
„Przemoc rewolucyjna zwycięży”, „Pokolenie Z ze wszystkich krajów – łączcie się” – na paryskich ulicach powracają hasła, które zdawały się należeć do zamkniętej epoki. Pod warstwą ironii i młodzieńczego buntu kryje się tęsknota za radykalnym zerwaniem z istniejącym porządkiem. Mówiąc wprost – do komunizmu. Francuska filozof Chantal Delsol przestrzega przed pokusą stworzenia świata od zera.
- Rewolucja w nowych szatach: na transparentach młodych Europejczyków powracają komunistyczne slogany, wezwania do walki z burżuazją i pochwały przemocy rewolucyjnej.
- Od maja 1968 do października 2026: dawny entuzjazm utopijnej przebudowy świata ustępuje miejsca hasłom wyrażającym defetyzm, gniew i niewiarę w przyszłość.
- Ogrodnicy kontra demiurdzy: Chantal Delsol pokazuje, dlaczego pragnienie wyzwolenia człowieka od całego odziedziczonego porządku może przerodzić się w niebezpieczną utopię.
W sloganach podnoszonych na protestach, które przelały się w ostatnich tygodniach przez całą Europę Zachodnią zaszyte są – w moim przekonaniu – istotne tropy i znaki domagające się głębszego rozszyfrowania. Z rysunków, szyderstw, gier słownych, a także bezpośrednich przekazów politycznych i przebrań można śmiało lepić wspólny obraz kondycji młodych pokoleń. Zarówno ich lęków, jak i aspiracji. Ale i żądań, żalów i swoistych rozliczeń z pokoleniem – by tak rzec – odchodzącym.
Slogan nie jest bowiem jedynie ozdobnikiem manifestacji ani zgrabną formułą, która ma przyciągnąć uwagę fotografa czy operatora telewizyjnej kamery. Bywa skondensowanym wyrazem społecznego nastroju, błyskawiczną diagnozą rzeczywistości, niekiedy zaś próbą jej symbolicznego unieważnienia.
Ma również wprawiać serce w niebezpieczne akrobacje. Niczym aforyzm: podkłada bombę pod gmach przyjętych przekonań. W kilku słowach potrafi pomieścić gniew, ironię, marzenie o innym świecie i pogardę dla tego, który właśnie odchodzi w przeszłość.
Slogan jest przy tym świadectwem ulotnym. Zapisanym na kartonie, wykrzyczanym w tłumie, wymalowanym na murze, znika często szybciej niż emocje, które go zrodziły. A jednak niektóre hasła przeżywają swoich autorów, stając się nieoczekiwanie trwalszymi pomnikami epoki niż niejeden traktat polityczny.
„Ludzie Brauna pachną Rosją”. Iskrzy w polityce przed posiedzeniem RBN
Transparenty młodych Europejczyków. Widmo komunizmu wraca na ulice
Gdy w poprzednią sobotę szedłem ulicami Paryża, przyglądałem się tej „transparentowej” twórczości, na poły z pewnym rozbawieniem („Bardziej szanuję swojego byłego niż rząd”), a na poły z niepokojem.
Śmieszyły bowiem skróty myślowe, inwencje, tautologie i odwrócenia sensów („W poszukiwaniu utraconych środków publicznych”). Martwiły z kolei wyraźnie antysystemowe hasła i ich komunistyczny wydźwięk. Choćby ten żywcem wzięty z prologu do „Manifestu Komunistycznego”: „Widmo krąży po Europie. Pokolenia Z ze wszystkich krajów – łączcie się”.
Dziwiła poetyka rewolucyjna wychodząca z gardeł protestujących – nawoływanie do obalenia „króla” Emmanuela Macrona i rozprawienia się z burżuazją oraz arystokracją. Hasła i slogany nawiązywały głównie do dwóch – pozornie odległych – przewrotów społecznych. Do wielkiej rewolucji z 1789 r. i do rewolucji październikowej z 1917 r. „Drżyjcie, burżuje – to dopiero początek” – można było przeczytać na czerwonym transparencie. Pod spodem zaś domalowano złotą farbą sierp i młot.
Warto przyjrzeć się temu, co dzisiejsze hasła mówią o wyobraźni młodego pokolenia, o jego stosunku do władzy, pracy, przyszłości i poprzedników. Wówczas slogan przestaje być tylko ulicznym rekwizytem. Staje się fragmentem zbiorowego autoportretu – niedoskonałym, chwilami groteskowym, lecz właśnie dlatego wartym uważnej lektury.
Wszystkie rewolucje mają zaszyty w sobie pociąg do przemocy. To zapomniana oczywistość. Do tej pory historia, prócz punktowych przykładów (Martin Luther King i Gandhi), nie doświadczyła pokojowych rewolucji. Wypływa to bezpośrednio z wywrotowego ładunku samej rewolucji, jak i z jej politycznego charakteru. Przemoc teoretyzowali już luminarze myśli marksistowskiej: od Fryderyka Engelsa, przez Włodzimierza Lenina, po deklarację i taktykę obecnej skrajnej lewicy.
Nad Sekwaną ojcem tego myślenia pozostaje Jean-Paul Sartre. Na stronach swoich rozpraw przekonywał, że przemoc rewolucyjna jest przeciwieństwem nominalnej przemocy. Czyn rewolucyjny, w tej logice, posiada odrębny status i umożliwia likwidację przeciwników politycznych w imię przyszłej „wiecznej szczęśliwości”.
Na manifestacjach, które przewijają się w całej Europie, młodzież stosuje ów Sartre’owski „filozoficzny trik”. W paroksyzmach absurdu wykrzykuje z uśmiechem i w brylantowym entuzjazmie pogromy bogaczy. A zeszłej soboty przeczytałem na niektórych transparentach osobliwe hasła, jak: „Przemoc rewolucyjna zwycięży” albo „Burżuje są klasą próżniaczą i bezużyteczną – walcz!”.
Hermeliński o zmianach w ordynacji wyborczej. "Nie widzę szans"
Maj 1968 i protesty w 2026 r. Od utopii do niewiary w przyszłość
Francuzi nie potrafią rozstać się również z inną rebelią, z duchem maja 1968 r. Owej wiosny, parafrazując Mickiewicza, słowo stało się jednym z głównych narzędzi buntu. Mury Sorbony i paryskie ulice przemówiły językiem, który wymykał się zarówno akademickiej powadze, jak i partyjnym formułom. „Bądźcie realistami, żądajcie niemożliwego” – głosiło jedno z najsłynniejszych haseł. Inne proklamowało, że „wyobraźnia przejmuje władzę”. Slogan przestawał być dodatkiem do politycznego działania. Słowo miało mieć moc performatywną, czyli zmiany rzeczywistości. Samo stawało się działaniem: prowokacją, kpiną, aktem emancypacji, próbą rozszerzenia granic tego, co w ogóle można sobie wyobrazić.
Nie była to jednak wyłącznie studencka zabawa słowem. Maj 1968 r. przyniósł Francji jeden z największych strajków generalnych w jej historii. W szczytowym momencie w protestach i strajkach uczestniczyło blisko dziesięć milionów pracowników, a kraj na wiele dni został sparaliżowany. Uczelnie i zakłady pracy stawały się przestrzeniami nie tylko zbiorowego sprzeciwu, lecz także rozmowy o przyszłości, własnym miejscu w społeczeństwie i prawie do współdecydowania o rzeczywistości. Młodzież, robotnicy, intelektualiści i związkowcy nie mówili jednym głosem, a ich postulaty nie zawsze były zbieżne. Właśnie dlatego slogany z tamtego okresu są czymś więcej niż barwną kroniką rewolucyjnej gorączki: zachowują ślady sporów, nadziei i sprzeczności, których nie sposób sprowadzić do jednej politycznej interpretacji.
To, co różni w sposób zasadniczy dwa pozornie bliskie sobie protesty, to przede wszystkim poziom haseł. W maju 1968 r. hasła były boleśnie ukąszone myśleniem lewicowym w jego najbardziej utopijnym wydaniu. Marzono, być może naiwnie, że rzeczywistość można odmienić. Że możliwe jest przeobrażenie świata – zaczęcie od nowa, bez wojen, różnic klasowych i pokoleniowych. W październiku Anno Domini 2026 hasła mają nie kreślą już pejzażów pokojowego współistnienia. Podkreślają nastrój końca świata i beznadziei.
