
W naszych grzejnikach ma popłynąć „zielone” ciepło. Rząd startuje z modernizacją przestarzałej i cierpiącej na chroniczny brak funduszy sieci. Presja Brukseli na transformację energetyczną oznacza, że ciepłownie będą przechodzić z węgla głównie na gaz. Problem w tym, że gaz pokazał ostatnio swoją podatność na skoki cen. Transformacja może więc wystawić słony rachunek – ale nie ma od niej ucieczki.
- Jeszcze przed przyszłorocznymi wyborami w Polsce ma ruszyć wielki program modernizacji polskich ciepłowni, głównie w średnich i małych miastach.
- Rząd postrzega ciepłownictwo jako element bezpieczeństwa kraju i dlatego chce kompleksowej transformacji sektora.
- Drugi powód zmian to wymogi unijnego zielonego ładu. Nasze ciepłownie są zbyt emisyjne w świetle kryteriów UE, więc muszą odchodzić od węgla, a jedyną realną opcją na razie jest gaz.
- Wojna na Bliskim Wschodzie pokazała jednak, że gaz nie jest tanim „paliwem przejściowym”, na które liczyliśmy. Jak wyjdziemy cenowo na tej transformacji?
Od kilku dni z rządowych kręgów płynie nasilony przekaz o nadchodzącej rewolucji w polskim ciepłownictwie. Według „Rzeczpospolitej”, w przyszłym roku – jeszcze przed wyborami – ma ruszyć wielki program modernizacji i transformacji tego sektora. Zmiany będą polegać na zastępowaniu węgla głównie gazem – a także na naprawie i ulepszaniu sieci grzewczych.
Wielki powrót węgla. Starczy dla każdego, ale cena opału uderzy po kieszeni
„Celem transformacji jest zapewnienie stabilnych cen ciepła, bezpieczeństwa dostaw ciepła poprzez rozwój nisko– i zeroemisyjnych technologii” – przekazało Zero.pl Ministerstwo Finansów.
– Ciepłownictwo to znacznie więcej niż infrastruktura. To codzienne bezpieczeństwo milionów mieszkańców, komfort życia w naszych miastach i gminach oraz jeden z filarów transformacji energetycznej Polski – mówiła podczas VI Forum Energia-Efekt-Środowisko (23 września) Dorota Zawadzka-Stępniak, prezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOiŚGW).
Ciepłownictwo jak kolos na glinianych nogach
Kiedy mówi się o milionach Polaków korzystających z systemowego ciepła, nie ma w tym przesady.
– Ciepłownictwo w Polsce to technologia, której korzenie sięgają czasów gospodarki centralnie planowanej – mówi Zero.pl dr Jan Rączka, były prezes NFOŚiGW, obecnie niezależny analityk rynku energii. – Ciepłownie i elektrociepłownie budowano w małych i dużych miastach, głównie z myślą o ogrzewaniu dużych osiedli mieszkaniowych w latach 60-tych i 70-tych, częściowo także 80-tych. Biorąc pod uwagę, że w miastach mieszka dwie trzecie Polaków, z czego dwie trzecie korzysta z miejskich sieci grzewczych, możemy śmiało założyć, że ciepłownictwo systemowe zabezpiecza potrzeby ponad 40 proc. populacji kraju i ten udział rośnie. Do tego należy dodać liczne budynki użyteczności publicznej.
Polskie ciepłownictwo jest fenomenem: to prawie 400 przedsiębiorstw ciepłowniczych rozsianych po polskich miastach i ponad 23 tys. km sieci ciepłowniczych. To kolos, który w Europie ustępuje jedynie sektorowi ciepłowniczemu w Niemczech.
A jednocześnie to kolos na glinianych nogach. W Polsce ceny ogrzewania z sieci miejskich nie są ustalane wolnorynkowo. Firmy ciepłownicze muszą wysyłać swoje taryfy do Urzędu Regulacji Energetyki. Państwo z kolei działa tak, aby firmy te utrzymywały ceny na jak najniższym poziomie. Cel jest szczytny: sprawić, aby Kowalski płacił niskie rachunki za ciepło w swoim mieszkaniu. Skutek uboczny jest jednak opłakany. Skoro ciepłownie sprzedają ciepło niemal po kosztach (lub nawet poniżej kosztów), to nie mają pieniędzy na modernizację, co najwyżej na bieżące łatanie rur.
