Reklama
Reklama
Reklama

„Ja to mogę nie wychodzić ze stroju”. Strażniczka tradycji Żywiecczyzny

TYLKO NA

– Ja to mogę nie wychodzić ze stroju. Dla mnie większym problemem jest założyć coś innego – mówi wesoło Irena Pietras. Siwe włosy spięte w kok poprawia prawą dłonią. Na palcach mienią się złote pierścionki. Szyję zaś zdobią korale z najprawdziwszego koralowca. Dobrze kontrastują z białą, haftowaną bluzką i zieloną spódnicą w drobne kwiaty.

Pani Irena Pietras mieszka w Beskidzie Żywieckim.
Pani Irena Pietras mieszka w Beskidzie Żywieckim. (fot. Julia Castro Cabrera)
  • Od ponad 30 lat Irena Pietras kolekcjonuje stare stroje ludowe z Beskidu Żywieckiego, dokumentuje przepisy i pieśni oraz prowadzi Koło Gospodyń Wiejskich „Czerwona Jarzębina” w Kamesznicy.
  • Przez 16 lat była sołtysem Kamesznicy. Wspomina, że gdy zaczynała, we wsi nie było ani jednej asfaltowej drogi gminnej.
  • Wierzy, że tradycja przetrwa tylko wtedy, gdy będzie żywa. Dlatego przekazuje młodszym nie tylko stroje i przepisy, lecz także historie ludzi, którzy tworzyli Żywiecczyznę.
  • Reportaż z wakacyjnego cyklu Zero.pl „Polska od środka”. Prezentujemy w nim historie osób pielęgnujących tradycję i pokazujących różnorodne oblicze naszego kraju. Kolejne publikacje w każdy wakacyjny piątek.

Na drewnianych wieszakach falują zielone, czerwone i granatowe spódnice. Obok nich haftowane kabotki, białe bluzki z koronkami, ciężkie korale i chusty zakończone długimi frędzlami. Niektóre wyglądają, jakby dopiero wyszły spod igły. Inne pamiętają jeszcze czasy prababek.

Jeden z elementów tradycyjnego stroju ludowego w Beskidzie Żywieckim. (fot. Julia Castro Cabrera)

– Ta jest bardzo stara. Po babci. Ma ponad sto lat – mówi Irena Pietras i delikatnie przesuwa dłonią po materiale chusty.

Reklama
Reklama

Mniej łóżek dla pacjentów, więcej gabinetów dla lekarzy. Ujawniamy zmiany w Szpitalu Południowym

Odkłada ją ostrożnie na miejsce. Zaraz sięga po kolejną.

Zwracam uwagę na jej czerwone, starannie pomalowane paznokcie. Dobrze kontrastują ze złotymi pierścionkami i kolczykami. Na szyi pięknie eksponują się korale z prawdziwego koralowca. Kobieta ma na sobie tradycyjny strój ludowy.

Pani Irena Pietras. (fot. Julia Castro Cabrera)

– A ten fartuch to początek XX wieku – wyrywa mnie z zamyślenia pani Irena. Mimo sędziwego wieku (najstarsza członkini Koła Gospodyń Wiejskich „Czerwona Jarzębina” w Kamesznicy, w Beskidzie Żywieckim) porusza się dość zwinnie i dynamicznie. Biją od niej życzliwość i ciepło. Uśmiecha się delikatnie, w oczach ma łagodność.

Kamesznica znajduje się w Beskidzie Żywieckim. (fot. Zero.pl)

Żółte placki ziemniaczane

Znajdujemy się w Izbie Tradycji Regionalnej oraz świetlicy Koła – w dolnej części kaplicy pw. Matki Bożej Królowej Świata w Kamesznicy Górnej. Na szczęście jest chłodniej niż na zewnątrz. Lipcowe słońce mocno daje się we znaki.

Kaplica pw. Matki Bożej Królowej Świata w Kamesznicy Górnej. (fot. Zero.pl)

Przez chwilę oglądam kolejne elementy stroju. Każdy różni się detalem – innym haftem, koronką, odcieniem zieleni albo czerwieni. Dla kogoś spoza Żywiecczyzny różnice są niemal niezauważalne.

Ja to mogę nie wychodzić ze stroju – uśmiecha się. – Dla mnie większym problemem jest założyć coś innego.

