Reklama
Świat

Po wyborach może zapłonąć Bliski Wschód. Trump i Iran na kursie kolizyjnym

Mimo trwających negocjacji i obietnic Donalda Trumpa o braku ataków przed wyborami połówkowymi, napięcie między USA a Iranem sięga zenitu. Amerykanie potężnie koncentrują siły na Bliskim Wschodzie, a Teheran ogłasza przejście z doktryny defensywnej na ofensywną. Czy po listopadowym głosowaniu III wojna w Zatoce Perskiej wymknie się spod kontroli i dojdzie do starcia na lądzie?

Wojciech J. Kittel
Opinia autorstwa: Wojciech J. Kittel
Dzisiaj 19:21
10 min
Donald Trump obiecał, że nie zaatakuje Iranu przed wyborami połówkowymi, ale USA nadal koncentrują siły na Bliskim Wschodzie (fot. Getty Images)
TYLKO NA

Na początku października prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump odniósł się w mediach społecznościowych do nastrojów między USA a Iranem podczas trwających negocjacji w sprawie zawieszenia broni. Oświadczył: „Nie przeprowadzimy żadnego ataku na Iran przed wyborami połówkowymi, które odbędą się 3 listopada”. Od tego czasu Trump dotrzymał słowa i nie podjął decyzji o przeprowadzeniu żadnego ataku na Iran.

Deklaracja Trumpa stanowi gest dobrej woli wobec Irańczyków i pozornie wychodzi naprzeciw ich oczekiwaniom dotyczącym prowadzenia rozmów w atmosferze wzajemnego szacunku. Jej rzeczywistym adresatem jest jednak amerykańska opinia publiczna. Jej przychylność ma szczególne znaczenie dla republikańskiej administracji przed listopadowymi wyborami. Wynika to z faktu, że wojna z Iranem, która pierwotnie miała trwać zaledwie trzy dni, jest skrajnie niepopularna w amerykańskim społeczeństwie.

Tyle kosztuje Amerykanów konflikt z Iranem. Koszty wciąż rosną

Midterms. Wojna ciąży Trumpowi przed wyborami

Tego samego dnia, kiedy Trump wydał zobowiązanie do nieatakowania Iranu, 8 października, „Pew Research Center” opublikowało wyniki badania opinii publicznej. Wynika z nich, że 65 proc. ankietowanych Amerykanów nie popiera sposobu, w jaki Trump prowadzi wojnę z Iranem. Oznacza to wzrost niezadowolenia o 4 punkty procentowe w porównaniu z analogicznym badaniem przeprowadzonym w czerwcu.

Reklama
Reklama

Poziom tego niezadowolenia znajduje również analogiczne odzwierciedlenie w ocenach drugiej kadencji Trumpa. Według średniej wyników sondaży publikowanej przez „Silver Bulletin” zaledwie 37 proc. Amerykanów popiera jego prezydenturę, natomiast 60,4 proc. ocenia ją negatywnie. W ten sposób Trump posiada dzisiaj najniższą przychylność Amerykanów od 1946 r. Wówczas Partia Demokratyczna, z którą związany był urzędujący prezydent Harry Truman, poniosła porażkę w wyborach połówkowych.

Czy podobny los spotka republikanów, okaże się po wyborach 3 listopada. Według obecnych sondaży republikanie mogą liczyć na 41 proc. poparcia, a demokraci na 50 proc. Pozostali ankietowani są niezdecydowani.

Potencjalne zwycięstwo demokratów nie oznacza jednak, że będą oni w stanie całkowicie zablokować działania wojenne przeciwko Iranowi. Aby wprowadzić ograniczenia, których prezydent nie mógłby zablokować wetem, demokraci musieliby dysponować większością dwóch trzecich głosów w obu izbach Kongresu. Pozwoliłoby im to odrzucić ewentualne weto prezydenckie, a przede wszystkim dałoby realne szanse demokratom na przeprowadzenie procedury impeachmentu. Nawet w świetle przytoczonej przewagi uzyskanie takiej większości przez demokratów pozostaje mało prawdopodobne.

Reklama
Reklama

Ostry spór przed wyborami w Izraelu. Spięcie Netanjahu z wojskowymi

Amerykańskie karty

W świetle wojny z Iranem pytanie, które dziś pada zarówno w Waszyngtonie, jak i w Teheranie, pozostaje stosunkowo proste: co po wyborach?

Kreśląc pesymistyczny scenariusz w odpowiedzi na to pytanie, do stycznia sytuacja na Bliskim Wschodzie może być znacznie bardziej niestabilna niż w ostatnich tygodniach. Wynika to z faktu, że choć wybory odbędą się w przyszłym tygodniu, nowo wybrani senatorowie i członkowie Izby Reprezentantów rozpoczną kadencję dopiero 3 stycznia 2027 r. Wszystko na to wskazuje, że do tego czasu żadna ze stron nie wykaże gotowości do ustępstw. W takich warunkach konflikt może łatwo eskalować.

