Żydowską dziewczynkę ukrywaną przez Holendrów zna cały świat. – Moc Anne Frank polega na uniwersalnej narracji, która pozwala identyfikować się z tą historią – powiedział w rozmowie z Zero.pl holenderski historyk, prof. Robbert-Jan Adriaansen. Co świat wie o historii Polski? – Problem w tym, że przeszłość zawsze była częścią sporu politycznego – mówił Zero.pl historyk, dr Mikołaj Mirowski.

- Holandia prowadzi konsekwentną politykę historyczną, której przekaz skutecznie niesie się poza granice państwa.
- W Polsce nadal brakuje jednolitej narracji, która skutecznie podkreślałaby chlubne karty z jej historii.
- W rozmowie z holenderskim i polskim historykiem zastanawiamy się, w jaki sposób niderlandzkie podejście mogłoby zainspirować kreowanie spójnej opowieści o naszej przeszłości.
Każdy zagraniczny turysta w Amsterdamie musi zobaczyć obrazy niderlandzkich mistrzów, pola tulipanów i dom Anne Frank. Holendrzy nauczyli się przekuwać swoje najciemniejsze karty w instrumenty globalnego wpływu i nagłaśniać to, z czego są dumni. Ich podejście do historii to kolejny element układanki w precyzyjnie zaplanowanej oraz egzekwowanej inżynierii społecznej i tożsamości narodowej. W jaki sposób tworzona jest strategia holenderskiej narracji historycznej, która mimo zmian wydaje się jednolita i konsekwentna, szczególnie jeśli chodzi o przekaz kreowany poza granicami państwa?
Zdaniem profesora Robberta-Jana Adriaansena, historyka z Uniwersytetu Erazma w Rotterdamie, wynika to ze zdolności porozumienia się ponad podziałami politycznymi w sprawach najistotniejszych, poszanowania niezależności instytucji edukacyjnych oraz muzealnych od państwa oraz utrzymywania ciągłości administracyjnej, np. jeśli chodzi o korpus dyplomatyczny.
– Charakterystycznym elementem systemu holenderskiego jest tzw. model polderowy, oparty na konsensusie i współpracy – tłumaczy prof. Adriaansen.
Nazwa tej koncepcji wywodzi się od sposobu zarządzania polderami, czyli terenami zalewowymi, które wymagały konieczności współpracy pomiędzy nawet najbardziej zwaśnionymi frakcjami w celu osuszenia ziemi. Mieszkańcy Niderlandów nie jednoczyli się zatem tylko w obliczu wojny, czy innego nagłego zagrożenia. Żeby przetrwać, potrzebowali zawierać sojusze w życiu codziennym i podejmować decyzje poprzez dialog, łącząc interesy różnych grup w celu osiągnięcia wspólnego celu.
– Państwo działa raczej pośrednio, poprzez finansowanie i subsydiowanie instytucji, które zachowują dużą autonomię, np. w edukacji czy muzealnictwie. Dom Anny Frank jako instytucja działa niezależnie od państwa. Holenderski system polityczny opiera się na koalicjach wielu partii oraz wysokiej ciągłości administracyjnej. Po zmianie rządu ambasadorowie pozostają na swoich stanowiskach, nie są wymieniani – mówi ekspert.
Istotną funkcję w polityce historycznej pełni także niderlandzka monarchia. – Holandia jest monarchią konstytucyjną, a król pełni istotną funkcję symboliczną w obszarze tzw. dyplomacji pamięci (ang. „memory diplomacy” – red.), np. poprzez wystosowywanie oficjalnych przeprosin – dodaje.
W Holandii powstanie Muzeum Niewolnictwa. Nowa narracja o kolonialnej przeszłości
Holenderski pragmatyzm widać w jednolitych komunikatach dotyczących narracji historycznej, które wypuszczane są z kraju wiatraków w świat. Dobre i chlubne karty przeszłości są mocno eksponowane, jak dom Anne Frank, podczas gdy kwestie problematyczne, jak fakt, że Holandia czerpała korzyści z niewolnictwa w swoich koloniach, zostają przekute na własną, nową opowieść, tak jak w przypadku Muzeum Niewolnictwa, które ma powstać w Amsterdamie.
– Bezpośrednio po wojnie Holandia nadal posiadała kolonie, m.in. Indonezję, która podczas II wojny światowej była okupowana przez Japonię. Niderlandy przeprowadziły specjalne operacje militarne w latach 1947-1948, określane wówczas jako „akcje policyjne”, żeby odzyskać tam kontrolę. Pod presją międzynarodową, szczególnie ze strony Stanów Zjednoczonych, Holandia uznała w 1949 r. niepodległość Indonezji. W tym samym czasie wielu mieszkańców dawnych kolonii migrowało do Niderlandów – tłumaczy prof. Adriaansen.
W latach 60. nastąpił przełom w holenderskiej narracji historycznej. – Krytyczne programy telewizyjne, rozwój badań naukowych oraz aktywizm młodego pokolenia i studentów doprowadziły do zakwestionowania wcześniejszej narracji – zaznacza historyk.
Na początku lat 2000. pojawiła się ponowna refleksja nad tożsamością narodową i pytanie o to, jaką historię należy opowiadać. Wprowadzono m.in. narodowy kanon edukacyjny, który podlega ciągłym rewizjom. – Współcześnie coraz większy nacisk kładzie się na krytyczne spojrzenie na przeszłość kolonialną. Rząd Holandii wystosował oficjalne przeprosiny wobec byłych kolonii, takich jak Surinam czy Indonezja, zmienił się także język opisu wydarzeń historycznych: dawne „akcje policyjne” są dziś określane jako wojna o niepodległość Indonezji. Kolejną ważną inicjatywą będzie powstanie Muzeum Niewolnictwa – mówi prof. Adriaansen.
„Dokumentowanie historii niewolnictwa transatlantyckiego i niewolnictwa w koloniach holenderskich na Oceanie Indyjskim będzie naczelną zasadą muzeum. Oferta muzeum będzie skierowana do szerokiego grona odbiorców, ze szczególnym uwzględnieniem edukacji, sztuki, informacji i badań” – czytamy na stronie placówki, która ma dopiero powstać. Dzięki temu Holandia, mimo swojej kolonialnej przeszłości, buduje wizerunek lidera sprawiedliwości międzynarodowej. A Muzeum Niewolnictwa, gdy już będzie zbudowane, będzie zapewne przyciągać nowe tłumy zagranicznych turystów.
Holandia w czasie II wojny światowej. „Braterski naród germański” i Anne Frank
W swojej rasistowskiej doktrynie, Niemcy traktowali Holendrów jako „braterski naród germański”. Jak podkreślał Rafał Lemkin, polski prawnik i autor pojęcia zbrodni ludobójstwa, w swojej książce „Rządy państw Osi w okupowanej Europie”, dzieci urodzone ze związków holendersko-niemieckich nagradzane były wypłacaną nazistowską wersją 500 plus. Pomoc Żydom nie kończyła się karą śmierci dla Holendrów, ta najwyższa kara dotyczyła tylko Polaków, których Niemcy uważali za podludzi.
Prof. Adriaansen podkreśla, że Holandia po II wojnie światowej funkcjonowała w paradygmacie bohaterskiego oporu wobec Niemców: – Dominująca narracja była heroiczna. Snuta była więc opowieść o oporze wobec niemieckiej okupacji. Jednocześnie, skupiano się na odbudowie, przyszłości oraz raczej ograniczonym powrocie do trudnych tematów z przeszłości.
A było do czego wracać. Niderlandzka wydajność administracyjna z dokładnymi rejestrami ludności, ułatwiły Niemcom organizację deportacji ludności żydowskiej. Holenderskie koleje państwowe dopiero w 2005 r. oficjalnie przeprosiły za umożliwianie transportu Żydów do niemieckich obozów śmierci, nazywając te działania „czarną kartą w historii firmy”.
W latach 80-tych holenderski historyk Hans Blom wprowadził pojęcie „szarej przeszłości”. Blom argumentował, że większość ludzi nie dokonywała wówczas wielkich wyborów moralnych, lecz po prostu żyła dalej, próbując przetrwać. Ta gotowość do analizy własnej uległości stała się fundamentem nowoczesnej tożsamości mieszkańców kraju tulipanów.
Mimo to każdy zna historię Anne Frank i jej rodziny, którą pomagali przechować holenderscy przyjaciele. Do księgi pamiątkowej muzeum wpisał się nawet kanadyjsko-amerykański gwiazdor muzyki pop, Justin Bieber. Brytyjska organizacja Anne Frank Trust UK w 2015 r. zainicjowała akcję w mediach społecznościowych, w której ludzie z całego świata czytali fragmenty pamiętnika dziewczynki i oznaczali swoje nagrania hasztagiem #NotSilent (nie cicho – red.).
Rządowa interwencja na rynku cen paliw to zapowiedź ulgi dla kierowców.
– II wojna światowa w niderlandzkim przekazie historycznym stała się przykładem tego, do czego mogą doprowadzić najgorsze cechy ludzkiej natury – mówi holenderski naukowiec. – Przykładem instytucji kształtującej tę pamięć jest właśnie Dom Anne Frank. Jego siła polega na indywidualnej, uniwersalnej narracji, która pozwala identyfikować się z historią. Jest to przeciwieństwo abstrakcyjnego i ogólnego ujęcia Holokaustu – dodaje historyk z Rotterdamu.
Polski odpowiednik Anne Frank. Co można zmienić w polskiej polityce historycznej?
– Polska ma swój odpowiednik Anne Frank i może powinno się o tym mówić głośno. To Dawid Sierakowiak, który w wieku dziewiętnastu lat zmarł z głodu w łódzkim getcie, autor „Dziennika Dawida Sierakowiaka” – zauważa historyk, dr Mikołaj Mirowski.
Na pytanie, co jeszcze można zmienić lub poprawić w polskiej narracji historycznej, ekspert odpowieda: – Najpierw zacznijmy mówić o sobie dobrze, a potem niuansujmy, nie stawajmy się w pozycji chłopca do bicia.
– Główny problemem z polską narracją historyczną polega na tym, że przeszłość zawsze była częścią sporu politycznego. Panuje myślenie partyjne zamiast myślenia państwotwórczego. Elity polityczne są na tyle podzielone, że nie mogą dojść do porozumienia między sobą, żeby zgodzić się w tej kwestii – dodaje.
Naukowiec, odnosząc się do czasów przedwojennych, zauważa: – W II Rzeczpospolitej piłsudczycy nakreślili strategię państwowej polityki historycznej, honorując na przykład powstańców styczniowych 1863 roku czy wkład bojowców PPS podczas Rewolucji 1905 roku. Ta druga sprawa budziła ogromną polityczną niechęć narodowej demokracji, która podczas wydarzeń rewolucyjnych nie popierała wystąpień zbrojnych przeciwko caratowi licząc na uzyskanie ustępstw od zaborcy drogą porozumienia.
– Samo pojęcie „polska polityka historyczna” już budzi spory, bo są zwolennicy innego sformułowania: „kultura pamięci” – podkreśla dr Mirowski.
– Ponadto, warto zastanowić się, czy Polska jako państwo ma w ogóle ujednoliconą i strategiczną politykę historyczną. Warto w tym miejscu cofnąć się w czasie do początku lat 90-tych. Wówczas, ze względu na transformację, nastąpiło swoiste zachłyśnięcie się tymi tematami historycznymi, które w czasie PRL-u były zakazane, np. Katyniem. Nie było natomiast wtedy zbyt wielu historyków skupiających się na Niemcach, bo to sowieckie zbrodnie były w tamtym okresie częściej omawiane – dodaje.
Od Wałęsy przez Kwaśniewskiego po Kaczyńskiego. Polski spór o politykę historyczną
Ekspert wskazuje także na debatę historyczną w latach 90. – W kampanii prezydenckiej Aleksandra Kwaśniewskiego w 1995 r. pojawiło się hasło „wybierzmy przyszłość”. Postkomuniści woleli nie skupiać się na historii, bo nie mieli za bardzo się czym w tym kontekście chwalić. Obóz postsolidarnościowy, co prawda podzielony wewnętrznie, mówił jednym głosem, jeśli chodzi o tematy z przeszłości i chętnie wracał do historii. Jego członkowie uważali, że skoro „obalili” komunizm to mają mocniejszą legitymację moralną by sprawować władzę – zauważa dr Mirowski.
Żeby zilustrować te dwa odmienne podejścia do opowieści o historii, naukowiec porównuje spoty wyborcze Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego: – Widać na nich ten kontrast. U Wałęsy widzimy odniesienia do przeszłości, motyw stoczniowców i innych strajkujących robotników, wojsko pacyfikujące kopalnie „Wujek” podczas stanu wojennego, natomiast u Kwaśniewskiego młodych ludzi tańczących w rytm muzyki disco polo.
Zdaniem eksperta, momentem przełomowym w polskiej polityki historycznej były lata 2004 i 2005. – Wydarzenia takie jak otwarcie Muzeum Powstania Warszawskiego i wybór Lecha Kaczyńskiego na prezydenta RP sprawiły, że zaczęto dostrzegać potrzebę wspólnej rozmowy o przeszłości Polski. W 2000 r. swoją działalność rozpoczął Instytut Pamięci Narodowej. W tym samym roku toczyła się już także intensywna dyskusja wywołana głośną książką „Sąsiedzi” Jana Tomasza Grossa – relacjonuje.
– I pojawiło się pytanie: to o czym my chcemy światu opowiadać? O szmalcownikach czy Sprawiedliwych? (wśród Narodów Świata – red.) – zauważa.
Narracja historyczna Polski pozostała tokenizowana w politycznej walce i zamiast jednej, wspólnej opowieści o przeszłości, tworzone były dwie różne. W kolejnych latach powstały Muzeum Historii Żydów Polskich Polin w Warszawie oraz Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej.
– Polska wiele wycierpiała przez totalitaryzmy i trzeba to pokazywać, ale bardziej powinna być eksponowana duma, momenty zwycięskie i nie można się samobiczować. Dobrze, że powstał Instytut Pileckiego, bo on wypełnia poważną lukę w badaniach nad losem społeczeństwa polskiego podczas II wojny światowej, w szczególności tego jak wyglądała codzienność brutalnej okupacji niemieckiej – mówi dr Mirowski.
– Poza tym zostaje także soft power, czyli popkultura, należy w kinie odejmować ważne tematy, ale nie twierdzę, że trzeba na siłę tworzyć jakieś superprodukcje. Przede wszystkim, musimy jako wspólnota rozstrzygnąć pierwszą sprawę, jeśli chodzi o dobrą strategię narracji historycznej – co ma być motywem przewodnim naszej opowieści: duma czy skrucha? – podsumowuje historyk.
