Reklama
Reklama
Reklama

Katastrofa na polach w całym kraju. „W niektórych miejscach straty wynoszą 100 proc.”

Żniwa, które w wielu rejonach Polski powinny rozpocząć się w tym miesiącu, będą bardzo ubogie, a w wielu miejscach finalnie nie ruszą. Plony zbóż i owoców zdziesiątkowały rekordowe upały i susza. – Dotknęła całego obszaru naszej gminy. W przypadku niektórych upraw straty rolników wynoszą do 100 proc. – mówi w rozmowie z Zero.pl Tomasz Zając, wójt gminy Hrubieszów.

rolnicy_susza-desktop
Rolnik na wysuszonym polu. Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock / Shutterstock)
  • W sierpniu nie było w Polsce województwa, w którym nie odnotowano przynajmniej kilkunastu gmin dotkniętych suszą rolniczą. Oznacza ona brak wody na płytkim poziomie gleby, który powoduje zatrzymanie prawidłowego wzrostu roślin. W czterech województwach susza rolnicza wystąpiła w ponad 95 proc. gmin. 
  • Wody brakuje nie tylko na polach. W sierpniu wydano rekordową liczbę ostrzeżeń przed suszą. Obowiązywały one jednocześnie nawet w 100 regionach, czyli na ponad połowie terenu Polski.  
  • Susza doprowadziła też niektóre samorządy do konieczności racjonowania wody. – To zjawisko wystąpiło po raz pierwszy. W Stalowej Woli, gdy jej zabrakło, wstrzymywano pobór wody dla niektórych przedsiębiorstw – wyjaśnia w rozmowie z Zero.pl dr Sebastian Szklarek, hydrolog i adiunkt w Europejskim Regionalnym Centrum Ekohydrologii Polskiej Akademii Nauk. 

Czarnoziemy, najbardziej żyzne polskie gleby, występują tylko w trzech województwach, z czego aż 70 proc. z nich znajduje się w okolicy Hrubieszowa. Czyli w tym samym regionie, który został tak mocno dotknięty suszą i upałami, że wielu tamtejszym rolnikom może grozić bankructwo.

– Plony zbóż w tym roku są mniejsze o ok. 40 proc. w porównaniu do 2025 r., gdy były rekordowo niskie. Z powodu wysokich temperatur największe straty ponieśliśmy w uprawie fasoli. Z danych, które posiadam, wynika, że na 2711 ha upraw w naszej gminie rolnicy złożyli już oświadczenia o stratach na powierzchni prawie 2400 ha. Oznacza to, że na ok. 85–90 proc. łącznej powierzchni upraw fasoli w gminie straty sięgają od 80 do 100 proc. – mówi w rozmowie z Zero.pl wójt Hrubieszowa Tomasz Zając.

Problem dotyczy też innych regionów. Piekące słońce oraz utrzymująca się od miesięcy susza doprowadziły do tego, że w całym kraju nie ma gminy, w której rolnicy nie ponieśli strat w uprawach. Często mowa o utracie ponad połowy spodziewanych plonów z danego obszaru. 

Susza i temperatura wyniszczyły uprawy

Jak podaje Instytut Uprawy i Nawożenia Gleboznastwa w Puławach, we wszystkich gminach woj. kujawsko-pomorskiego oraz mazowieckiego odnotowano suszę w uprawach zbóż jarych, ozimych oraz truskawek. W woj. lubelskim brak wody to problem 97 proc. gmin, w których rolnicy mieli na polach m.in. rzepak czy krzewy owocowe. Lubelskie było również jedynym regionem, w którym odnotowano znaczącą suszę w uprawach buraka. W woj. łódzkim, opolskim i lubuskim susza wystąpiła w 80 proc. gmin, gdzie rosła kukurydza oraz rzepak.  

