Reklama
Reklama
Reklama

Tutaj nikt nie jest do końca stąd. W tej części Polski to normalne

TYLKO NA

W Gorajcu cisza potrafi być myląca. Pod łąkami kryją się dawne granice, wysiedlone wsie, niemieckie nazwiska, ukraińskie pieśni i ślady po ludziach, którzy w przez całe życie nie ruszali się z domu, a mieszkali w czterech różnych państwach.

Marina i Marcin Piotrowscy. Wakacyjny cykl Zero.pl – „Polska od środka”.
Marina i Marcin Piotrowscy. Wakacyjny cykl Zero.pl – „Polska od środka”. (fot. Zero.pl / Michał Szwerc (zdjęcie Mariny))
  • W Gorajcu na Podkarpaciu dawne granice wciąż są obecne w rodzinnych historiach, tradycjach i codziennym życiu ludzi.
  • Marina i Marcin Piotrowscy pokazują, że pogranicze to nie tylko miejsce na mapie, lecz także sposób patrzenia na świat i własną tożsamość.
  • Drewniane cerkwie, opuszczone wsie i festiwal Folkowisko przypominają o wielokulturowej historii regionu, która wciąż żyje w pamięci mieszkańców.
  • Reportaż rozpoczyna wakacyjny cykl Zero.pl „Polska od środka”. Zaprezentujemy w nim historie osób pielęgnujących tradycję i pokazujących różnorodne oblicze naszego kraju. Kolejne publikacje w każdy wakacyjny piątek.

– Że też chciało ci się do nas jechać taki kawał drogi – tymi słowami, stojąc w pełnym słońcu na podwórku, wita mnie Marcin Piotrowski. Nie mogę nie zauważyć wielkiego nadruku na jego czarnej koszulce: „Jestem ze wsi”. – Sama prawda – śmieje się mężczyzna.

Dotarłam do wsi Gorajec na Podkarpaciu. Marcin i jego żona Marina mieszkają w domu, w którym prowadzą agroturystykę. Na sporej działce stoi kilka szop oraz scena festiwalu Folkowisko. Tuż za drewnianym ogrodzeniem rozciągają się łąki i las. W oddali widać też koniki polskie. Termometr pokazuje 30 st. C, więc wszystkie chowają się pod drzewami.

Naprzeciwko Chutoru Gorajec (wspomnianej agroturystyki) znajduje się drewniana cerkiew. Dawniej – greckokatolicka. Jedna z najstarszych w Polsce. Obecnie w każdą niedzielę nabożeństwa odprawia tam rzymskokatolicki ksiądz.

Reklama
Reklama

Cisza.

To jest to, co koi moje zmysły już od pierwszej sekundy po wyjściu z auta. Staram się zapisać ten obraz w pamięci na jak najdłużej.

Z rozmyślań nad pięknem natury wyrywa mnie Marina. Ubrana w liliową sukienkę, lekkim krokiem podchodzi i wita się ze mną.

We troje siadamy przy stoliku na drewnianej scenie, która w drugi weekend lipca stanie się centralnym punktem kulturalnego życia Gorajca i okolic.

Reklama
Reklama

Marcin nalewa kwasu chlebowego do fikuśnych kieliszków. – Prosto z Ukrainy. Mamy niedaleko, jakieś pół godziny jazdy autem.

Podczas rozmowy z Mariną i Marcinem. (fot. Zero.pl)

Tuż za rzeką

Marina urodziła się 43 lata temu w Narwie, mieście w Estonii, jeszcze w Związku Radzieckim. Miejscowość leży tak blisko granicy z Rosją, że dzieli ją od niej tylko rzeka.

Narwa została zniszczona doszczętnie podczas II wojny światowej. Sowieci zdecydowali, że zbudują tam wielki ośrodek przemysłowy i jednocześnie, jak mówi Marina, wykorzystali sytuację, żeby zasiedlić te tereny ludźmi z całego Związku Radzieckiego i zmniejszyć wpływ etnicznych Estończyków. Do nowych fabryk zaczęli zjeżdżać ludzie z najróżniejszych zakątków imperium. W taki właśnie, dość przypadkowy sposób w Estonii znalazł się dziadek Mariny – Gruzin.