Powinniśmy zatem zadać kolejne pytanie: w jakim kierunku może eskalować III wojna w Zatoce Perskiej?

Zapewnienia Trumpa, że nie zamierza podejmować nowych działań ofensywnych przeciwko Iranowi, nie powstrzymują jednak Amerykanów przed dalszą koncentracją i uzupełnianiem sił na Bliskim Wschodzie.

Do końca listopada w regionie mają znaleźć się trzy grupy lotniskowców wraz z towarzyszącymi im myśliwcami oraz dwie grupy desantowe Korpusu Piechoty Morskiej. Do tego należy doliczyć ponad 20 okrętów egzekwujących obecnie amerykańską blokadę irańskich portów, około 200 samolotów bojowych rozmieszczonych na lądzie oraz ponad 50 tys. amerykańskich żołnierzy wraz ze sprzętem stacjonujących w bazach na Bliskim Wschodzie.

Reklama
Reklama

Choć powyższe siły nie są wystarczające do prowadzenia pełnoskalowej wojny na terytorium Iranu, ich koncentracja podtrzymuje sygnał wysyłany przez Amerykanów od marca: możliwość rozpoczęcia działań na lądzie pozostaje otwarta. Szczególne znaczenie ma rosnąca obecność Korpusu Piechoty Morskiej, którego główną rolą jest błyskawiczne zabezpieczanie terenu i prowadzenie pierwszych walk na lądzie.

Donald Trump kilkukrotnie zapewniał, że nie przewiduje takiego scenariusza, jednak koncentracja amerykańskich sił w regionie wprowadza dwuznaczność co do rzeczywistych intencji Waszyngtonu. Z jednej strony może sygnalizować gotowość do przejęcia inicjatywy i dalszej eskalacji konfliktu dla realizacji własnych celów. Z drugiej zaś może stanowić jedynie demonstrację siły, służącą wywieraniu presji na Teheran podczas negocjacji. Dwuznaczność tę dodatkowo potęgują deklaracje amerykańskiej administracji, które zmieniają się z dnia na dzień.

W ubiegłym tygodniu media obiegła informacja o ostrzeżeniu wydanym przez Departament Stanu przed możliwą gwałtowną eskalacją konfliktu, wykraczającą poza jego dotychczasowy obszar. Co istotne, tego samego dnia potwierdzono nakaz opuszczenia Arabii Saudyjskiej przez amerykański personel dyplomatyczny niewykonujący niezbędnych zadań oraz członków jego rodzin. Decyzja oczywiście może być związana z ostrzałem Arabii Saudyjskiej przez Huti, jednak znów potęguje dwuznaczność sygnałów kierowanych do Teheranu.

Reklama
Reklama

Zagadkowa wizyta wiceministra w Teheranie. Polska rozmawia z Iranem

Interesujące są również doniesienia przekazane przez „Fox News”. Według relacji Pentagon miał podjąć decyzję o wdrożeniu programu „FORTRESS”, zapowiedzianego pod koniec września przez sekretarza wojny Pete’a Hegsetha. Zgodnie z jego założeniami amerykańskie bazy wojskowe mają zostać przygotowane do samodzielnego funkcjonowania przez co najmniej 90 dni. Należy jednak podkreślić, że według doniesień program ma obejmować wyłącznie bazy na terytorium USA. Mimo to nie można ignorować faktu, że USA posiadają 68 stałych baz wojskowych oraz 60 innych obiektów wojskowych rozsianych w 51 państwach na całym świecie. Oznacza to, że podobne wytyczne, choćby w ograniczonym zakresie, muszą dotyczyć również tych placówek.

Na to wszystko nakładają się informacje, według których USA poinformowały swoich sojuszników o opracowanym planie przeprowadzenia szeroko zakrojonych uderzeń na Iran, które miałyby zostać przeprowadzone po przyszłotygodniowych wyborach.

Trzeci amerykański lotniskowiec płynie na Bliski Wschód. Trump zabrał głos

Zmiana podejścia Iranu

Problem z podtrzymywaniem tej dwuznaczności polega jednak na tym, że ponowne zastosowanie wobec Iranu strategii „maksymalnej presji” może skłonić irańskie kierownictwo do uznania amerykańskiego ataku za nieunikniony. W takim scenariuszu Teheran mógłby zdecydować się na własną eskalację, aby uprzedzić działania Waszyngtonu.

Reklama
Reklama

Przypomnijmy, że w toku wojny, która według deklaracji Trumpa miała trwać „trzy dni”, Iran skutecznie przeciwstawił się amerykańskiemu dyktatowi. Mówiąc obrazowo, nabrał wiatru w żagle, jeśli chodzi o swoje wpływy na Bliskim Wschodzie. Potwierdzeniem tego jest utrzymywana blokada Cieśniny Ormuz. Taka postawa niesie jednak istotne ryzyko popadnięcia w samozachwyt, który może doprowadzić do przeszacowania rzeczywistych możliwości.

