Reklama
Reklama
Reklama

Cieszyńskie ciasteczka, hoczki i kofola. Tak dorastało się na pograniczu

TYLKO NA

Babcia Emilia nie wiedziała, że wychowuje etnolożkę. Chciała po prostu zabrać wnuczkę po mleko, nauczyć ją piec cieszyńskie ciasteczka i pokazać kwiaty w ogrodzie. Reszta wydarzyła się sama.

Agnieszka Pawlitko pochodzi ze Śląska Cieszyńskiego.
Agnieszka Pawlitko pochodzi ze Śląska Cieszyńskiego. (fot. archiwum prywatne)
  • Na Śląsku Cieszyńskim granica podzieliła region między dwa państwa, ale nie podzieliła rodzin. Dlatego Agnieszka mówi, że na Zaolzie nie wyjeżdża – tam po prostu wraca.
  • Pieniądze od babci, które miała przeznaczyć na organizację wesela, wydała na uszycie pierwszego stroju cieszyńskiego.
  • Dzieci nie uczą się u niej z podręczników. Najpierw robią papierowe cieszynianki i brokatowe hoczki, a dopiero potem poznają historię regionu.
  • Reportaż z wakacyjnego cyklu Zero.pl „Polska od środka”. Prezentujemy w nim historie osób pielęgnujących tradycję i pokazujących różnorodne oblicze naszego kraju. Kolejne publikacje w każdy wakacyjny piątek.

Jo je stela, czyli jestem stąd. Tak się mówi na Śląsku Cieszyńskim – wyjaśnia Agnieszka Pawlitko.

Gwara nie jest jednak jednolita. Inaczej mówi się w Cieszynie, inaczej w Istebnej, jeszcze inaczej po drugiej stronie Olzy. Babcia Emilia mówiła nią piękniej niż ktokolwiek, kogo dziś Agnieszka zna.

No właśnie. Babcia Emilia. Cofnijmy się do dzieciństwa Agnieszki.

Reklama
Reklama

Kobieta bierze wnuczkę za rękę.

Idą po mleko, potem po ziemniaki, a jeszcze później po ogórki do zupy. W domu czekają już garnki, bo obiad będzie dla dwóch rodzin. Emilia śpiewa „Ojcowski dom” – to jedna z dawnych pieśni, których mała Agnieszka jeszcze nie rozumie, ale zapamiętuje ich melodię. Babcia zatrzymuje się przy kwiatach. Zna każdą roślinę. Wnuczka patrzy, jak starsza kobieta dotyka liści. Nie wie jeszcze, że za kilkadziesiąt lat sama będzie kolekcjonować kwiaty, haftować cieszyńskie żywotki, ratować stare stroje i uczyć dzieci, czym jest Śląsk Cieszyński.

– Wszystko z nią robiłam – mówi dziś Agnieszka Pawlitko. – Tak po prostu byłyśmy razem.

Dzisiaj jest etnolożką i prowadzi Centrum Folkloru Śląska Cieszyńskiego w Domu Narodowym w Cieszynie.

Agnieszka Pawlitko. (fot. archiwum prywatne)

Cieszyńskie ciasteczka

Kiedy opowiada o dzieciństwie, właściwie nie mówi o zabawkach. Pamięta pieśni, zapach drożdżowego ciasta i cieszyńskie ciasteczka. Każde inne, maleńkie, pieczone według rodzinnych przepisów przekazywanych z pokolenia na pokolenie.

Jest ich około stu pięćdziesięciu rodzajów. Każda gospodyni ma swój.

Na Śląsku Cieszyńskim liczy się czas wspólnie spędzony przy stole – wałkowanie ciasta, wykrawanie kształtów foremkami, rozmowy, żarty, zapachy wypieków.

Reklama
Reklama

– To nie jest tylko jedzenie.

Sama Agnieszka do dziś piecze cieszyńskie ciasteczka. Kiedyś, ze skręconą nogą, postanawia sprawdzić, ile rodzajów zdoła zrobić.

– Skończyło się na trzydziestu czterech – śmieje się. – Jak skończyłam pieczenie jednych, to robiłam następne. I następne.

Cieszyńskie ciasteczka. (fot. archiwum prywatne)

Dziś startuje w konkursach na najlepsze cieszyńskie ciasteczka. W jednym z nich zajmuje drugie miejsce.

Część przepisów pochodzi od babci Emilii, która zmarła kilka lat temu. Dożyła 96 lat.

Brakuje mi jej – mówi cicho Agnieszka.

„Jadę na Zaolzie”

Śląsk Cieszyński to region, który od ponad stu lat dzieli granica. Po jednej stronie Olzy jest Polska, po drugiej Czechy, a wielu mieszkańców wciąż ma rodzinę po obu stronach rzeki. Dlatego tutaj częściej mówi się: „jadę na Zaolzie” niż „jadę do Czech”.

Jak było w rodzinie Agnieszki? Rodzeństwo dziadka w 1920 r., po zmianie granic, zostaje po drugiej stronie Olzy.

Nagle od nich oczekiwano, że będą Czechami. A oni byli Polakami i nimi zostali.

Zaolzie nie jest dla Agnieszki zagranicą. To bardziej przedłużenie domu. Od dziecka spędza tam wakacje u cioci. Chodzi z kuzynami po lesie. Jeździ na rodzinne uroczystości. W Jabłonkowie zna niemal każdą ścieżkę.

Reklama
Reklama

– Mama brała urlop i wyjeżdżałyśmy tam na dwa tygodnie.