Reklama
Reklama

– Mam w sobie mieszankę genów i mocne tradycje pogranicza. I teraz znów mieszkam przy granicy – powtarza.

Święta w jej domu też były mieszanką. Część rodziny prawosławna, część katolicka – po babci z polskimi korzeniami. Nie obchodzili Bożego Narodzenia w grudniu, świętowali w Nowy Rok i 6 stycznia. Prezenty przynosił Dziadek Mróz. Na stole obowiązkowa sałatka jarzynowa z szynką, a na Wielkanoc malowane jajka i wyjście z mamą do cerkwi.

Marcin pochodzi z Grodysławic, zaledwie 40 km od Gorajca, ale już po drugiej stronie dawnej granicy zaborów. W jego domu nie było kutii. Zamiast niej do dziś robi się makiełki – przygotowywane podobnie, tylko z makaronem zamiast pszenicy.

Najważniejszą tradycją było jednak kolędowanie.

Reklama
Reklama

– Sposób, żeby zarobić na sylwestra. Nigdy nie było nas stać, więc z chłopakami zakładaliśmy grupę kolędniczą. Wstydziliśmy się chodzić po własnej wsi, dlatego jeździliśmy do sąsiednich. Trzeba było zdążyć przed kolędnikami z kościoła.

W akademiku w Lublinie

Marcin i Marina poznali się na studiach w Lublinie, w akademiku Femina. Marina przyjechała do naszego kraju w ramach programu dla osób polskiego pochodzenia, które ma po babci.

Czytaj również: Polska, mieszkam w Polsce. 40 lat później

Na początku lat dwutysięcznych, po wejściu Polski do Unii Europejskiej, Marina i Marcin zaczęli wyjeżdżać do Irlandii.

Reklama
Reklama

– Wszystko, co umiałem powiedzieć, to: „My name is Marcin. I am a student from Poland. I am looking for a job” – wspomina. – Wykonywałem proste prace, ale zarobiłem tyle, że mogłem się utrzymać na studiach.

Do 2006 r. odłożyli 50 tys. zł. Wystarczyłoby na kilka arów ziemi. Wtedy przypadkiem trafili do Gorajca – chcieli zobaczyć cerkiew, ale ostatecznie oglądali… ruiny swojego przyszłego domu.

Marcin uwielbia urbex, więc na działkę ze szkołą niszczejącą naprzeciwko drewnianej świątyni wszedł natychmiast.

Nagle wychodzi gość i rzuca: „Pan na przetarg?”. Okazało się, że za dwa dni miał być przetarg na ten budynek. Pytam, ile kosztuje. „Panie, to byłaby cena na 200 tys. zł, ale tego nikt nie chce kupić. Od dziesięciu przetargów cena się zmniejsza. Teraz teren kosztuje 48 tys. zł”.

Reklama
Reklama

Zupełnym przypadkiem kupują więc starą szkołę – bez wody, prądu, z jedną klamką na cały budynek. To będzie ich dom. Mają 2 tys. zł zapasu. „Jeszcze pomalujemy” – myślą wtedy, nieświadomi kosztów, które poniosą w kolejnych latach.

Szopa na podwórku Mariny i Marcina. (fot. Zero.pl)

Wesele pod chmurką

By zarobić na remont, znów pojechali do Irlandii. W 2008 r., gdy Marina skończyła studia, wzięli ślub. Przyjęcie zorganizowali w domu – nadal z jedną klamką, z jedną lampką przypiętą do dłużycy. Wodę brali z sąsiedniej wsi.

Mieliśmy tutaj, można powiedzieć, wesele pod chmurką – wspomina Marina. – Trzy dni. Gotowaliśmy na kuchni polowej. To była totalna samoróbka, sześćdziesiąt parę osób, najbliższa rodzina i przyjaciele.

Reklama
Reklama

Marcin dodaje coś, co później wraca przez całe nasze spotkanie: zachwyt tym miejscem, drewnianą cerkwią, kapliczkami przydrożnymi, które naturalnie wyznaczyły charakter ich wesela. Bez nadęcia, udawania.

Pierwsze Folkowisko – tak nazwali festiwal, który wyrósł z ich wesela – odbyło się w 2010 r., na drugą rocznicę ślubu. Wcześniej po prostu znowu spotkali się z przyjaciółmi, imprezowali trzy dni. Na pierwszą rocznicę przyjechało pięćdziesiąt osób. Po dwóch latach zrobili z tego otwarte wydarzenie.

– Po prostu zawsze to Folkowisko jest w drugi weekend lipca, w okolicach rocznicy naszego ślubu, który odbył się 11 lipca – mówi Marina.

Reklama
Reklama

Przyjęli zasadę, że mieszkańcy wioski mają wejściówki za darmo.

– To nie tylko praca, że wpadamy, coś robimy i wypadamy. Żyjemy tu. Musisz jakoś się dogadać z lokalną społecznością.

Marina i Marcin swoje wydarzenie nazywają Festiwalem Kultury Pogranicza. Od początku zapraszają Białorusinów, Ukraińców, Żydów – bo to była, jak podkreśla rozmówczyni, „oczywista oczywistość”, skoro tuż obok mają Ukrainę.

Skomplikowana historia

A potem przyszedł rok 2016. 11 lipca ustanowiono Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej. Część osób połączyła to z datą Folkowiska.

Reklama
Reklama

– Skoro my tu zapraszamy Ukraińców, opowiadamy o kulturze ukraińskiej, to chcemy tańczyć na grobach Polaków – cytuje ten stawiany mu zarzut Marcin. – Folkowisku przyklejono metkę tej ukraińskości, że „usprawiedliwiamy Ukraińców”.

To dla nich zaskoczenie, choć – jak się okazuje po latach – nie ostatnie. Przestrzeń, w której postanowili żyć, ma pod powierzchnią dużo bardziej skomplikowaną historię, niż początkowo im się wydawało.

Kowalówka, wioska tuż za Gorajcem, do 1939 r. nazywała się Freifeld. To pozostałość po niemieckim osadnictwie z czasów zaboru austriackiego. Nazwiska Knap, Kopf, Bauman do dziś są spotykane w okolicy. II wojna światowa wymieszała wszystko na nowo i sprawiła, że większość regionu stała się jednolicie polska.

– Społeczność ukraińska, która tu została, musiała być bardziej polska niż Polacy – wyjaśnia Marcin. – To instynkt obronny. Nagle wysiedlono całe wioski ukraińskie. Ci, którzy zostali, nie chcieli być łączeni z przeszłością.

Reklama
Reklama

Polecamy: „Zdychaj, chłopie!” Na wsi trwa kryzys, który miasto ma gdzieś

Mechanizm zaprzeczania własnym korzeniom trwał dekadami – aż do 2022 r., gdy Marcin z Mariną zaczęli jeździć z pomocą humanitarną do Ukrainy i okazało się, że dawni „antyukraińscy” sąsiedzi mają tam swoich kuzynów.

Marina przyjechała do Polski z gotowym, importowanym z rosyjskojęzycznej Narwy przekonaniem, że „Polacy nie lubią Rosjan” i lepiej nie mówić tu głośno po rosyjsku. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna.

– Byłam w szoku, kiedy się okazało, że u nas na Podkarpaciu już raczej powinno się mówić po rosyjsku niż, nie daj Boże, po ukraińsku. Gdy się odzywam i mam ten zaśpiew, to pierwsze, co ludzie myślą, to że jestem z Ukrainy.

Reklama
Reklama

Marcin przyznaje, że dla niego, urodzonego czterdzieści minut jazdy stąd, było to równie zaskakujące.

Sala, w której odbywa się część festiwalu Folkowisko. (fot. Zero.pl)

„Marcin, czy możecie przyjąć nasze rodziny?”

Kolejny rozdział w lokalnej historii to luty 2022 r. Pełnoskalowa wojna w Ukrainie. Chutor Gorajec stał się pierwszym punktem recepcyjnym.

– Szybko ułożyliśmy materace, bo zaczęli dzwonić muzycy, których znaliśmy z festiwalu: „Marcin, czy możecie przyjąć nasze rodziny?”.

Reklama
Reklama

Drugiego dnia wojny byli już jednymi z pierwszych, którzy wjechali na stronę ukraińską.

– Po polskiej stronie ci ludzie byli już bezpieczni, ale tam państwo na moment upadło. Jak przejechałem przez granicę, była czwarta rano, a tam trzysta czekających osób na 15-stopniowym mrozie. Nie ma się gdzie schować, zero infrastruktury. Jedyną infrastrukturą jest tam cmentarz.

Wzięli ludzi z festiwalu – elektryków, członkinie kół gospodyń wiejskich – przewieźli ich na drugą stronę. Rozstawili namioty, otworzyli punkt medyczny.

– Zorganizowaliśmy najważniejszy festiwal w naszym życiu – podkreśla Marcin. – Festiwal pomagania.

Reklama
Reklama

Z przyjaciółmi i z nieznajomymi ludźmi „obstawili” różne przejścia graniczne. Byli też na dworcu we Lwowie, na ostatnich konwojach do Mariupola, zanim odcięto miasto. Przez magazyn w Gorajcu przeszło ponad 10 tys. ton pomocy humanitarnej – dla porównania: jeden tir pomieści 24 tony.

– Lokalna społeczność uratowała godność innego człowieka.

Dziś, w piątym roku tej pracy, Folkowisko – a właściwie wyodrębniona z niego fundacja – prowadzi w Gorajcu obozy terapeutyczne dla matek i dzieci z terenów przyfrontowych Ukrainy.

– W wyniku wojny straciły ojców, partnerów, mężów. Dzieciaki od lat nie chodzą do szkół. Uczą się online.

Reklama
Reklama

Ewakuowane ze stref dronowych, pod ochroną wojska, następnie trafiają do Lwowa, skąd Marcin i jego ekipa odbierają ich i przywożą do Gorajca na warsztaty wypoczynkowo-terapeutyczne.

– Ładne miejsce, zieleń, cisza, bez alarmu, bez latających samolotów, bez wybuchów – wylicza. – A do tego pracują z psychologami.

Stowarzyszenie Folkowisko (Marcin założył je obok fundacji), które wyrosło z festiwalu, ma już 47 działaczy rozproszonych głównie po wschodniej Polsce, a nawet na Słowacji – łukiem wzdłuż pogranicza.

Od roku mają też zarejestrowaną organizację w Ukrainie.

Reklama
Reklama

Krzyż i kamień

Każdy kamień przy drodze jest tu dokumentem. W sąsiedniej wsi Brusno przez ponad 100 lat działał ośrodek kamieniarski – ludzie zaczęli rzeźbić nagrobne krzyże, gdy po epidemiach cholery Austriacy zakazali chowania zmarłych blisko cerkwi.

Te cmentarze to kroniki miejscowości. Nie zapisywano człowieka gdzieś tam na kartach historii, tylko wykuwano w kamieniu – poetycko zauważa Marcin.

Każdy przydrożny krzyż opowiada jakąś historię: szczęśliwego powrotu z Ameryki – ślad wielkiej emigracji z końca XIX wieku, powrotu z wojny, ochrony „od powietrza, głodu, ognia i wojny”.

W samym Gorajcu w 1939 r. granica między III Rzeszą a Związkiem Sowieckim przebiegała przez łąkę za cerkwią.

Reklama
Reklama

 – Masz – Marcin daje mi niewielki kamień, gdy stoimy obok budowli. – Jeśli rzucisz go kilka metrów w dal, trafisz nim na dawne terytorium Sowietów.