Reklama
Reklama

– To skutek dwóch czynników. Z jednej strony mówimy o suszy rolniczej, ale z drugiej kluczowy i niszczycielski wpływ na sytuację w rolnictwie miała nieszczęsna, ekstremalnie wysoka temperatura. Po raz pierwszy pojawiła się ona na taką skalę w Polsce, a w szczególności w województwie lubelskim. Fale upałów skumulowały się w czerwcu i lipcu. Gdyby nie te temperatury, tak wysokich strat prawdopodobnie by nie było. Rolnicy podawali, że przy powierzchni gleby i w łanie temperatura dochodziła do ok. 60 stopni Celsjusza – opowiada Tomasz Zając.

Susza to ogromne utrudnienie dla rolników, jednak problem z brakiem wody jest powszechny i nie dotyczy tylko pól uprawnych. – Tak naprawdę już teraz można mówić, że około połowa, nawet ponad połowa kraju, jest objęta ostrzeżeniem przed suszą hydrologiczną – mówi w rozmowie z Zero.pl Michał Sikora-Le, synoptyk hydrolog z Centralnego Biura Hydrologii Operacyjnej IMGW w Warszawie

Susza hydrologiczna to stan, w którym długotrwały brak opadów doprowadza do obniżenia poziomu wód podziemnych oraz powierzchniowych – np. rzek, potoków, strumieni, jezior czy stawów. Jest on ogłaszany, gdy wody gruntowe i zbiorniki wodne ulegają znacznemu wyczerpaniu, a poziom wody w rzekach spada. 

Ostrzeżenia przed suszą na ponad 50 proc. terytorium kraju 

W momencie pisania tego artykułu stan suszy hydrologicznej obowiązywał w 100 obszarach, obejmując swoim zasięgiem ponad 50 proc. powierzchni Polski. Mowa tu głównie o regionach znajdujących się w dorzeczach Wisły, czyli jej środkowym i dolnym biegu oraz dopływach, oraz Odry (szczególnie zlewnia Warty i dolnej Odry).

Reklama
Reklama

Problem suszy nie dotyczy wyłącznie miejsc, przez które przepływają największe rzeki w kraju. Jak podają Wody Polskie, obniżenie stanu wód poniżej poziomu tzw. średniej wieloletniej odnotowano na prawie 70 proc. wszystkich stacji pomiarowych w kraju. 

„Dane wskazują na rozwój suszy hydrologicznej. W 2024 r. na początku sierpnia stany niskie występowały na 53 proc. wszystkich stacji hydrologicznych, w 2025 r. na 57 proc., natomiast w 2026 r. już na 67 proc. stacji. Oznacza to wyraźne przesunięcie warunków hydrologicznych w kierunku niżówki. Liczba stacji hydrologicznych z przepływami mniejszymi od średniego niskiego przepływu z wielolecia wzrosła bardzo wyraźnie w 2026 r. i wyniosła 355. Dla porównania, w analogicznym okresie 2024 r. zanotowano 141 takich stacji, a w 2025 r. 139. Oznacza to ponad dwuipółkrotny wzrost względem dwóch poprzednich lat” – informują Wody Polskie w komunikacie przesłanym Zero.pl.

Jak dodaje państwowa instytucja, liczba wydawanych przez IMGW ostrzeżeń przed suszą hydrologiczną rośnie. W 2024 r. wynosiła ona maksymalnie 29 w całym kraju, a w 2025 r. – 23. W sierpniu 2026 r. najpierw było to 78, a potem łącznie 100 ostrzeżeń.

„Szczególnie trudna sytuacja występowała w dorzeczu Wisły, gdzie wysokie temperatury i długotrwały deficyt opadów ograniczały możliwości odbudowy zasobów wodnych pomimo występowania lokalnych opadów burzowych” – informują Wody Polskie. 

Reklama
Reklama

Zanotowano nowy rekord, a El Niño dopiero się rozkręca. Naukowcy alarmują

„W ostatnich latach takie warunki były rzadkością”

Przyczyny utrzymującej się suszy w rozmowie z Zero.pl podaje dr Sebastian Szklarek, hydrolog z Europejskiego Regionalnego Centrum Ekohydrologii PAN.

