stan na dziś: jest pan politykiem czy dziennikarzem?
Powtórzę, że udaje mi się to łączyć i zachować balans.
A jak właściwie udaje się to panu połączyć? To są dwa zupełnie różne światy i trudno mi sobie wyobrazić bycie dziennikarzem i politykiem konkretnej partii w tym samym czasie.
Mam specyficzny program satyryczno-humorystyczny w Telewizji Republika, który ma dosyć charakterystyczne cechy – nie jest to informacja ani czysta publicystyka. To nie tak, że przepytuję polityków. Wtedy nie mógłbym tego połączyć z działalnością polityczną, zgoda.
To nie jest też tak, że ja na poważnie opowiadam o sprawach politycznych z takim zacięciem obiektywizmu i rzetelności. Tylko raczej z koleżanką, z którą prowadzę program, prześmiewczo zbieramy wydarzenia wokół nas. Wbijamy przy tym szpilki różnym politykom i różnym opcjom.
Występuje pan na konferencjach poświęconym dziennikarstwu, tytułuje się pan dziennikarzem. Żadnego zgrzytu?
Rozumiem, że niektórzy tak to mogą postrzegać. Natomiast myślę, że każdy może obejrzeć program, który prowadzę co tydzień – „Hity w sieci” i ocenić, na ile rzeczywiście spełniam tam pewne standardy. Wydaje mi się, że każdy dostaje ode mnie razy po równo, więc na ten moment uważam, że wszystko się udaje łączyć. I mam też takie sygnały od widzów, którzy śledzą moją aktywność publiczną.
Czym w takim razie jest dla pana dziennikarstwo?
Trudno się dzisiaj o tym mówi, bo ten zawód, a raczej nawet nie zawód, tylko ta misja, upada.
Dla mnie to jest esencja i fundament zdrowej demokracji. I często dzisiaj tego brakuje. Bez profesjonalnego, rzetelnego, uczciwego dziennikarstwa nie wyobrażam sobie, jak może funkcjonować zdrowe państwo. Bez przekazywania informacji, bez dostępu ludzi do prawdziwej, sprawdzonej wiedzy. Nie wyobrażam sobie, jak można podejmować decyzje wyborcze, biznesowe, gospodarcze.
Dla mnie dziennikarstwo to nie jest tylko zawód polegający na sprawnym, fachowym poruszaniu się w mediach, ale właśnie na przyjęciu na siebie olbrzymiej odpowiedzialności za słowo.
I Republika spełnia tę misję?
Wydaje mi się, że generalnie spełnia, ale też uwzględniając polską specyfikę.
Nie ma co ukrywać. Dzisiaj żyjemy w czasach, gdzie media są, tak jak polityka, mocno spolaryzowane. To są media tożsamościowe, ideowe.
Partyjne?
Nie lubię tego określenia. Jakby pan z uwagą posłuchał Republiki, to naprawdę nie jest to medium stricte partyjne, gdzie wychwala się jedną opcję, a atakuje inną.
Oglądam namiętnie.
A, no to się bardzo cieszę i polecam wszystkim.
I niestety nie podzielam pana opinii.
Tam naprawdę są różne odcienie szarości. Są też zapraszani różni politycy, którzy często nawet dominują nad politykami Prawa i Sprawiedliwości. Mówię o politykach Konfederacji, czy partii Grzegorza Brauna, ale nawet partii rządzących obecnie. O ile zechcą przyjść do studia. Opinie prezentowane przez publicystów też są często wyważone.
Natomiast Republika, tak jak większość w Polsce, jest medium tożsamościowym. I tego nie ukrywa. To znaczy te poglądy konserwatywne czy prawicowe dominują wśród dziennikarzy i w przekazie, ale to jest związane z tym, że nie można odstawiać nogi.
A to nie jest tak, że jednak Republika i inne media tożsamościowe psują dziennikarstwo, które – pana zdaniem – upada.
Media tożsamościowe mogą być również mediami bardzo pożytecznymi, bardzo ważnymi, zwłaszcza, gdy przez lata w Polsce mieliśmy tak ukształtowany rynek medialny, że zdecydowanie dominowały media lewicowo-liberalne.
I teraz, gdyby nie było tożsamościowych mediów prawicowych, mielibyśmy zupełnie jednostronny przekaz, tak jak zresztą było do 2015 r. Postrzegam Republikę jako stację, która daje ten zdrowy, ożywczy prąd równowagi medialnej.
Zna pan inne medium, które zatrudnia czynnych polityków?
Myślę, że jest wiele takich mediów, w których czynni politycy występują.
Nie mówię o pojedynczych występach czy nawet felietonistach. Myślę o dziennikarzach wykonujących systematyczną pracę redakcyjną, a jednocześnie działających w partii politycznej.
Nigdy się temu nie przyglądałem, natomiast moim zdaniem niektórzy tzw. dziennikarze obozu lewicowo-liberalnego są bardziej zaangażowani politycznie i bardziej rozpolitykowani niż ci formalni politycy pełniący funkcje, jak posłowie i senatorowie.
Gdy słyszę np. panie redaktor Monikę Olejnik, Justynę Dobrosz-Oracz lub Dorotę Wysocką-Schnepf, to mam wrażenie, że czasem gorliwiej bronią pewnych opcji, z którymi się utożsamiają ideowo, niż politycy, którzy nawet nieudolnie próbują występować w ich programach.
Przyjmuję, jak pan odbiera wymienione dziennikarki, choć nie będę prosił pana o ocenę Tomasza Sakiewicza, Adriana Klarenbacha czy Michała Rachonia. Mówię o sytuacji, gdy ktoś w jednej ręce trzyma mikrofon z kostką Republiki, a w drugiej legitymację partyjną PiS.
Nie chodzę z kostką Republiki.
Ale już pana kolega redakcyjny Wojciech Szymczak chodzi.
Wojciech Szymczak już jakby w pewnym sensie porzucił politykę.
Jest radnym PiS-u.
Nie, zrezygnował z mandatu w momencie przejścia do Republiki. Przynajmniej takie oświadczenie czytałem.
Muszę pana rozczarować. Wojciech Szymczak, polityczny dziennikarz Republiki nie zrezygnował z mandatu. Oświadczył, że odchodzi z partii, ale nadal jest członkiem klubu radnych PiS w Gnieźnie. Zaznaczył, że jako dziennikarz nie będzie zajmował się tematami z Gniezna, co – muszę przyznać – jest ciekawą konstrukcją.

Wojciech Szymczak jako kandydat PiS do rady miasta Gniezna (fot. Materiały prasowe)
Nie wnikałem aż tak w karierę Wojtka.
Przede wszystkim, tak jak pan zaznaczył, w tym przypadku Wojtek zachował się bardzo uczciwie i przyzwoicie, bo nie relacjonuje spraw dotyczących jego regionu, Gniezna. Więc jakby nie jest tutaj stronniczy. On jest raczej ogólnopolskim dziennikarzem.
Nie sama legitymacja partyjna świadczy o tym, czy ktoś jest obiektywny, rzetelny, niezależny. Zresztą były przypadki osób, które przechodziły wprost z mediów lewicowo-liberalnych do polityki. Agnieszka Rucińska pracuje teraz w kancelarii Donalda Tuska, a przez lata była dziennikarką.
Większość dziennikarzy mediów tzw. czystej wody, TVN i Onetu wykonuje większą pracę partyjną na rzecz tamtej strony niż wielu polityków. I z tego bym ich rzeczywiście rozliczał.
Mogę podać przykłady materiałów czy to z Onetu, Wyborczej czy TVN, które obciążały i jedną i drugą stronę sporu politycznego. Nie spodziewam się jednak, że włączając Republikę i wchodząc na Niezależną przeczytam o jakiejś aferze, która obciążałaby PiS.
A może nie ma takich afer, panie redaktorze? Dlatego nie ma co czytać.
Rozumiem, że od tego momentu rozmawiam nie z redaktorem Szafarowiczem, a z politykiem Szafarowiczem?
Tu się czuję jak ryba w wodzie, więc możemy przejść do etapu rozmowy o polityce.
Nie wiem, czy jest o czym mówić, skoro Szafarowicz się myli, a jego prognozy są „funta kłaków warte”.
O, wiedziałem, że pan to wyciągnie.
Wyjaśnimy czytelnikom. W lipcu 2024 r. przewidywał pan, że jesienią 2025 r. będziemy mieli nowy rząd. Poprosił pan o zrobienie screena swojego wpisu i rozliczenie z prognoz. Dopytałem, na czym miałoby polegać rozliczenie. Odpowiedział pan, że możliwością stwierdzenia: „Szafarowicz się pomylił” oraz „Prognozy Szafarowicza funta kłaków warte”. Niniejszym to czynię.
Nawet zepsuty zegar raz na jakiś czas pokaże dobrą godzinę i odwrotnie, nawet idealny zegar czasem może się zaciąć, więc myślę, że to jest wyjątek potwierdzający regułę.
Fakt jest jednak taki, że mamy już 2026 r., rządzi Tusk, a wy dalej w opozycji.
Dużo na to wskazywało, że na jesieni zeszłego roku, po zwycięstwie Karola Nawrockiego, będzie szansa na przesilenie polityczne i przedterminowe wybory. Uważam, że obóz szeroko rozumianej prawicy nie do końca wykorzystał okazję. Można było wyjść z pewną nową ofensywą, może nawiązać relacje z politykami, którzy są skłóceni, chociażby z Polski 2050.
Gdyby rozpocząć bardziej zaawansowane rozmowy polityczne z nimi, to do takiego przesilenia mogło dojść i ja w to po prostu bardzo wierzyłem. No ale pomyliłem się, bo władza spaja mocniej, niż mi się wydawało.
Myśli pan o wyciąganiu skłóconych polityków Polski 2050?
Nie mówię o wyciąganiu, tylko o zaoferowaniu takiego rządu jedności narodowej, czy rządu technicznego na pewien czas, który doprowadziłby do wyborów i który uratowałby Polskę od tej fatalnej władzy i wyrwał z rąk Donalda Tuska.
Pan myśli o skłóconych politykach Polski 2050, a nie martwią pana kłótnie wewnątrz PiS-u?
Nie nazwałbym tego kłótniami, naprawdę.
Gdy to obserwuję z wewnątrz, uważam, że media sto razy bardziej podgrzewają ten konflikt, niż on wygląda w rzeczywistości.
Spory są i tego słowa użyłbym z pełnym przekonaniem, natomiast to są spory ideowe i dotyczące programu oraz kierunku linii politycznej. Chodzi o stosunek do Unii Europejskiej, do Zielonego Ładu, kwestii energetyki czy reformy sądownictwa. Te dyskusje bywają żywe, sam byłem ich świadkiem wśród naszych ważnych polityków, ale są bardzo szczere. Życzyłbym wszystkim partiom takich „kłótni”, jakie mamy w PiS-ie.
Politycy po prostu mówią, co myślą, a media później nazywają to kłótniami, awanturami. To, że jeden chciałby twardszy, zdecydowany kurs, inny bardziej umiarkowany, to jest pewna narracja, ale to nie są kłótnie. Kłótnie postrzegam jako personalne, emocjonalne naparzanki. Tego w PiS nie ma.
Wskazanie prof. Przemysława Czarnka jako kandydata na premiera w jakiejś mierze jest przecięciem tych sporów. Jest też wskazówką od prezesa Kaczyńskiego i od całego kierownictwa, że idziemy w stronę zdecydowanie prawicową, bardzo pryncypialną, bardzo ideową.