Są w postulatach manifestantów frazy przepełnione defetyzmem. Niewiarą w przyszłość: „Wasza przyszłość została anulowana. Wracajcie do domów i czekajcie na instrukcję”. Albo: „Tyle samo karaluchów w szkolnych salach, co w rządzie”.
Chantal Delsol: rewolucja i pokusa rozpoczęcia historii od zera
Bez twardego kośćca zasad, bez kulturowych korzeni, bez pamięci o własnym pochodzeniu człowiek prędzej czy później traci orientację. Tożsamość nie jest bowiem kostiumem, który można dowolnie zmieniać w zależności od kaprysu epoki, lecz czymś na kształt wewnętrznej architektury.
Historia nie jest salonem, w którym kolejne pokolenia podają sobie dłonie ponad filiżanką herbaty. Częściej przypomina plac budowy, na którym jedni układają kamienie, drudzy zaś zostają zmuszeni do ich noszenia. Ludzka kondycja ma w sobie coś tragicznego: zdolność tworzenia piękna sąsiaduje z pokusą dominacji, a wielkie ideały nader często maszerują w jednym szeregu z wielkimi okrucieństwami. Nie należy się łudzić, że pewnego dnia nastanie epoka powszechnej niewinności. Raj na ziemi pozostaje obietnicą, którą polityka składa z tym większą pewnością siebie, im mniej ma do zaoferowania poza kolejną utopią.
W eseju „Nienawiść do świata. Totalitaryzmy i ponowoczesność” francuska filozof, Chantal Delsol, przestrzega przed ambicją ustanowienia w dojrzałych demokracjach swoistego „punktu zero”. Ponowoczesność, choć niechętnie przyznaje się do pokrewieństwa z rewolucyjnymi poprzednikami, przejmuje od nich fundamentalne przekonanie: oto można unieważnić dotychczasowy porządek i rozpocząć historię od początku.
W tym sensie duch francuskiej rewolucji nie tyle odszedł do muzeum, ile nauczył się nowych słów. Komunizm w ponowoczesności przeobraża się, ewoluuje w nowego Frankensteina. Zamiast obywatela trzeba niekiedy wyzwolić jednostkę, zamiast arystokraty – zdemaskować uprzywilejowanego, zamiast obalić monarchię – obalić cały symboliczny porządek, który przypomina o jej istnieniu. Scenografia ulega zmianie, ambicja pozostaje jednak ta sama.
Wprost zastanawiające, do jakiego stopnia gen komunizmu zaszczepiony przez Wielką Rewolucję pozostaje żywotny. Młodzież, która maszeruje w całej Europie, pragnie przewrotu, wskazania winnych, rozprawiania się z klasami uprzywilejowanymi. „Nadchodzi rewolucja. For sure” – głosił jeden z transparentów na ostatnich manifestacjach w Paryżu.
Wróćmy do Chantal Delsol. Według filozof jesteśmy świadkami wybuchu zasadniczego sporu. A stawką jest określona wizja człowieka. Po jednej stronie stoją „ogrodnicy”, po drugiej – „demiurdzy”. Pierwsi wiedzą, że świat istniał przed nimi i będzie istniał po nich. Drudzy chcą uwierzyć, że dopiero ich ręce nadadzą mu właściwy kształt.
Ogrodnik, pisze francuska filozof, nie próbuje wyprodukować rośliny. Uprawia ją, pielęgnuje, pomaga jej wzrastać. „Ogrodnik, który pracuje pod moim oknem – opisuje filozofka – jest miłośnikiem świata. Nie wyobraża sobie, że mógłby wyprodukować którąś z roślin. On je po prostu uprawia, kultywuje. Inaczej mówiąc, pomaga wzrastać temu, co istnieje bez niego. Nie stwarza ani nie wytwarza: dba, troszczy się”.