Wprawdzie w 2025 r. – według danych URE – sektor przezwyciężył negatywny trend i wypracował ponad 2,5 mld zł zysku brutto (jeszcze w 2023 r. strata operacyjna sięgała ok. 4 mld zł), ale jego docelowe potrzeby są ogromne. Polskie Towarzystwo Energetyki Cieplnej oszacowało, że krajowe ciepłownictwo będzie musiało zainwestować łącznie od 300 do nawet 500 mld zł, by spełnić wymogi unijnego zielonego ładu i osiągnąć pełną neutralność klimatyczną do 2050 r.
Potrzeby są więc kolosalne, ale, jak mówi Jan Rączka, „to nie jest tak, że całe ciepłownictwo »woła o pomoc«”.
– W miastach powyżej 100 tys. mieszkańców systemy ciepłownicze są modernizowane i działają dobrze. W wielu miejscach stare rury, pamiętające czasy socjalizmu, zostały zastąpione nowoczesnymi rurami preizolowanymi o bardzo dobrych parametrach i niskich stratach. Ale nie chodzi tylko o wymianę elementów sieci ciepłowniczej. Postęp dokonał się także pod względem źródeł energii – przykładem może być warszawska elektrociepłownia na Żeraniu, która przeszły na gaz i jest w trakcie budowy największego w Europie magazynu ciepła.
UE chce zazieleniać nasze grzejniki
Ale to mało. Rząd chce, by gaz stał się dominującym paliwem w sektorze ciepłowniczym. Spalanie węgla kosztuje, bo wiąże się z emitowaniem do atmosfery dużej ilości gazów cieplarnianych, co zmusza ciepłownie do kupowania unijnych pozwoleń do emisji (ETS). Oczywiście muszą one też kupować węgiel. W ostatnich miesiącach cena tego paliwa kopalnego rośnie, bo ograniczona podaż gazu ziemnego spowodowana blokadą cieśniny Ormuz sprawiła, że popyt na węgiel skoczył – głównie w Azji, ale też w Europie. Według najnowszych dostępnych danych Agencji Rozwoju Przemysłu, w lipcu 2026 r. węgiel dla ciepłownictwa był (tzw. indeks PSCMI2) droższy w porównaniu z czerwcem br. o 4,6, z ceną na poziomie 424,03 zł za tonę.
– Spalanie węgla nawet w starych kotłach ciepłowniczych charakteryzuje się przyzwoitą sprawnością energetyczną. Podczas gdy sprawność starej elektrowni wynosi ok. 35 proc., duże kotły w ciepłowniach osiągają pod tym względem wynik przekraczający 80 proc. Nie dlatego przechodzimy na gaz w ciepłownictwie. Powód jest inny: to strategia dekarbonizacji w UE, wpisana w politykę europejskiego Zielonego Ładu – a także naszą krajową politykę, której założenia są zawarte w KPEiK (Krajowym Planie w dziedzinie Energii i Klimatu – red.) i strategii dla ciepłownictwa do 2040 r. – mówi Rączka.
Według raportu URE „Energetyka cieplna w liczbach”, węgiel kamienny i brunatny w 2025 r. stanowiły 52,8 proc. energii chemicznej paliw ogółem zużywanych w źródłach ciepła (wobec aż 81,7 proc. w 2002 r.). „Produkcja ciepła z paliw węglowych jest sukcesywnie zastępowana produkcją z innych, mniej emisyjnych paliw” – podkreśla URE.
Ale przecież docelowo, zgodnie z unijną strategią „Fit for 55”, do 2050 r. ciepłownictwo ma być całkowicie neutralne klimatycznie. Cel pośredni, wytyczony w rządowej Strategii Transformacji Ciepłownictwa, zakłada, że do 2040 r. ponad połowa ciepła (52,2 proc.) w naszych kaloryferach ma pochodzić z odnawialnych źródeł (OZE), czyli np. z wielkich pomp ciepła, geotermii czy fotowoltaiki.
Łatwiej jednak napisać niż zrobić. – Redukcja emisji CO2 wymusza odejście ciepłowni od kotłów na węgiel – przypomina Jan Rączka. I dodaje: – Problem w tym, że nikt w całej Unii nie ma pomysłu, jak uczynić te zakłady zeroemisyjnymi. Nie pomogą tu ani pompy ciepła, ani OZE, ani wodór, ani SMR-y (małe reaktory jądrowe – red.). Nawiasem mówiąc wyobraźmy sobie protesty społeczne, gdyby ktoś chciał postawić taki SMR na Siekierkach.