Obaj byliśmy w Krakowie, gdzie prezentowano kandydata na premiera – Przemysława Czarnka. I był taki moment, kiedy Jarosław Kaczyński dziękował za rządy Beacie Szydło i Mateuszowi Morawieckiemu. Wtedy sala spontanicznie zareagowała okrzykami „Beata, Beata”. Przy Morawieckim było lekkie buczenie i to prezes Kaczyński zwrócił uwagę, żeby jeszcze jemu podziękować.
Ja tego buczenia nie usłyszałem.
A jak mogła sala w Krakowie zareagować, gdy wymieniono dwóch premierów, z czego jedna to postać z Małopolski? Beata Szydło rządziła skutecznie dla całej Polski, ale zawsze dbała o swój region, też jako poseł, dzisiaj europoseł.
Poza tym chwilę później skandowanie „Mateusz, Mateusz” było równie ochocze.
Teraz numerem jeden jest Przemysław Czarnek. On w 2027 r. ma być premierem, a wtedy Oskar Szafarowicz obejmie wysokie stanowisko w rządzie, mediach publicznych czy państwowym banku?
Bardzo mnie cieszy, że pan redaktor zaczął od takiego sformułowania, że wyląduję gdzieś na jakimś wysokim stanowisku.
Inaczej sobie nie wyobrażam.
Bardzo mi miło.
A mówiąc poważnie, stawiam sobie cele raczej krótkoterminowe. W tym roku chcę skończyć studia i rozpocząć aplikację adwokacką. Ta ścieżka zawodowa też jest dla mnie bardzo ważna.
Jeśli chodzi o moje długoterminowe marzenia, to nie chcę mówić, czy to będzie 2027 r., bo może to być później, ale widziałbym siebie w czynnej polityce.
W jakiej konkretnie funkcji? Nie mam pojęcia. Nie chcę teraz przewidywać, czy za 20 lat będę posłem, ministrem. To już nie ode mnie zależy. Jeśli byłaby rzeczywiście taka szansa i decyzja kierownictwa naszej partii, to na pewno podjąłbym się tego wyzwania i kandydował w wyborach parlamentarnych.
A co wtedy z dziennikarstwem?
Wtedy już na pewno bym tego nie mógł łączyć. To jest oczywiste. Choć są posłowie, jak pan Marek Jakubiak, którego niesamowicie szanuję, który ma swój program w Republice. Więc niektórzy to potrafią łączyć, ale wydaje mi się, że ja bym nie potrafił.
Zupełnie pominął pan bank, a przecież tu też ma pan doświadczenie, które zdobył, pracując w PKO BP.
Wolę omijać banki i nie mieć kredytów.
Ale nie omijał pan banków, gdy można było dostać pracę za rządów PiS. Wirtualna Polska pisała, że nie spełniał pan wymogów, a potem pana przeniesiono na inne stanowisko.
Do dziś nie doczekałem się dementi ani przeprosin, a nie było takiej sytuacji, żebym został zatrudniony na stanowisku, na którym nie spełniałem wymogów. Pełniłem najniższą funkcję w banku, tzw. młodszego specjalisty. Zresztą byłem w zespole młodych ludzi, a na moje stanowisko wymagane było wykształcenie średnie, które posiadam po ukończeniu liceum ogólnokształcącego i zdaniu matury. Więc pełniłem tę funkcję zgodnie z wymaganiami. I nie zmieniałem stanowiska, cały czas byłem młodszym specjalistą.
Powiem panu więcej. Po zmianie władzy w PKO BP odbył się wielki audyt. Śledzono oczywiście wszystkie kontrowersyjne medialnie przypadki. I uwaga, w tym audycie, który jest powszechnie dostępny, jest jasna informacja, że w sprawie zatrudnienia Oskara Szafarowicza nie było żadnych nieprawidłowości.
A został pan zwolniony po ujawnieniu danych finansowych? Napisał pan na X, że PKO BP wypracował ok. 7 mld zł zysku, zanim ogłosił to sam bank.
Nie, sam odszedłem. Spodziewałem się, że będzie czystka polityczna, bo ta władza zapowiadała, że będzie usuwała każdego związanego z PiS, nawet sprzątaczki. A ja chciałem na własnych warunkach godnie odejść.
Czekały na pana czystki polityczne, bo dostał pan tę pracę tylko dlatego, że był działaczem PiS, a akurat ta partia miała władzę w rękach?
Nic mi o tym nie wiadomo, bo przeszedłem cały proces rekrutacyjny. Podczas niego moja bezpośrednia przełożona niemalże godzinę przepytywała mnie na różne okoliczności i ani razu nie spytała o moją działalność polityczną. Uznałem więc, że to nie jest dla niej istotna sprawa.
Czyli pana przynależność partyjna nie miała znaczenia?
Gdybym chciał wykorzystać przynależność partyjną, to z całym szacunkiem, ale nie szedłbym na stanowisko młodszego specjalisty, zarabiającego stawki niższe niż rynkowe, tylko starałbym się u moich „politycznych przyjaciół” załatwić sobie co najmniej stanowisko dyrektorskie. A tak nie robiłem, byłem tym młodszym specjalistą.
To pan skromny jest.
To pan powiedział, ja bym dodał „złoty, a skromny”. Cytując klasyka.
Możemy sobie żartować, ale za rządów pana partii na niezłych stanowiskach lądowali politycy i rodziny polityków.
Nie ukrywajmy tego, że żyjemy w określonej rzeczywistości.
Zawsze jest tak, że politycy, jeśli chodzi o spółki Skarbu Państwa, chcą mieć formę realnego wpływu. Jeśli jest to wykorzystywane do zadbania, żeby te spółki realizowały linię polityki państwowej, to nie widzę nic niestosownego, żeby na pewnych stanowiskach znajdowali się byli politycy, rodziny polityków itd. Jeśli oczywiście mają kompetencje, wykształcenie i doświadczenie.
Przykład: Orlen stawia na niezależność energetyczną, dywersyfikację i było podejrzenie, że jeśli się tam zachowa menedżerów z czasów Platformy Obywatelskiej, to będą torpedowali te działania. Albo będą mieli inną linię polityki, bo będą chcieli dalej stawiać na surowce z Rosji. Wtedy absolutnie należy wtedy wymienić kadry.
Na rodzinę?
Nie mówię, że na rodzinę, ale jeśli ktoś w pana rodzinie miałby świetne wykształcenie, a podejrzewam, że tak jest, i pan by się znalazł na takim stanowisku, gdzie ma wpływ na obsady, to dlaczego miałby pan tej rodziny nie zatrudniać? Odpuszczać tylko dlatego, że to rodzina, to moim zdaniem kiepski argument. Nie powinien wykluczać.
Wykluczać pewnie nie. Ale mam wrażenie, że nie świetne wykształcenie, a więzy krwi w wielu przypadkach miały kluczowe znaczenie.
Należałoby rozpatrywać poszczególne przypadki. Na pewno się zdarzały, choć uważam, że teraz ta skala jest niebotycznie większa i słyszymy o tym w mediach. Ale jeśli się zdarzały przypadki, kiedy rodzina bez uzasadnienia merytorycznego dostawała pracę, to było to eliminowane. Przypomnę panu, że w 2021 r. powstał specjalny komitet w PiS-ie, który badał takie przypadki. Kilka osób z hukiem straciło intratne funkcje.
A dzisiejsi rządzący opanowali nie tylko spółki Skarbu Państwa, ale również instytucje podległe samorządom.
Nie będę ich bronił, ale może nie chcą mieć PiS-owców, którym nie ufają, i są zmuszeni zatrudniać swoich?
Wiem, że PiS-owcom generalnie nie ufają, a poza tym, nie chcą mieć takich sukcesów, jak były za naszych rządów. Ale jeśli prezydent miasta, który zajmuje się swoim miastem, dodatkowo jest zatrudniony np. w wodociągach w innym mieście, to nie sądzę, żeby on się mógł realnie oddać pracy w tych wodociągach. To już jest krzyczący przykład nadużywania znajomości partyjnych.
Głównie przeprowadza się wywiad z politykami, którzy są na stanowiskach, albo się o nie ubiegają. Pan jest u progu swojej kariery, choć rozpoznawalnością wielu bije na głowę, dlatego mogę zadać to pytanie: co my, jako społeczeństwo, mamy mieć z pana działalności?
Trudne pytanie, bo chciałbym zachować pewną skromność i pokorę. To nie jest tak, że całe społeczeństwo z zapartym tchem śledzi moją aktywność i jest niesamowicie wdzięczne, że jestem w życiu publicznym.
Zacznijmy od tego, że mam zdecydowanie prawicowe poglądy. Jestem wręcz na prawym skraju PiS-u. Wydaje mi się, że poprzez bardzo rozbudowaną aktywność w mediach społecznościowych wnoszę do dyskusji publicznej pewne wątki, na które może niektórzy nie zwracają uwagi.
Interesuję się Zielonym Ładem i polityką klimatyczną Unii Europejskiej. I zwróciłem uwagę na ważny raport Instytutu Rousseau, który pokazywał wyliczenia, jakie będą skutki przyjęcia Zielonego Ładu. I ja te wyliczenia przedstawiłem, bardzo szeroko to opisałem, przeliczyłem, że to jest 1,2 tys. zł miesięcznie na każdego dorosłego Polaka.
Pokazuję wątki dotyczące migracji, działam przecież w Ruchu Obrony Granic, który powstał, bo rząd całkowicie ten temat lekceważy. Wymyśliłem hasło: zamiast centrów integracji, centra deportacji.

Warszawa, 03.06.2025. Założyciel i szef Straży Narodowej, były przewodniczący stowarzyszenia Marszu Niepodległości Robert Bąkiewicz (L) oraz działacz Forum Młodych Prawa i Sprawiedliwości Oskar Szafarowicz (P) podczas protestu pod hasłem: „ZABIERZCIE NAMIESTNIKA!” pod Ambasadą Niemiec w Warszawie, 3 bm. (ad) PAP/Radek Pietruszka (fot. Radek Pietruszka / PAP)
Te centra integracji, które otwierali politycy PiS-u?
My otworzyliśmy za naszych rządów dwa centra, ale one były z zupełnie innego programu i były przeznaczone tylko dla uchodźców z Ukrainy. I realnie im pomagały. A te 49 centrów integracji cudzoziemców, które teraz są realizowane, mają przyjmować migrantów. Ale jakich? Tych, którzy się przedzierają do Polski z granicy polsko-białoruskiej i polsko-niemieckiej, a także tych w ramach paktu migracyjnego, z którego nie jesteśmy wyłączeni wbrew kłamstwom Donalda Tuska.
I to nie jest tak, że ja tylko mówię „nie”. Mam konkretną propozycję.
Słucham.
Poszedłbym tutaj dwiema ścieżkami. Po pierwsze, ścieżka australijska, czyli przyjmujemy migrantów tylko z tych państw, które są z nami tożsame kulturowo i na których my się decydujemy. Ścisła selekcja. Na te tereny, gdzie jest największy odsetek przestępstw, największy odsetek terroryzmu, absolutnie powinniśmy zamknąć granice. Ewentualnie selektywnie, ale to zawsze za decyzją odpowiednich instytucji państwowych, przyjmować tylko wybranych. Jeśli wiemy, że jest świetny specjalista od medycyny w Iranie, to jego, ewentualnie z rodziną, byśmy mogli przyjąć.
Druga kwestia: każdy migrant, który popełnił w Polsce przestępstwo, jest od razu deportowany. To nowe prawo, które weszło już w Danii. I mówimy o Danii, która ma lewicową panią premier. Jestem za tym, żeby duńskie prawo implementować u nas jeden do jednego.
A bliska kulturowo jest Ukraina?