W tej skromnej czynności kryje się filozofia, która nie potrzebuje pompatycznych deklaracji. Ogrodnik wie, że nie wszystko zależy od niego. Może przygotować ziemię, dobrać nasiona, udoskonalić narzędzia i pracować od świtu do zmierzchu, lecz nie rozkaże deszczowi, by spadł we właściwej chwili, ani słońcu, by nie spaliło plonów. Jego dzieło pozostaje wystawione na kaprysy świata. Może zostać zniszczone przez suszę, powódź albo zwierzęta. Ogrodnik nie ma gwarancji powodzenia, a jednak nie porzuca pracy. Wie, że troska nie jest obietnicą zwycięstwa, lecz sposobem uczestniczenia w rzeczywistości, której nie da się całkowicie podporządkować własnej woli.
Pokora ogrodnika nie jest rezygnacją z działania. Przeciwnie, pozwala mu działać bez złudzenia wszechmocy. Nie myli odpowiedzialności z panowaniem, troski z kontrolą ani poprawy z całkowitym przeobrażeniem. Nie musi zniszczyć ogrodu, by udowodnić, że potrafi go urządzić. Nie uważa też, że każda roślina, której nie zasadził, stanowi obrazę dla jego ambicji. Przyjmuje świat jako rzeczywistość zastaną, a nie jako surowiec oczekujący na ideologicznego architekta.
U podstaw tej postawy Delsol umieszcza „miłosierdzie” – czyli miłość do tego, co kruche, niedoskonałe i skończone. Świadomość ludzkiej kondycji prowadzi, jak się wydaje, dwiema drogami. Można pogodzić się z ograniczeniami istnienia; taką mądrość odnajdujemy w rzymskim stoicyzmie czy w niektórych tradycjach Dalekiego Wschodu. Można również spróbować pokochać to, czego nie sposób ocalić przed przemijaniem.
Kochać to, co doskonałe, jest stosunkowo łatwo: doskonałość nie wystawia naszej miłości na zbyt wielką próbę. Znacznie trudniej pokochać to, co naznaczone słabością, błędem i śmiertelnością. Miłosierdzie nie polega na uznaniu, że zło nie istnieje ani na rozgrzeszeniu każdej historycznej niegodziwości. Oznacza raczej odmowę sprowadzenia człowieka do jego winy. Jest solidarnością, która nie znika wraz z pierwszą katastrofą, nie wyparowuje podczas suszy i nie zostaje odwołana po powodzi. Przyjmuje ludzką niedoskonałość, nie czyniąc z niej ani cnoty, ani pretekstu do ostatecznego potępienia.
Ogrodnik nie obiecuje końca historii, nie zapowiada definitywnego triumfu dobra i nie rości sobie prawa do ustanowienia powszechnej niewinności. Człowiek pozostanie człowiekiem, a zatem istotą zdolną zarówno do tworzenia katedr, jak i do podpalania wiosek. Nie oznacza to, że należy pogodzić się z przemocą. Przeciwnie: trzeba ją rozpoznawać, osądzać i ograniczać, nie ulegając przy tym fantazji, że można wyeliminować tragiczny wymiar ludzkiej egzystencji raz na zawsze.
Ogrodnicy, zauważa Delsol, przypominają niedobitków zatopionej Atlantydy, ostatnich depozytariuszy pewnej wizji nowoczesności, w której rozwój nie oznaczał koniecznie pogardy dla dziedzictwa.
Komunistyczna utopia i przemoc rewolucyjna. Historia jako ostrzeżenie
Na przeciwległym biegunie Delsol umieszcza demiurgów. W przeciwieństwie do ogrodników nie zamierzają oni pielęgnować rzeczywistości, której nie stworzyli. Chcą ją przeprojektować. Nie pytają, co należy ocalić, lecz co trzeba usunąć, aby wreszcie zrobić miejsce dla nowego świata. Ich siła bierze się z przekonania, że przyszłość nie jest nieprzewidywalnym horyzontem, ale tworzywem, nad którym można sprawować kontrolę. Nie obawiają się jutra, ponieważ przyznali sobie prawo do jego zaprojektowania.
W tej perspektywie różnica między dawnym a nowym nabiera charakteru moralnego. To, co stare, zostaje utożsamione z ciemnotą, opresją i niesprawiedliwością; to, co nowe – z wyzwoleniem, rozumem i dobrem. Chronologiczny podział na „przedtem” i „potem” zmienia się w podział polityczny na „za” i „przeciw”. Nie ma już miejsca na odcienie szarości, niejednoznaczność ani paradoksy. Nowoczesność nie jest po prostu kolejną fazą ludzkich dziejów. Staje się moralnym certyfikatem, a przeszłość – aktem oskarżenia.