– Geotermią też nic nie zwojujemy, bo gorące źródła występują u nas akurat nie tam, gdzie są miasta – zauważa ekspert. – Niektórzy widzieliby biomasę jako nowe źródło ciepła. Technologicznie jest to możliwe, ale tylko na papierze. Problem polega bowiem na tym, że w Polsce mamy deficyt biomasy, zwłaszcza tej najcenniejszej, leśnej – bo dużą jej część wykorzystuje nasz potężny przemysł meblarski oraz kotły na pellet ogrzewające coraz więcej domów jednorodzinnych. Między innymi z powodu tego deficytu ceny biomasy też mocno fluktuują, co widać chociażby po cenach pelletu podczas ostatniej zimy.
Co zatem robić, by ciepłownictwo było u nas zeroemisyjne, jak tego chce Unia? – Przy ostrych wymaganiach Komisji Europejskiej jedyną furtką jest tzw. wysokosprawna kogeneracja z wykorzystaniem gazu ziemnego, czyli wytwarzanie jednocześnie energii elektrycznej i ciepła – i w ten sposób zamierzamy modernizować nasze ciepłownie. Ponieważ w poszukiwaniu bezemisyjnych źródeł zasilania napotykamy na ścianę wszędzie, gdzie spojrzymy, pozostaje nam gaz – tłumaczy Jan Rączka.
Ceny gazu szaleją
Ale tu pojawia się kolejna ściana: cenowa. Jak mówi Jan Rączka:
– Niestety, nikt nie potrafi zagwarantować stabilności cen gazu. Od czasu wygaśnięcia kontraktu jamalskiego byliśmy świadkami już kilku kryzysów na tym rynku, a najnowszy, związany z wojną na Bliskim Wschodzie, dobitnie pokazał, że nie ma tu żadnej przewidywalności. Problemem jest i dostępność gazu, i jego ceny.
Blokada cieśniny Ormuz wpłynęła na dostępność „błękitnego paliwa” na światowych rynkach (przed wojną przez ten szlak morski przepływało ok. 20 proc. światowych dostaw LNG), a co za tym idzie, na jego ceny. Porównajmy dwie daty. 24 grudnia 2025 r. cena gazu ziemnego w Europie wynosiła niecałe 28 euro za MWh. 24 września 2026 r. było to prawie 75 euro/MWh. Ta ostatnia cena przekłada się na wzrost notowań o 127,7 proc. w ujęciu rok do roku.
Problemem jest też napełnienie magazynów gazu. W Polsce wprawdzie wynosi ono 99 proc. (według stanu na 20 września) wobec nieco ponad 70 proc. w całej UE. Jednak warto zauważyć, że wypełnienie to jedno, a pojemność magazynów gazu to drugie. Z analiz operatora Gas Storage Poland wynika, że w horyzoncie do 2030 r. w Polsce może wystąpić deficyt tej pojemności – bo popyt na gaz będzie rósł.
Choć Orlen zapewnia, że trwające od marca wstrzymanie dostaw LNG z Kataru nie wpłynie na bezpieczeństwo gazowe Polski, to obecna sytuacja pokazuje, jak wrażliwy obecnie jest rynek „błękitnego paliwa”.
– Mamy długoterminowe kontrakty z Katarem – i widzimy, co się stało (po atakach Iranu na infrastrukturę gazową w Katarze kraj ten ogłosił stan siły wyższej i wstrzymał dostawy gazu do Europy – red.). Mamy umowy na dostawy LNG (skroplony gaz ziemny – red.) z USA, ale to droga technologia, podobnie jak gaz sprowadzany z Norwegii przez Baltic Pipe. Nawet bez obecnej wojny źródła, z których pozyskujemy gaz, są zwyczajnie drogie – wylicza Jan Rączka.
Czytaj także: Polacy zaczynają palić owsem. „Zapach jak w piekarni, ale tańszy od pelletu”
Zapytaliśmy Ministerstwo Energii, jak odnosi się do obecnej sytuacji na globalnym i europejskim rynku gazu w kontekście planowanej transformacji ciepłownictwa. Czy nie okaże się ona zbyt droga? Resort Miłosza Motyki przekazał nam, że owszem – uwzględnia „zmienność sytuacji na międzynarodowych rynkach gazu oraz związane z nią ryzyko wahań cen tego surowca”.
„Transformacja ciepłownictwa nie zakłada jednak uniwersalnego modelu polegającego na zastępowaniu węgla gazem” – dodaje ME. „Zgodnie z projektem Strategii Transformacji Ciepłownictwa do 2040 r. podstawą modernizacji jest dobór technologii do lokalnych uwarunkowań technicznych, ekonomicznych i surowcowych oraz dywersyfikacja źródeł ciepła”.
ME podkreśla, że gaz może pełnić rolę jednego z elementów transformacji – przy czym założenie jest takie, że w Polsce rozwiną się technologie nisko- i zeroemisyjne: lokalne OZE, technologie wykorzystania ciepła odpadowego, magazyny ciepła oraz Power-to-Heat (przekształcanie energii elektrycznej w cieplną). Pytanie, czy technicznie nie okażą się one barierami nie do przejścia, o których mówi były prezes NFOŚiGW.
Dopytywane o rachunek, jaki wystawi przejście na gaz, ME przekonuje, że planując transformację elektrociepłowni nie można patrzeć tylko krótkoterminowo. „Ocena zasadności inwestycji w poszczególne technologie powinna uwzględniać cały okres funkcjonowania instalacji, w tym prognozowane ceny paliw i energii, koszty emisji oraz dostępność alternatywnych źródeł energii” – zaznacza resort, dodając, że właśnie takie długoterminowe uwarunkowania wpisano do KPEiK.
Niższe rachunki? Tak, ale musimy spełnić warunek
Jan Rączka odpowiada: problemem jest nie tylko cena gazu, ale też jego dostępność.
– Zagrożenie geopolityczne jest tak duże, że nawet gdybyśmy mieli zakontraktowaną dowolną ilość gazu, to w każdy kontrakt będzie wpisana klauzula na okoliczność siły wyższej – ocenia nasz rozmówca. – W przypadku jej wystąpienia ta klauzula zostanie uruchomiona. Nie jesteśmy w stanie tego kontrolować. Ale możemy postawić na jedną rzecz, która jest naszym największym kapitałem, bo własnego gazu nie mamy: na poprawę efektywności energetycznej. Jeśli budynki w Polsce będą jak najlepiej ocieplone, to wojna Rosji czy Ameryki z kimkolwiek nie będzie dla nas rujnująca pod względem finansowym.
Mówiąc wprost: efektywność energetyczna to nasza tarcza. Skoro w ciepłownictwie nie ma ucieczki od gazu, a jego ceny i podaż są poza naszą kontrolą, możemy jedynie mieć wpływ na to, jak dużo tego gazu marnujemy. Kiedy budynki nie marnują energii – dzięki dobrej izolacji ścian, szczelnym oknom itp. – kryzysy geopolityczne, wojny czy nagłe skoki cen surowców nie grożą katastrofą finansową dla gospodarstw domowych w Polsce. Jednocześnie musimy inwestować, by sektor grzewczy był nowoczesny i odporny.
„Docelowo systemy powinny wykorzystywać zróżnicowany miks źródeł i technologii, ograniczający zależność od pojedynczego paliwa i związanych z nim zmian cen” – wskazuje ME w odpowiedzi na nasze pytania, jaki powinien być efekt tych inwestycji.
– Co do zasady podoba mi się pomysł, by tworzyć wielką sieć autonomicznych obiektów, które mogą produkować i energię elektryczną, i ciepło – mówi Jan Rączka. – Ten kierunek zyskał racjonalność zwłaszcza w świetle tego, co dzieje się na Ukrainie (Rosja atakuje tamtejsze wielkie, scentralizowane elektrociepłownie – red.). Jeśli przy okazji zmodernizujemy instalacje ciepłownicze w wielu miejscowościach, to tym lepiej. Są miejsca, gdzie kotły instalowano w latach 60. czy 70. i one powinny być wymienione już dawno temu. Mamy na to pieniądze z Unii, jest Fundusz Modernizacyjny (unijny instrument finansowy wspierający transformację energetyczną w 13 państwach członkowskich, w tym w Polsce).
Kryzys gazowy w Europie jest faktem. Czy ominie Polskę?
– Ciepłownictwo to problem, z którym zmaga się każdy kolejny rząd – stwierdza Jan Rączka. – Ze względu na specyfikę sektora jego transformacja jest trudna, stąd w obszarze tym od lat panuje inercja. Ale trzeba się wreszcie za to zabrać. Na efekty trzeba będzie na pewno poczekać – jeśli proces ruszy w 2027 r., to cykl inwestycyjny potrwa ok. 10 lat, ale w przyszłości powinien przynieść większe bezpieczeństwo energetyczne, a jeśli zadbamy o termomodernizację, to być może także niższe rachunki.
Może zainteresuje cię także:

