Reklama
Reklama
Reklama

„Owce nie wiedzą, jaki to dzień tygodnia”. Zamiast ruszyć w świat, została bacą

TYLKO NA

Dym z paleniska wsiąka we włosy, na stole stoi żętyca, a przed bacówką kręcą się dwa psy. Anna Gruszka miała zostać pilotką wycieczek i ruszyć w świat. Wybrała jednak Orawę, kilkaset owiec i oscypki. Czy żałuje? Jej uśmiech nie pozostawia wątpliwości.

Anna Gruszka prowadzi bacówkę na Orawie.
Anna Gruszka prowadzi bacówkę na Orawie. (fot. Julia Castro Cabrera/archiwum prywatne)
  • Anna Gruszka nie planowała życia na hali. Dziś prowadzi bacówkę i wyrabia oscypki.
  • Praca trwa od świtu do nocy, bez weekendów i świąt. „Owce nie wiedzą, jaki jest dzień”.
  • Choć bacówka uchodzi za męski świat, kobiet jest w nim coraz więcej. Anna mówi: „Psychicznie tutaj odpoczywam”.
  • Reportaż z wakacyjnego cyklu Zero.pl „Polska od środka”. Prezentujemy w nim historie osób pielęgnujących tradycję i pokazujących różnorodne oblicze naszego kraju. Kolejne publikacje w każdy wakacyjny piątek.

Do Zubrzycy Górnej na Orawie prowadzi przepiękna, choć wąska i kręta droga. Już blisko celu, trochę za Czarnym Dunajcem, jest gęsty las. Przywodzi mi na myśl ten, który tak często pojawiał się w serialu „Miasteczko Twin Peaks”. Zaczynam w myślach nucić ścieżkę dźwiękową i piosenkę otwierającą.

Droga do bacówki. (fot. Julia Castro Cabrera)

Po kilku minutach drogi, pośrodku pól z jednej strony i lasu z drugiej, wyłania się bacówka (oczywiście drewniana). Na podjeździe usianym z drobnych kamyczków stoi kilka samochodów.

Reklama
Reklama

Parkuję nieopodal i idę w kierunku „chatki”. Wita mnie pies – owczarek podhalański.

To Bryndza – mówi na oko dziesięcioletni chłopiec. Jak się zaraz dowiaduję, chłopczyk to Bartek, syn Anny Gruszki, właścicielki bacówki.

Suczka Bryndza. (fot. Julia Castro Cabrera)

Jest też drugi – energicznie machający ogonem, z czarną główką, border collie.

Tuż przed wejściem stoją dwie drewniane ławki i stół. Siedzą tam Bartek oraz dwóch młodych mężczyzn. To sąsiedzi.

Dosiadam się i czekam na moją rozmówczynię. Dialog toczy się w gwarze, a cała trójka popija żętycę – serwatkę z mleka owczego ściętego podpuszczką – w drewnianych kubkach.

Dla ciebie też żętyca? – pyta Anna, która nagle staje w progu bacówki. Długie, czarne włosy współgrają z ubraniami w tym samym kolorze.

Dopiero teraz czuję dym z paleniska w środku. Dokładnie tak pachną oscypki – Anna wraz z mężem Janem mają na nie certyfikat.

– Poproszę – odpowiadam.

Kobieta – niska i uśmiechnięta – wraca za moment z pokrojonym na talerzu świeżym bundzem i kubkiem żętycy.

– To bardzo zdrowe dla jelit, działa podobnie jak kefir – wyjaśnia Anna. Długo nie musi mnie przekonywać. Napój bardzo mi smakuje.

Syn kobiety i jego starsi koledzy idą na drugą stronę bacówki. W końcu zostajemy same.

Bundz i żętyca. (fot. Julia Castro Cabrera)

Kariera pilota wycieczek

Anna niedawno skończyła 40 lat. Zanim jednak w jej życiu pojawiły się owce, sery i bacówka, miało być zupełnie inaczej. – Ja wcale nie planowałam takiego życia.

Reklama
Reklama

Kończyła turystykę. Wyobrażała sobie, że będzie pilotem wycieczek. Chciała poznawać świat, jeździć z ludźmi, pokazywać im miejsca, o których wcześniej tylko czytała. Przez chwilę myślała nawet o wyjeździe do Anglii. Miała pomysł na siebie i wydawało się, że wszystko zmierza właśnie w tym kierunku.

Życie napisało jednak własny scenariusz – śmieje się.

Anna Gruszka. (fot. Julia Castro Cabrera)

Najpierw były częstsze wizyty na hali u dziadka, potem pomoc, a później – kolejne obowiązki.

– Aż w pewnym momencie okazało się, że zamiast wyobrażać sobie życie gdzieś daleko, buduję je właśnie tutaj.