Reklama
Reklama

Widać, że każdy z tych kabotków, każda spódnica i para kierpców mają swoje miejsce. Podobnie jak historie ludzi, którzy je nosili. Od ponad trzydziestu lat Irena Pietras pilnuje, żeby nic z tego świata nie zniknęło. Nie chodzi tylko o ubrania. Dziedzictwo Żywiecczyzny to także pieśni, przepisy, zwyczaje i pamięć o przodkach.

Jeziora znikają z krajobrazu Wielkopolski. „Ludzie dzwonią i pytają, czy jeszcze istnieją”

Siadamy przy stole. Czekają na nim jeszcze gorące placki ziemniaczane z masłem. Regionalny przysmak przygotowany przez moją rozmówczynię. Dosłownie rozpływają się w ustach. Takiej wersji tego dania jeszcze nie jadłam. Nieplanowany obiad popijam chłodną wodą ze świeżą miętą.

Placki ziemniaczane z masłem zrobione przez panią Irenę. (fot. Julia Castro Cabrera)

Irena Pietras sięga w tym czasie po albumy ze zdjęciami.

Na stole pojawiają się kolejne fotografie. Na jednej kobiety stoją w odświętnych góralskich strojach podczas dożynek, na następnej gotują regionalne potrawy. Na kolejnej śpiewają. Są też zdjęcia z Warszawy, konkursów, przeglądów folklorystycznych.

– Śpiewamy, gotujemy i z tego się utrzymujemy – śmieje się pani Irena.

Za moment dodaje już całkiem poważnie: – Ale to wszystko trzeba było stworzyć. Nic samo się nie zrobiło.

Reklama
Reklama

Dzisiaj kieruje Kołem Gospodyń Wiejskich „Czerwona Jarzębina” w Kamesznicy, które znane jest daleko poza Beskidem Żywieckim. Jednak gdy po latach ze Śląska wróciła do rodzinnej Kamesznicy, niewiele wskazywało na to, że za kilka lat będzie przewodniczącą koła, a potem przez 16 lat także sołtysem.

Niełatwa ziemia

O dzieciństwie opowiada spokojnie. Nie zaczyna od zabaw. Najpierw mówi o pracy.

Kiedyś ludzie mieli bardzo ciężko. Dzisiaj wszystko zarosło lasem, a wtedy każdy kawałek ziemi był uprawiany. Karczowali lasy, żeby zdobyć trochę pola.

Ziemia tutaj nigdy nie była łatwa. Niewielkie poletka trzeba było obrabiać ręcznie. Kto miał konia, mógł zaorać. Kto go nie miał, brał do ręki motykę.

– Ci ludzie naprawdę się napracowali – wspomina i milknie. – Ale mimo to byli życzliwi.

Nie idealizuje przeszłości. Od razu dodaje, że wtedy też zdarzały się rodzinne konflikty i sąsiedzkie spory.

– Nie chcę mówić, że kiedyś wszyscy byli święci. Bo nie byli.

To zdanie dobrze oddaje sposób, w jaki opowiada o swojej rodzinnej miejscowości: bez sentymentalizmu, za to z ogromnym szacunkiem.

Babcia z różańcem w dłoni

Z tamtych lat pani Irena najbardziej zapamiętała babcię. Niemal zawsze miała w dłoni różaniec.

Reklama
Reklama

Wiara była czymś naturalnym, tak samo jak ciężka praca. Po szkole dzieci pomagały rodzicom – przy sianie, w polu, przy krowach. – Myśmy nie mieli za bardzo czasu na zabawę.

Do szkoły chodziła pieszo dwa kilometry w jedną stronę. Zimą śnieg potrafił sięgać znacznie wyżej niż dziś. Samochodów prawie nie było.

Kozy mijane po drodze do pani Ireny. (fot. Julia Castro Cabrera)

Śpiew był częścią codzienności, tak samo jak robótki ręczne. Mama szydełkowała koronki, robiła swetry, rękawiczki, skarpety, które tutaj nazywa się kopytkami.

– Ja patrzyłam i sama się nauczyłam.

Później z bibuły pani Irena zaczęła tworzyć kwiaty. Tak samo: podpatrując.

Tęsknota za domem

Kiedy miała dwadzieścia kilka lat, wyjechała na Górny Śląsk, gdyż jej mąż był górnikiem. Tam urodziła czworo dzieci.