Delsol uważa demiurgów za niebezpiecznych, ponieważ „podziwiają jedynie to, co sami są w stanie wytworzyć. A tak naprawdę podziwiają jedynie siebie samych, uznając, że nic nie jest świętsze od nich, ponieważ nie wierzą w nic oprócz siebie samych, pełnych pustki i dążących do swych mrocznych celów”.
To pycha ubrana w szaty postępu. Demiurg nie uznaje istnienia żadnej miary, której sam nie ustanowiłby na nowo. Nie chce już być uczestnikiem świata, lecz jego autorem. Nie wystarcza mu poprawianie instytucji, reformowanie obyczajów czy ograniczanie niesprawiedliwości. Pragnie nowego początku, a więc świata, w którym nic nie będzie przypominało o tym, że człowiek przed nim również próbował urządzać rzeczywistość według własnych wyobrażeń. Własna niedoskonałość nie stanowi dla niego ostrzeżenia. Stanowi jedynie argument za tym, by przejąć kontrolę nad wszystkim.
Emancypacja bez końca. Kiedy naprawa świata staje się obsesją
Delsol dostrzega źródła tej ambicji w tradycji francuskiego oświecenia i rewolucyjnej idei radykalnego zerwania: „Dziś ten sam proces trwa już bez rządów totalitarnych. Źródłem jakobinizmu – który wyda na świat totalitaryzm – jest sformułowany w XVIII wieku postulat, wedle którego aż do teraz ludzie żyli w nienormalnych warunkach, które należy zmienić. Opiera się ona na przeświadczeniu, że można dosłownie wyeliminować dramat historyczny (…) Tradycję tę zainicjowała Francja, kolebka wielkiego przeobrażenia ludzkości, która nigdy nie zakwestionowała swojego czynu: mieszkańcy Wandei i Lyonu byli masowo eksterminowani, gdyż uznano ich właśnie za »zacofanych«”.
Demiurgowie wierzą, że drogą do świata wolnego od tragiczności jest emancypacja. Człowiek powinien wyzwolić się z więzów kultury, tradycji i odziedziczonych sposobów myślenia. Wszystko, co ogranicza jego samostanowienie, zostaje poddane pod wątpliwość. Mity tracą status opowieści porządkujących wspólnotowe doświadczenie i stają się narzędziami opresji; tradycje, zamiast przekazywać pamięć, zaczynają uchodzić za strażników niepożądanych granic. Skończoność, niegdyś uznawana za element ludzkiej kondycji, jawi się teraz jako problem, który należy rozwiązać.
Projekt emancypacyjny ma jednak osobliwą przypadłość: trudno wskazać moment, w którym miałby się zakończyć. Każde wyzwolenie odsłania bowiem następną formę zależności, każdy zburzony mur pozwala dostrzec kolejny, a każda obietnica autonomii rodzi pytanie o to, czy nie pozostały jeszcze jakieś więzy do zerwania. Pojawiają się więc kolejni skrzywdzeni i zapomniani, kolejne grupy domagające się uznania, kolejni pretendenci do naprawienia historycznych krzywd. Nie ma w tym nic z natury nagannego: rzeczywiste niesprawiedliwości zasługują na uwagę i naprawę. Niebezpieczeństwo zaczyna się wtedy, gdy emancypacja przestaje być narzędziem korekty konkretnych krzywd, a staje się bezgranicznym projektem przebudowy człowieka i społeczeństwa.
Transparenty odsłaniają coś więcej niż młodzieńczy bunt. Uderza z nich żywotność myśli komunizującej, która pod nowymi hasłami powraca do starej obietnicy: wystarczy obalić istniejący porządek, wskazać winnych i rozpocząć historię od początku. Burżuazja znów staje się wrogiem, przemoc rewolucyjna – narzędziem wyzwolenia, a przeszłość – aktem oskarżenia.
Na 31 października „żółte kamizelki” zapowiadają kolejny protest. Tym razem przeciwko opresyjnemu państwu, przeciw faszyzmom, przeciw dawnym wierzeniom. Brzmi znajomo?
Może Cię również reportaż z manifestacji w Paryżu:

