W niedzielę zakończyły się wybory parlamentarne do państwowej Dumy w Rosji. Oczywiście sformułowanie „wybory” odnośnie do głosowania w Rosji jest na wyrost, ponieważ nie dopuszczono realnej opozycji do startu. Nawet ostatni szaniec opozycji (i to też koncesjonowanej), czyli partię Jabłoko zablokowano, uniemożliwiając jej start w wyborach. Jedna Rosja – partia Putina – zdobyła prawie 58 proc. głosów, co przełoży się na ponad 350 mandatów w 450-osobowej Dumie.
Rosja to stan umysłu
Nikt nie traktował poważnie wyborów w Rosji, i to z Putinem na czele, który zagłosował online w taki sposób, że odebrano to jako kpinę, która zresztą szybko stała się „pożywką” dla setek memów sugerujących, że Putin nie potrafi korzystać z komputera. Dla Zachodu data wyborów w Rosji jest ważna, bo wyznacza ona moment, od którego Kreml ma ogłosić mobilizację wojenną. Z uwagi na nastroje społeczne w Rosji, krok ten odwleczono do wyborów.
Niedawno agencja Bloomberg potwierdziła, że Kreml wciąż jest zdeterminowany, by po plebiscycie wyborczym przeprowadzić mobilizację rezerwistów. Przypomnę, że to w tej sprawie Moskwę odwiedził szef CIA – John Ratcliffe. Będzie to oznaczało eskalację w już toczonej wojnie przeciw Ukrainie i prawdopodobną eskalację w wojnie hybrydowej Rosji przeciw NATO. W związku z narastającymi zagrożeniami zareagował na to szef Komitetu Wojskowego NATO.
– NATO jest gotowe zareagować na ewentualną eskalację działań Rosji na wschodniej flance Europy – zapewnił w weekend admirał Giuseppe Cavo Dragone.
Czytaj także: „Zaczęli przygotowywać się do mobilizacji”. Co planuje Putin?
Dlaczego mobilizacja jest tak ryzykowna?
Mobilizacja rezerwistów polega na przymusowym wcieleniu do wojska, a następnie wysłaniu na wojnę w Ukrainie lub w innym kierunku, mężczyzn, którzy odbyli wcześniej zasadniczą służbę wojskową. Potocznie nazywa się ich „mobikami”. To właśnie ryzyko mobilizacji w Rosji spowodowało ekstraordynaryjną wizytę w Moskwie szefa CIA. W stosunkach między państwami ogłoszenie mobilizacji oznacza wojenną eskalację. Koszt powołania pod broń, umundurowania, przewiezienia, a nawet wykarmienia setek tysięcy żołnierzy jest tak wielki i obciążający budżet, że oznacza przejście gospodarki państwowej na tory wojenne.
Do tej pory media szacowały rosyjską „brankę” do wojska nawet na pół miliona „mobików”. Bloomberg uważa, że obejmie ona ok. 300 tys. ludzi i będzie robiona po cichu. Z różnych źródeł docierają do nas informacje, że rosyjskie urzędy i firmy są szykowane na procesy mobilizacyjne. Potwierdził to zresztą Instytut Studiów nad Wojną. Poprzednia częściowa mobilizacja odbyła się we wrześniu 2022 r. po kompromitujących Władimira Putina klęskach na ukraińskim froncie.
Wówczas doprowadziło to do ucieczki setek tysięcy Rosjan. Obecnie Rosja chce zabezpieczyć granicę i mobilizacja ma być robiona bez „wrześniowej” otoczki medialnej, kiedy rosyjskie social media (runet) zaroiły się od nagrań wiecujących przeciw władzy rezerwistów. Natomiast nie da się mobilizacji w żaden sposób ukryć przed Zachodem. Jeżeli do niej dojdzie, szybko się o tym dowiemy.
Inwazję zobaczymy wpierw na satelitach
Po pierwsze, w prognozowaniu przyszłej wojny podstawą jest wywiad satelitarny, który dał USA informacje o zbliżającej się inwazji na Ukrainę, jeszcze w 2021 r. Przerzucanie dużych zgrupowań wojska – czy to szykowanych do wojny, czy na ćwiczenia związane z mobilizacją, jest zbyt widoczne, by w XXI w. dało się to ukryć. Na poziomie taktycznym dają to drony, na poziomie strategicznym – zdjęcia satelitarne.
Po wtóre, Rosja jest krajem o dwóch obliczach. Z jednej strony jest tam ogromny stopień inwigilacji i kraj przeszedł z pozycji autorytarnych na totalitarne. Z drugiej jednak wystarczy, że zabraknie ludzi w zakładach pracy (a to oznacza mobilizacja), a runet wypełnią pilne ogłoszenia idące w tysiące o kłopotach z zatrudnieniem.
Rodziny żołnierzy zaczną wypytywać, gdzie są ich bliscy, sami żołnierze zaczną przemycać karty SIM i nagrywać materiały skarżąc się na swój los, a na poligonach zaczną się masowe zgony wynikające z kiepskiego stanu zdrowia mobilizowanych.
Do tego zmobilizowany rezerwista nie jest zawodowym żołnierzem i pokazuje to przypadek z Makiejewki na wschodzie Ukrainy. Tam skoszarowano „mobików”, a oni następnie włączyli telefony komórkowe, dając sygnał ukraińskiemu wywiadowi sygnałowemu oraz zaczęli masowo robić zakupy alkoholu, co spowodowało ostrzał HIMARS-ów.
Gospodarka na torach wojennych
To, że Rosja szykuje się do eskalacji jest jednak pewne po indykatorach w przemyśle zbrojeniowym. I tutaj przechodzę do kolejnej informacji z początku tygodnia. Albowiem „Politico” opisało sprawę rozbudowy zakładów w Tatarstanie należących do państwowego koncernu Rosatom. Zakład ma produkować dodatkowe 500 ton włókna węglowego klasy lotniczej do zastosowania wojskowego. Przypomnijmy, że włókno węglowe jest kluczowym elementem w budowie kadłubów w układzie delta dla dronów kamikaze.
Co to oznacza? Ma się to przełożyć na zwiększenie produkcji rosyjskich Shahedów, czyli rodziny bezzałogowców Geran o 28 tys. dronów rocznie. Daje to wzrost prawie o 80 proc. w rocznej produkcji. Docelowo Rosja chce do 2030 r. wyprodukować 130 tys. bezzałogowców Geran, a do 2035 r. zwiększyć tę liczbę do 350 tys. dronów-kamikaze.
Rosja intensywnie się dronizuje. Jeżeli dodamy do tego plany budowy w 2026 r. 7 mln dronów (głównie FPV), to mówimy o przerażającej skali. Drony co prawda mają zastosowanie dual-use, ale takiej masy i z taką specyfiką nie da się wykorzystać na rynku cywilnym. Definitywnie, Rosja szykuje się do masowych uderzeń lotniczych.
Czytaj także: Rosyjski śmigłowiec i bastion sabotażu na Bałtyku. Prowokacje z Obwodu Królewieckiego
Prowokacje na wschodniej flance NATO
W Polsce, w tym tygodniu, mieliśmy dwa prowokacyjne loty rosyjskiego lotnictwa. Najpierw wzdłuż polskiego wybrzeża leciał Ił-20, a następnego dnia, na wysokości Braniewa, naszą przestrzeń powietrzną naruszył śmigłowiec Mi-8. Ponadto doszło do zagadkowych zdarzeń takich jak np. podpalenie stacji łącznikowej Starlink na Mazowszu. Premier Donald Tusk przyznał również, że w związku z rosyjskimi nalotami blisko granicy ewakuowano funkcjonariuszy Straży Granicznej z placówek w Dorohusku i Zosinie.
Spójrzmy na te wydarzenia szerzej. Pod granicą z Estonią, Rosja wprowadziła godzinę policyjną. Wcześniej drony przecinały przestrzeń powietrzną Litwy, aż zareagowało lotnictwo NATO w ramach misji Baltic Air Policing. Natomiast w czwartek rosyjskie drony spadły na terytorium Rumunii oraz Mołdawii.
Co to wszystko oznacza? Pomimo klęsk w 2022 r. i związanych z nimi generałem Walerijem Gierasimowem (szefem sztabu generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej), Kreml wciąż używa tzw. doktryny Gierasimowa, która opiera się na dywersji zbrojnej oraz informacyjnej. Rosja eskaluje, co jest niezaprzeczalnym faktem. Nie można wykluczać także scenariusza konfrontacji z Sojuszem Północnoatlantyckim, przy czym zaangażowanie rosyjskich sił na Ukrainie, związało Putinowi ręce na duże operacje militarne. Rosja do 2022 r. prowadziła operacje pod fałszywą flagą, tzw. maskirowki, a obecną wojnę hybrydową przeciw NATO trzeba traktować jako kontynuację tamtej polityki.
Sabotażyści, „zielone ludziki”, cyberataki, prowokacje polityczne, naruszanie przestrzeni powietrznej i terytorium. Z uwagi na siłę ludnościową i terytorialną, Polska jest mniej narażona na eskalację doktryny Gierasimowa i uderzenie Rosji niż np. Estonia lub Łotwa, które mają ponad 20 proc. populacji złożonej z etnicznych Rosjan, są terytorialnie mniejsze i nie posiadają głębi strategicznej. W przypadku operacji pod fałszywą flagą (false flag) nie mówimy o otwartej rosyjskiej inwazji na te kraje, a o zaprogramowaniu i wspieraniu działań wywrotowych i separatystycznych w tych państwach. Nie oznacza to jednak, że Polsce nie grozi rosyjska eskalacja.