Tak. Jesteśmy bliscy kulturowo, dlatego nie zamykałbym się całkowicie na napływ Ukraińców. Oczywiście też jest wiele różnic między nami. Przy całej mojej sympatii dla Ukrainy, w tym sensie, że trzymam kciuki, żeby Ukraina się obroniła jako niezależne, niepodległe państwo, niestety Ukraińcy często nie chcą asymilować się w Polsce.
Bardzo podoba mi się kierunek przyjęty przez pana prezydenta Karola Nawrockiego z hasłem „Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy”, żeby Ukraińcy nie byli w żaden sposób uprzywilejowani. I jeśli będą na równych zasadach, tak jak Polacy, czy tak jak inni cudzoziemcy, chcieli legalnie pracować, uczyć dzieci, normalnie funkcjonować w społeczeństwie, nie będą popełniali przestępstw, to ja nie widzę problemu. Mogą tu pracować, bo my potrzebujemy rąk do pracy. Ale każdy Ukrainiec, który popełni przestępstwo – na drugi dzień deportacja do siebie.
Czyli jako społeczeństwo dostajemy od pana troskę o granice, klimat i nasze portfele. Jest coś jeszcze – wiele wpisów w mediach społecznościowych. W tym te, które dotyczyły syna poseł Magdaleny Filiks. Naprawdę nie ma pan sobie nic tu do zarzucenia?
Jak już to może to, że się za słabo broniłem i dałem sobie narzucić tę falę hejtu i fale nieuczciwych opinii dotyczących tej sprawy.
Nie wchodząc w szczegóły, napisał pan: „Najbardziej wstrząsające jest to, że matka ofiary pedofila z PO (…) – znana POSŁANKA PO milczy od ponad roku, stawiając karierę partyjną ponad dobrem dzieci. Zmuszona przez władze PO do milczenia".
Podałem informacje, które były publicznie dostępne i podane przez różne media, od Radia Szczecin przez TVP, po Newsweek, który tego samego dnia co ja, tylko wcześniej, opisał dokładnie te same sprawy, dokładnie z tymi samymi danymi. Ja się w ogóle nie odnosiłem do pani poseł Filiks czy do jej rodziny, tylko napisałem bardzo wyraźnie, co było skandalem. Otóż to, że pedofil Krzysztof F., członek Platformy Obywatelskiej, był kryty i nie był z tej partii wyrzucony po tym, gdy sprawa wyszła.
Tak był kryty, że od dawna siedział w więzieniu.
Mówię o partii. On z partii nie był wtedy wyrzucony. Partia, dopóki nie było prawomocnego wyroku, nie widziała problemu. Zresztą to nie jest pierwszy pedofil w strukturach PO, bo kilku w innych miejscowościach z prawomocnymi wyrokami również było kilku.
Ja nie użyłem konkretnych imion. Nawet wiek dzieci pani Filiks podałem inny niż w rzeczywistości. Personalia były tu drugorzędne.
Pierwszorzędne było uderzenie w PO.
Było pokazanie olbrzymiej hipokryzji. Platforma Obywatelska, która zawsze dostrzega problemy i dostrzega wielkie afery u swoich przeciwników. Mówi na przykład o Kościele, że jest przesiąknięty pedofilią, gdzie tam odsetek pedofilów jest mniejszy niż w środowisku celebrytów, a nie widzi problemu pedofilów w swoim gronie.
W tej sprawie toczyło się postępowanie dyscyplinarne na Uniwersytecie Warszawskim. Zostałem całkowicie uniewinniony. Ba, uzasadnienie w drugiej instancji było miażdżące dla komisji w pierwszej instancji.
I od razu podkreślę, by nie było wątpliwości: nie bronię Kościoła, który też ma swoje problemy. Uważam, że ksiądz, który dopuści się pedofilii, nie tylko powinien być natychmiast wyrzucony ze stanu kapłańskiego, ale on powinien być przez cały Kościół napiętnowany. Od księży jako gorliwy katolik oczekuję dużo więcej.