Pudło. Nie dolatuje. Mężczyzna wybucha serdecznym śmiechem.

Cerkiew w Gorajcu. (fot. Zero.pl)

Cztery kraje

Inna historia z okolicy.

Reklama
Reklama

Przysiółek Dąbrówka powstał w 1937 r., gdy w ramach parcelacji majątku osadzono tu polskie rodziny. Był to element prowadzonej przez państwo polityki wzmacniania polskiego osadnictwa na pograniczu. Podczas II wojny światowej Dąbrówka znalazła się po stronie sowieckiej. W marcu 1940 r. NKWD umieściło 120 jej mieszkańców w wagonach i wywiozło na Syberię, do Omska. Wróciło 57 osób.

Ludzie w wieku mojego dziadka, który ma obecnie 94 lata, mogli na przestrzeni swojego życia mieszkać w czterech różnych krajach, bez wyjeżdżania gdziekolwiek – podkreśla Marcin.

Dziesięć kilometrów od miejsca, w którym stoimy, przebiegała granica między zaborem austriackim i rosyjskim. W sąsiedniej wsi stacjonowali węgierscy huzarzy jako pogranicznicy, po drugiej stronie – Kozacy dońscy. Przez teren przechodził front I wojny światowej.

– My jesteśmy zawsze na granicy, w pograniczach.

Reklama
Reklama

Zachwyt i smutek jednocześnie

Marina i Marcin mają trójkę dzieci – w wieku 16, 14 i prawie 11 lat. Wszystkie urodziły się w Irlandii.

Kobieta mówi, że nie musi uczyć ich pogranicza kultur.

– Dla nich to normalne, że dziadkowie rozmawiają w innym języku, że jeździmy do nich do innego kraju. W szkole w Cieszanowie do jednej klasy w jednym roku dołączyła trójka dzieci: jedno z Ukrainy, jedno z Niemiec, jedno z Irlandii.

Reklama
Reklama

Marina, dziewczyna z kilkudziesięciotysięcznej Narwy, mieszkająca wcześniej w bloku, dziś nie wyobraża sobie powrotu do miasta.

– Wychodzisz z domu wprost do takiej bliskości natury i zdajesz sobie sprawę, że jesteś tylko bardzo niewielką cząstką czegoś większego. Mam w sobie dużo pokory. To jest mieszanka uczuć: z jednej strony zachwyt, wdzięczność, że to wszystko jest, a z drugiej poczucie, że coś tracimy.

Został tylko cmentarz

Niedaleko, we wspomnianym wcześniej Bruśnie, gdzie kiedyś mieszkało ponad tysiąc osób, dziś został tylko śródleśny cmentarz. Niedawno, podczas najkrótszej nocy w roku, zorganizowano tam koncert o 4:21 nad ranem, przy ruinach kapliczki św. Mikołaja – w ramach festiwalu Kraina Roztocza.

Tę przestrzeń trzeba umieć czytać – mówi Marcin. – Ona się bardzo zmieniła. Pokazuje, jak szybko przyroda radzi sobie z człowiekiem, jak zaciera ślady naszej obecności.

Reklama
Reklama

Tak jak zatarła już niemal wszystko po Freifeld, po przysiółku Dąbrówka, po 120 ludziach wywiezionych na Syberię. Zostały kamienie, krzyże, nazwiska w księgach parafialnych i ludzie, którzy – jak Marina i Marcin – zdecydowali się zostać.

Słońce pali mnie w kark. Tuż przed wyjazdem rozglądam się jeszcze dookoła, chcąc zapamiętać jak najwięcej szczegółów. W głowie mam jednak co innego.

Wciąż urzekającą ciszę.

I dach drewnianej cerkwi idealnie kontrastujący z letnim, bezchmurnym niebem.

Źródło: Zero.pl
Aleksandra Cieślik
Aleksandra CieślikReporterka i wydawczyni
Reklama
Reklama