Pytam, czy pamięta pierwsze wypasy z dzieciństwa. Od razu mówi o dziadku.

– Zawsze miał dla nas czas.

Anna pamięta wspólne granie w karty, długie rozmowy, drogę na halę starym polonezem, który wspinał się po kamienistej drodze znacznie wolniej niż dzisiejsze samochody terenowe. Pamięta też, że zanim jeszcze dojechali na miejsce, w aucie zawsze ktoś zaczynał śpiewać.

– To były takie chwile, które człowiek będzie mieć w sercu przez resztę życia.

Dziadek Anny – Józef Jasionek. (fot. archiwum prywatne)

Owce od 6:00

Na hali czas płynie inaczej. Dzień zaczyna się ok. 6 rano, gdy trzeba wydoić owce. Kończy się wtedy, kiedy ostatni oscypek trafi do wędzarni.

Reklama
Reklama

– Ludzie pytają, czy to się nie nudzi. Jak może się nudzić, skoro codziennie wydarza się coś innego?

Nie ukrywa, że ta praca potrafi zmęczyć.

– Są dni, kiedy człowiek marzy tylko o tym, żeby na chwilę usiąść. Są też takie, kiedy deszcz nie przestaje padać przez kilka dni, a owiec i tak trzeba doglądać. To nie jest praca od siódmej do piętnastej.

Nie ma weekendów, świąt.

Owce nie wiedzą, jaki jest dzień tygodnia – śmieje się Anna.

Im dłużej opowiada, tym bardziej odnoszę wrażenie, że właśnie tutaj, pośród zapachu mleka, dymu i mokrej wełny (bo właśnie zaczęło padać), znalazła swoje miejsce.

Już nie tylko męski świat

Na Podhalu przez lata mówiło się, że bacówka to męski świat.

Reklama
Reklama

– Nie dlatego, że kobiety nie potrafiły doić owiec, wyrabiać sera czy pracować od świtu do zmroku. Po prostu taki był podział ról. Baca prowadził stado. Juhasi pomagali przy wypasie. Kobiety częściej zostawały w domu, doglądały gospodarstwa, dzieci, przygotowywały jedzenie.

Dzisiaj ten obraz powoli się zmienia.

Coraz więcej kobiet kończy kursy juhasa. Są też dziewczyny, które robią kurs bacowski. Chcą pokazać, że też to potrafią i bardzo dobrze, bo świat się zmienia. Moja babcia przed laty rok prowadziła bacówkę sama – mówi Anna. – Ja nikomu niczego nie chcę udowadniać. Wiem tylko, że bez kobiet coraz trudniej byłoby to wszystko utrzymać.

Po chwili jednak dodaje: – Chociaż są takie momenty, kiedy naprawdę przydałaby się chłopska siła, bo są rzeczy, których nie da się oszukać.

Pełny kocioł z mlekiem waży tyle samo, niezależnie od tego, kto go podnosi. Drewniane naczynia nie stają się lżejsze tylko dlatego, że chwyta je kobieta. Kiedy trzeba przenieść ciężar albo odwrócić coś, co waży kilkadziesiąt kilogramów, liczą się mięśnie.

– Chłop często po prostu bierze i przenosi. Kobieta najpierw się zastanowi, jak to zrobić – podeprzeć, obrócić, znaleźć jakiś sposób, bo wie, że samą siłą nie wygra.

Reklama
Reklama

Kiedy większość turystów zagląda do bacówki, widzi przede wszystkim oscypki, dym, kilkaset owiec rozsypanych po zielonym zboczu i człowieka, który od świtu robi to samo, co robili jego rodzice i dziadkowie.

Rzadko kto zastanawia się, co dzieje się później. Ile godzin trwa dzień, jak wygląda wieczór, o której kończy się praca.

Anna tylko się uśmiecha. – Ludzie myślą, że my tu siedzimy przy ognisku i czekamy, aż ktoś przyjdzie po ser. A prawda jest taka, że czasem o jedenastej w nocy dopiero siadamy z mężem na chwilę, pijemy kawę i patrzymy, czy wszystko jest już zrobione.

Drużyna

Kiedy opowiada o pracy, często używa liczby mnogiej: „my”, „razem”, „u nas”.

Rzadko mówi tylko o sobie, bo bacówka nie jest miejscem dla jednej osoby.

– Ludzie często widzą tylko bacę. A przecież za tym wszystkim stoi dużo więcej osób. Mąż, dzieci, juhasi. Są obowiązki, których turyści nigdy nie zobaczą – dokumenty, rozliczenia, faktury, telefony, wyjazdy do urzędów.

– Papierów jest tyle samo, co w każdej firmie. Tylko że wcześniej jeszcze trzeba wydoić owce.

Pytam, czy po tylu latach zdarzają się jeszcze dni, kiedy Anna ma ochotę powiedzieć: „dość”.

Nie robi z siebie bohaterki. – Każdy ma taki moment. Ja też się denerwuję, jak wszyscy – mówi.

Reklama
Reklama

Za chwilę opowiada o czymś, co wypracowała przez lata.

Jak jestem naprawdę zła, to potrzebuję pięciu minut ciszy. Mój mąż już to wie. Jak się uderzę, coś mi nie wyjdzie albo po prostu mam zły humor, to ma przez chwilę nic nie mówić. Nie pytać, co się stało. Nie pocieszać. Po prostu dać mi pięć minut.

To jej sposób.

– Bo człowiek w złości powie czasem coś, czego później żałuje. A jak się uspokoję, to możemy normalnie rozmawiać.

Anna Gruszka. (fot. Julia Castro Cabrera)

„Przede wszystkim jestem mamą”

Kiedy słucham Anny, coraz mniej myślę o oscypkach, a coraz bardziej o tym, że jej życie przypomina nieustanne przechodzenie z jednej roli w drugą. Rano jest bacą, za chwilę księgową, potem żoną i matką.

Kiedy sezon dobiega końca, bacówka powoli cichnie.

Owce schodzą z hali na przełomie września i października. Ostatnie sery trafiają do wędzarni. Turyści znikają niemal z dnia na dzień. Jeszcze kilka tygodni wcześniej ustawiali się przed bacówką, pytali o oscypki, robili zdjęcia, zaglądali do środka. Po sezonie zostają już lokalni mieszkańcy.

– Człowiek trochę odsapnie, ale to nie jest tak, że nagle nie ma co robić – mówi Anna. – Gospodarstwo dalej jest. Zwierzęta dalej są. Papierów nawet przybywa.

– Kim pani jest, kiedy zamyka bacówkę?

Reklama
Reklama

– Przede wszystkim mamą.

O dwóch córkach – Natalii i Beacie – i synu Bartku mówi z czułością, ale bez idealizowania. Wie, że starsza córka coraz mocniej wchodzi w świat, którego rodzice nie są już w stanie kontrolować.

Nie chce wychowywać dzieci w przekonaniu, że rodzic zawsze ma rację.

– Ja im zawsze mówię: zrób po swojemu. Czasami człowiek szybciej uczy się na własnych błędach niż na cudzych.

Uśmiecha się. – Ale przyjdź. Powiedz. Nieważne, co się stanie. Powtarzam to im niezmiennie.

Choć od miesięcy pracują z mężem niemal bez przerwy, nie chce, żeby ich rozmowy kończyły się na owcach.

– My też mamy normalne życie. Dyskutujemy o dzieciach, domu, planach.

Włosy pachnące dymem

Po rozmowie Anna zaprasza mnie do środka bacówki. Nigdy w takiej nie byłam. Wszechobecny zapach dymu z paleniska mnie nie drażni. Wręcz przeciwnie – przychodzą mi na myśl jesienne ogniska i przesiąknięte nim potem włosy.

– Żyjemy tu od kwietnia do października. Potem wracamy do domu. Na sezon nasze życie przenosi się tutaj. Choć warunki są skromne, inaczej sobie nie wyobrażamy – przyznaje wesoło Anna.

Drewniana podłoga skrzypi pod nogami.

W centralnym punkcie bacówki jest palenisko z wielkim, żeliwnym kotłem.

Palenisko w bacówce. (fot. Julia Castro Cabrera)

– Popatrz w górę – tu wędzą się oscypki – pokazuje mi dłonią.

Reklama
Reklama

Faktycznie. Kilkadziesiąt serów czeka na przyszłych nabywców.

– Tutaj człowiek się nie spieszy, bo i tak niczego nie przyspieszy. Mleko, oscypek, owce – wszystko ma swój czas. Jak ktoś chce wszystko zrobić szybciej, to bardzo szybko przekonuje się, że tutaj to po prostu nie działa.

Kiedy wychodzę z bacówki, deszcz zaczyna padać jeszcze mocniej. Psy chowają się do środka. Anna Gruszka mogła zostać pilotką wycieczek i wyjechać za granicę. Wybrała jednak halę.

A kiedy na odchodne pytam, czy po tylu latach nadal lubi wracać do bacówki, nawet się nie zastanawia.

– Ja psychicznie tutaj odpoczywam.

I chyba trudno o lepszą odpowiedź.

Źródło: Zero.pl
Aleksandra Cieślik
Aleksandra CieślikReporterka i wydawczyni
Reklama
Reklama