Agnieszka pamięta drogę do sklepu i smak produktów, których po polskiej stronie nie można było wtedy kupić: korbaczyki, twarożki ołomunieckie, chleb czeski z kminkiem, kofola.

– Ciocia zawsze przywoziła mi kilogram korbaczyków. Nie czekoladę, a właśnie korbaczyki.

Największą atrakcją okazują się jednak owoce – banany, mandarynki, pomarańcze.

Po jednym z rodzinnych wesel, jeszcze gdy na granicy są kontrole, Agnieszka wraca do domu z pełną siatką cytrusów. – Wujek mi ją spakował. U nas przecież tego nie było.

Dzisiaj takie wspomnienie brzmi niemal niewiarygodnie.

Nie od razu…

Gorolskie Święto – największe święto Polaków mieszkających po czeskiej stronie Olzy.

Reklama
Reklama

Agnieszka jeździ na nie od dziecka. Dziś wraca jako etnolożka, prowadzi warsztaty z dziećmi, spotyka ludzi, których zna od lat.

– Bardzo dobrze mi się tam pracuje. Nie umiem tego wyjaśnić. Po prostu jestem u siebie.

Agnieszka nie od razu wiedziała, że zostanie etnolożką. Najpierw wybiera malarstwo, dopiero później równolegle studiuje etnologię na Uniwersytecie Śląskim.

Wraca myślami do domu dziadków w Dębowcu. Dziadek był szewcem. W niewielkim warsztacie stoją buty i drewniane kopyta. Gdzieś obok wiszą stare cieszyńskie suknie babci Emilii. Nikt ich już nie nosi. Materiał niszczeje.

Agnieszka Pawlitko przy pracy nad haftem. (fot. archiwum prywatne)

Kiedyś było wstyd chodzić w stroju cieszyńskim. Kobiety chowały go do szafy. Dopiero później uświadomiłam sobie, że suknie mojej babci właściwie przepadły. I zrobiło mi się strasznie żal.

Wtedy postanawia, że będzie ratować to, co jeszcze zostało. Nie tylko stroje, lecz także historie kobiet, które je nosiły.

Babcia jeszcze za życia daje jej pieniądze odłożone na organizację wesela wnuczki.

– Powiedziała, że chyba już go nie doczeka.

Agnieszka kupuje za nie aksamit, nici i materiały. – Uszyłam swój pierwszy cieszyński strój – suknię. To w niej broniłam pracy magisterskiej z etnologii.

Reklama
Reklama

Do dziś ma ją w szafie.

Agnieszka postanawia nauczyć się haftować żywotki. Godzinami siedzi nad aksamitem. Każdy ścieg musi być taki sam. – Tych hafciarek jest już naprawdę niewiele.

Dzisiaj sama projektuje wzory. Jeden z żywotków inspirowany jest cieszynianką – niewielkim kwiatem kwitnącym w Beskidach.

 

Dzieci i brokat

Dzieci najpierw patrzą nieufnie.

Na stole leżą kolorowe paski papieru, brokat, klej i nożyczki. Nie wygląda to na początek lekcji o kulturze ludowej. I o to właśnie chodzi.

Nie chciałam ich zanudzić – śmieje się Agnieszka. – Bo przyjdzie jakaś pani i będzie opowiadała, kto po kim odziedziczył strój. Dzieci mają ciekawsze rzeczy do roboty.

W Domu Narodowym prowadzi Centrum Folkloru Śląska Cieszyńskiego. W ciągu roku organizuje dziesiątki warsztatów. Zdarza się, że jest ich osiemdziesiąt.

Jednego dnia dzieci zwijają cienkie paski papieru i tworzą brokatowe hoczki. Przy okazji dowiadują się, jak powstaje filigran cieszyński – misterna biżuteria wykonywana od pokoleń tylko tutaj.

Innym razem wycinają papierowe cieszynianki. – Kiedy dzieci coś robią, dużo więcej zapamiętują. Nie zauważają nawet, że właśnie nauczyły się nazw elementów stroju, że usłyszały kilka słów po cieszyńsku, że poznały pieśń śpiewaną przez ich prababcie.

Na jej biurku co jakiś czas pojawiają się paczki.

Reklama
Reklama

– Ktoś zostawia czepiec, ktoś inny stary żywotek albo pojedynczy hoczek znaleziony na strychu. Ludzie już wiedzą, że zbieram takie rzeczy. Wiem, że nie wszystko uda się uratować. Zawsze mówię: nieważne, czy przekaże się to do muzeum, do kolekcjonera czy do mnie. Ważne, żeby tego nie wyrzucić.

Kiedy zniknie ostatni przedmiot, bardzo szybko znika także historia człowieka, który go nosił.

Za rękę

Na końcu rozmowy pytam Agnieszkę o coś, nad czym sama musiałabym długo się zastanawiać. Wyobrażam sobie, że ma tyle lat, ile miała babcia Emilia. Dziewięćdziesiąt kilka.

Obok niej siedzi prawnuk.

– Prababciu, opowiedz mi jedną historię ze swojego życia. Taką, po której zrozumiem, skąd jesteśmy.

Agnieszka długo milczy.

Zabrałabym go na Gorolskie Święto. Co roku jest inne, ale zawsze warto tam być. Nie ma tam komercji, nie ma plastiku. Jest swojsko, naturalnie.

Patrzę na moją rozmówczynię i myślę, że babcia Emilia właściwie już dawno odpowiedziała za nią na to pytanie.

Wystarczyło wziąć wnuczkę za rękę.

Źródło: Zero.pl
Aleksandra Cieślik
Aleksandra CieślikReporterka i wydawczyni
Reklama
Reklama