Pracy było dużo. Życie płynęło szybko. Pani Irena myślami jednak ciągle wracała w rodzinne strony.

Wiedziałam, że kiedyś chcę tutaj wrócić. Nie dlatego, że na Śląsku było źle. Po prostu czułam, że moje miejsce jest tutaj.

Krajobraz Żywiecczyzny. (fot. Julia Castro Cabrera)

Namówiła męża. Ten nie protestował. – Powiedział, że na Śląsku nie ma sensu budować domu. Lepiej tutaj.

Kiedy wrócili do Kamesznicy, dom już na nich czekał. Przyjechali z dwiema młodszymi córkami. Irena Pietras nie przypuszczała jeszcze, że zaledwie rok później sąsiadka zaproponuje jej objęcie Koła Gospodyń Wiejskich, a zaraz potem mieszkańcy wybiorą ją na sołtysa.

Reklama
Reklama

– To już w ogóle spadło na mnie.

Kobieta nie mówi tego z udawaną skromnością, ale z niedowierzaniem, że wydarzenia potoczyły się właśnie w ten sposób.

Prażuchy, kwaśnica, papinka

Oglądamy kolejne fotografie. Jedna z dożynek, druga z przeglądu potraw regionalnych, na następnej kobiety stoją przed sceną w odświętnych strojach. Przy niemal każdym zdjęciu pani Irena zatrzymuje się na chwilę.

– O, tutaj jeszcze nie miałyśmy nowych kabotków.

Przewraca stronę. – A tutaj już są.

– A to nasze pierwsze wydawnictwo – wyciąga cienką książeczkę.

Okładka jest już lekko przetarta od częstego otwierania. „Potrawy regionalne”. 1997 r.

– Wcześniej wiele z tych przepisów przekazywano ustnie. Nie było dokumentacji. Babcia pokazywała córce, córka wnuczce, jedna coś dopowiedziała, druga odjęła.

Pani Irena nie mówi o ratowaniu tradycji. Znacznie częściej powtarza: „żeby to nie przepadło”. Zdanie wypowiada przy przepisach, śpiewniku, strojach, zdjęciach.

Pierwsze sukcesy w KGW przyszły szybciej, niż się spodziewała. – Na dożynkach zawsze byłyśmy zauważane. Nie chodziło tylko o nagrody. Najpierw trzeba było sprawić, żeby koło zaczęło żyć.

Siedziba KGW „Czerwona Jarzębina”. (fot. Julia Castro Cabrera)

Irena Pietras nie czekała, aż ktoś podpowie, co robić.

Reklama
Reklama

Miała własne pomysły.

– Nowe stroje, publikacje, wyjazdy, występy, konkursy, przeglądy regionalnych potraw, bo mamy się czym pochwalić.

Na jednym ze zdjęć kobiety stoją nad wielkim garnkiem. Pytam o potrawy.

Uśmiecha się i zaczyna wymieniać.

Prażuchy, kwaśnica, pieczone placki ziemniaczane z masłem, papinka – danie dla dzieci. Masło, trochę mąki, cukier. Później zalewało się to ziołowym naparem. Lubiły, bo było słodkie. Wie pani, kiedyś człowiek gotował z tego, co miał.

To zdanie pada mimochodem. Pani Irena kilka razy wraca wręcz do tego, jak ciężkie było kiedyś życie.

– Ja zawsze powtarzam, że jak ktoś teraz mówi, że jest źle, to chyba nie wie, co mówi. Tak
dobrze, jak jest teraz, nie było od pamiętnych czasów. A mam już trochę lat. To trzeba szczególnie podkreślać, ażeby ludzie nie narzekali, tylko umieli cieszyć się z tego, co
posiadają.

Zamyśla się na moment.

– Kiedyś chodziło się pieszo do Wisły z masłem, z gęsiami, borówkami. Mój tata jako dziecko nosił do Czech do Jabłonkowa drożdże. Dwie godziny w jedną stronę.

Po chwili wzrusza ramionami. – Takie były czasy.

Nie ma w tym ani odrobiny narzekania.

Kolory mają znaczenie

Pani Irena zamyka jeden album ze zdjęciami i niemal od razu sięga po następny. Tym razem nie ma w nim fotografii. Są nuty i pożółkłe kartki z zapisanymi tekstami.

Reklama
Reklama

– Żeby nie było, że tylko gotujemy – śmieje się. – Śpiewać też śpiewamy.

Nagle cichnie.

– Dawniej na każdą okazję była piosenka. Na wesele, pracę, pożegnanie, święta.

Przyznaje, że dziś coraz trudniej znaleźć osoby pamiętające wszystkie zwrotki. Dlatego powstał śpiewnik.

Cały czas nie mogę się napatrzeć na strój pani Ireny i to, jak dobrze się ona w nim czuje. Stroje na Żywiecczyźnie są zresztą obecnie bardzo różnorodne.

Na jednym ze zdjęć, które pokazywała mi rozmówczyni, kobiety stoją w zielonych spódnicach, na innym – w czerwonych. Pytam, skąd ta różnica.

– Młodsze noszą czerwone, starsze – zielone. Tutaj każdy szczegół ma znaczenie. Kształt haftu, kolor fartucha, rodzaj koronki, korale. O, a tutaj stroje robocze pasterskie w odcieniach błękitu – pokazuje.

W drodze do siedziby KGW. (fot. Julia Castro Cabrera)

Każdy element ma swoje pochodzenie.

– Kiedyś kobiety haftowały ręcznie. Nie było dwóch takich samych wzorów. Każda dodawała coś od siebie – Irena Pietras przesuwa dłonią po białej bluzce.

Teraz też szyjemy stroje, ale najpierw długo rozmawialiśmy z etnografami. Chcieliśmy wiedzieć, jak powinny wyglądać, żeby niczego nie przekręcić.

„My”, „nam”

Koło Gospodyń Wiejskich z jednej strony, z drugiej zaś zarządzanie wsią. 16 lat w życiorysie zostawia ślad.

Reklama
Reklama

– Jak zaczynałam w 1995 r., w Kamesznicy nie było ani jednej asfaltowej ulicy. Pamiętam za to dużo błota i kamienistych dróg. Było też ok. 60 koni. Trzeba było te drogi porobić, bo sama nie jeżdżę na rowerze. Wsiadam do samochodu i muszę dojechać – śmieje się.

Za chwilę znów poważnieje. – Ale sama nic bym nie zrobiła. Musiała być współpraca. Wójt, radni, sołtys. Wtedy naprawdę można było wiele zrobić.

Pani Irena jest dość skromna. Nie przypisuje sobie zasług. O sukcesach mówi zawsze w liczbie mnogiej.

„My”, „naszemu kołu”, „nam”.

W wielu gospodarstwach są zwierzęta. (fot. Julia Castro Cabrera)

Pytam, czy młodzi jeszcze interesują się kulturą tradycyjną. Kobieta patrzy na fotografie stojące na półce.

– Wracają, ale mówię to z ostrożnym optymizmem.

Podobnie jest z weselami, regionalnymi potrawami, pasterstwem.

– Jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się, że wiele z tych rzeczy odejdzie razem z najstarszym pokoleniem. Dzisiaj znowu pojawiają się młodzi ludzie, którzy chcą uczyć się dawnych zwyczajów. To cieszy.

Na chwilę pani Irena sięga pamięcią do własnego ślubu.

Odbył się zimą. Do kościoła pojechała końmi. – Wszyscy już chcieli samochodami, a ja chciałam saniami. Tylko końmi. Musiała być jeszcze wełnionka, żeby było ciepło – śmieje się.

Reklama
Reklama

Strażniczka

Spoglądam jeszcze raz na stroje z Żywiecczyzny. Na wieszakach i półkach wszystko ma swoje miejsce – kabotki, fartuchy, spódnice, chusty, bluzki, sedocki, kozuski, kierpce, kopytka, strzewiki...

I chyba właśnie dlatego, kiedy wychodzę z salki pełnej starych fotografii, żywieckich strojów, mam wrażenie, że najcenniejszym eksponatem nie są wcale ponadstuletnie chusty.

Jest nim pamięć.

Pani Irena to jej strażniczka. Bez wielkich słów – ona po prostu żyje tradycją i przekazuje ją dalej najlepiej, jak potrafi. A przy tym robi najlepsze placki ziemniaczane z masłem. Naprawdę.

Źródło: Zero.pl
Aleksandra Cieślik
Aleksandra CieślikReporterka i wydawczyni
Reklama
Reklama