Szczególnie niepokojąca perspektywa eskalacji wiąże się z deklaracją rzecznika Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, Hosseina Mohebiego. W ubiegłym tygodniu oznajmił, że Iran podjął decyzję o zmianie dotychczasowego podejścia wojskowego z defensywnego na ofensywne. „Nasza doktryna obronna była wcześniej defensywna; mówiliśmy, że jeśli ktoś nas zaatakuje, odpowiemy. Teraz mówimy, że jeśli ktoś nas zaatakuje, oboje odpowiemy i rozpoczniemy ofensywę” – oznajmił.

Jest to fundamentalna zmiana deklarowanej postawy strategicznej, która przez dekady obowiązywała wśród irańskich elit. Iran zasygnalizował bowiem zamiar przejęcia inicjatywy, a więc nie tylko reagowania „wet za wet”, ale także narzucania przeciwnikowi kierunków i kosztów dalszej konfrontacji. Nie jest to jeszcze zapowiedź prewencyjnych uderzeń, ale wyraźna deklaracja politycznej determinacji Teheranu do rozszerzenia charakteru przyszłej odsłony wojny.

Deklarowana zmiana strategii nie wyklucza oczywiście kolejnych ataków na statki próbujące skorzystać z amerykańskiego korytarza przez Cieśninę Ormuz. W ciągu tygodnia Iran zaatakował co najmniej dziesięć jednostek w Zatoce Perskiej. Działania te mogą również przenieść się pod wodę, a konkretnie na dno Cieśniny Ormuz, gdzie przebiega siedem kabli telekomunikacyjnych łączących Afrykę, Azję i Europę.

Reklama
Reklama

Choć ich uszkodzenie nie doprowadziłoby do paraliżu globalnego internetu, mogłoby jednak zakłócić funkcjonowanie infrastruktury cyfrowej państw Zatoki Perskiej. Dotyczy to w szczególności Zjednoczonych Emiratów Arabskich, które stały się w tej części świata centrum finansowym i technologicznym. Podobnie jak w przypadku irańskich ataków na statki handlowe w Zatoce, Teheran liczy nie tyle na realistyczne skutki samego ataku, ile na wywołanie paniki na rynku. A ta w żadnym razie nie jest przyjaciółką notowań giełdowych takich firm jak Microsoft, Amazon, Nvidia czy Google, które rozwijają swoją działalność w Emiratach.

Trump miał odrzucić propozycję rozejmu. Chce nowych bombardowań

Wśród możliwości ofensywnych Iranu nie sposób również pominąć szeroko zakrojonej mobilizacji i szkoleń wojskowych prowadzonych od wielu tygodni wśród ludności cywilnej. W ramach kampanii „Janfada” organizowane są ośrodki szkoleniowe w celu masowego przeszkolenia wojskowego. Przedstawiciele ochotniczej organizacji paramilitarnej podporządkowanej Korpusowi Strażników Rewolucji Islamskiej „Basidż” zapowiedzieli rozszerzenie programu na stolice wszystkich 31 prowincji Iranu, chcąc przeszkolić, według irańskich deklaracji, tysiąc batalionów (około 800 tys. żołnierzy).

Reklama
Reklama

Można oczywiście interpretować te działania jako element odstraszania USA przed potencjalnym scenariuszem „boots on the ground”, czyli bezpośrednim zaangażowaniem wojsk lądowych na terytorium Iranu. Nie zmienia to jednak faktu, że równolegle irańskie siły zbrojne umacniają pozycje wzdłuż granicy z Irakiem, granicy oddalonej o niespełna 100 km od najbliższej amerykańskiej bazy wojskowej w Kuwejcie.

Iran deklaruje gotowość otwarcia cieśniny Ormuz. Stawia warunki USA

Nie oznacza to, że Iran przygotowuje własną ofensywę lądową ani że dysponuje wiedzą o nieuchronnym amerykańskim desancie. Jednak mimo trwających negocjacji obie strony nadal prężą muskuły. W warunkach względnego zawieszenia działań wojennych, ograniczonego do wzajemnego przełamywania blokad morskich, zwiększa to ryzyko bezpośredniej konfrontacji na lądzie.

Można wprawdzie zauważyć, że walki lądowe w ramach III wojny w Zatoce Perskiej już trwają w Jemenie, gdzie wspierani przez Iran Huti ścierają się z jemeńskimi siłami rządowymi, za którymi stoją Saudowie. Mimo to wojna w Jemenie pozostaje dla Waszyngtonu i Teheranu wojną zastępczą. Dopóki Irańczycy i Amerykanie nie staną bezpośrednio twarzą w twarz na polu walki, konflikt pozostaje względnie pod kontrolą. Jeśli jednak stronom po raz kolejny nie uda się osiągnąć porozumienia na drodze dyplomatycznej, pojawi się pytanie: jakie środki pozostaną każdej z nich, by zmusić przeciwnika do przyjęcia jego warunków? Właśnie w tym tkwi największe niebezpieczeństwo. Bezpośrednia konfrontacja mogłaby oznaczać przekroczenie Rubikonu eskalacji.

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny
Reklama
Reklama