– Obok naturalnej cykliczności, czyli występowania lat bardziej suchych i mokrych, na problem nakładają się inne czynniki. Kluczowe są trzy elementy. Pierwszy to rosnące temperatury, które przekładają się na większe parowanie wody. Drugim jest brak zimowej pokrywy śnieżnej. W opracowaniu dotyczącym lat 1991–2020 średnia długość zalegania śniegu wynosiła ok. 60 dni. W ostatnich dziesięciu zimach taki okres to rzadkość. Problemem jest też struktura opadów: dłuższemu okresowi bez deszczu w ciepłej porze roku towarzyszą nawalne opady deszczu – wyjaśnia naukowiec z Polskiej Akademii Nauk. 

Mogłoby się wydawać, że bardzo intensywne opady będą ratunkiem dla wysuszonych gleb. Jednak brak wody oraz słońce w wielu miejscach zniszczyły nawierzchnię na tyle, że tuż po deszczu następuje kolejny kataklizm: podtopienie lub powódź. Wyschnięta ziemia zamienia się w skorupę, po której woda z nawalnych opadów spływa błyskawicznie po powierzchni.

Jak podaje dr Szklarek, to zjawisko widać na danych IMGW. Nawalny deszcz nie poprawiał znacznie sytuacji rejonów, w których występowała susza, a czasem nawet ją pogarszał. 

Reklama
Reklama

– Podczas niedawnego przechodzenia niżu, który przyniósł bardzo intensywne opady, na mapach IMGW dominował szary kolor, oznaczający głęboką niżówkę. Opady wywołały lokalnie wzrosty do poziomów alarmowych na rzekach. Po opadach woda szybko spłynęła i na mapach znów powrócił stan suszy – opisuje to zjawisko dr Szklarek. 

Powodzie lub podtopienia pojawiają się w trakcie suszy m.in. z powodu procesu erozji gleby. Przez upał i brak wody wierzchnia, najbardziej żyzna część gleby traci zdolność szybkiego wchłaniania wody. Gdy po długim okresie, w którym brakuje deszczu, występują gwałtowne deszcze nawalne, woda spływa po powierzchni gleby zamiast w nią wsiąkać. Do tego opady spłukują resztki wierzchniej warstwy Ziemi. Na bardzo wysuszonej glebie występuje też tzw. efekt hydrofobowości, czyli odpychania wody. Ziemia zaczyna zachowywać się jak ortalion – opady odbijają się od niej lub ściekają, nie nawilżając korzeni.

Retencja może zatrzymać suszę. „Potrzebujemy na retencję 500 mln zł. Budżet gminy wynosi 80 mln zł”

Rozwiązaniem części problemów z brakiem wody jest jej magazynowanie, czyli retencja.

Reklama
Reklama

– Nie jest to jednak rozwiązanie idealne – stwierdza dr Szklarek i dodaje: – Trzeba pamiętać, że najczęściej zbiorniki powstają na rzekach, czyli w najniższym punkcie spływu wody. Rzeki, zbiorniki to są miejsca, do których woda spływa z góry. A trzeba zacząć zatrzymywać wodę jak najwyżej: u szczytu np. pagórka zrobić system oczek wodnych, rowów w poprzek stoku, by spowolnić spływ wody – opisuje hydrolog. 

Według dr Szklarka, zatrzymywanie opadów w wyższych punktach terenu pozwala na ograniczenie parowania, które odpowiada za około 70 proc. strat wody w Polsce. – Czyli najlepszy sposób, żeby zachowywać opady przez cały sezon, polega na tym, by pozwalać im wsiąkać w ziemię na głębokość jednego, dwóch, trzech metrów. Na tej głębokości parowanie ma praktycznie znikome wartości, jeżeli chodzi o straty, a pozwala nam przeciwdziałać wszystkim typom suszy – wyjaśnia hydrolog z PAN. 

Michał Sikora-Le podaje jeszcze kilka sposobów na zatrzymanie deszczówki w środowisku. – W tym celu, według mnie, najlepszym sposobem jest po prostu zatrzymywanie tej wody tam, gdzie spadnie. W sposób naturalny, czyli przez ochronę lasów, terenów podmokłych, ale także poprzez inwestowanie w małą retencję. Tam, gdzie jest to uzasadnione, również duże zbiorniki retencyjne. Głównie chodzi o to, żeby tę wodę zatrzymywać najlepiej w tym miejscu, gdzie ona spadnie – mówi.

Reklama
Reklama

Samorządowcy zgadzają się z tymi propozycjami, ale widzą kilka problemów przy ich realizacji. Dwa główne to biurokracja i brak środków.

– W 2019 r. przygotowywaliśmy koncepcję budowy czterech zbiorników retencyjnych wraz z infrastrukturą towarzyszącą. Wtedy szacowaliśmy ten koszt na około 500 mln zł. W dzisiejszych cenach byłby on dwukrotnie wyższy i wynosił miliard zł. Dla porównania: całoroczny budżet naszej gminy wynosi około 80 mln zł – mówi wójt Tomasz Zając.

Dodaje też, że bez wsparcia z budżetu państwa czy Unii Europejskiej żaden samorząd nie jest w stanie samodzielnie zbudować infrastruktury retencyjnej. – Nikt nie wyda budżetu na jeden cel, kosztem szkół, płac czy innych zadań publicznych – podsumowuje. 

Upalne lato w Europie. NASA pokazała animację

„Straty rolników rosną z roku na rok”

Jednym ze scenariuszy, który może się zrealizować, jeśli susza nie ustąpi lub nie poprawi się system magazynowania deszczówki, jest tzw. priorytetyzowanie odbiorców wody.

– Ten problem występuje po raz pierwszy w tym roku. Zjawisko istniało w przepisach, ale nie było stosowane. W tym roku w Stalowej Woli mieliśmy przykład, że gdy brakuje wody, to jest wstrzymywany jej pobór dla niektórych gałęzi przemysłu, szczególnie tych niepriorytetowych, bo najważniejsza jest ta infrastruktura krytyczna, czyli zaopatrzenie ludności w wodę pitną i wytwarzanie energii – tłumaczy dr Szklarek.

Reklama
Reklama

Naukowiec podkreśla też, że na wiosnę może wystąpić zjawisko obce dla naszego klimatu. – To zamiecie piaskowe. One występowały już w pojedynczych miejscach w ostatnich latach. Kiedy jeszcze nie ma pokrywy roślinnej, gleba jest przesuszona i przychodzi wiatr, to w niektórych miejscach wywiało tę żyzną, pierwszą warstwę gleby i został sam piasek. Na inne miejsce piasek zawiało i przykryło pola uprawne. To jest taka perspektywa wczesno-wiosenna – wyjaśnia hydrolog.

Do tego dochodzi jeszcze problem ze wzrostem roślin czy spadkiem plonów. – Jeżeli ta sytuacja miałaby się utrzymywać na kolejne lata, to będzie stanowiła coraz większe wyzwanie dla rolnictwa. Obserwujemy takie zjawisko już od kilkunastu lat: jak popatrzymy na sumy ze strat rolniczych, one z roku na rok rosną – stwierdza dr Szklarek i dodaje, że na suszy ucierpi też przemysł.

–  Jest ryzyko dla dwóch największych elektrowni, czyli Kozienice i Połaniec, które potrzebują wody z rzeki do chłodzenia. I z jednej strony raz, że tej wody może zabraknąć, jeżeli ta sytuacja hydrologiczna będzie się tak pogarszała. Z drugiej: przy niskich poziomach wody jest też taki problem, że ta woda jest cieplejsza, czyli efektywność chłodzenia tych elektrowni jest znacznie mniejsza – wylicza.

Reklama
Reklama