Były premierem w rozmowie z Jackiem Prusinowskim mówi więcej niż kiedykolwiek wcześniej. jak wyglądało pierwsze spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim, dlaczego Donald Tusk zniszczył kwiat od jego żony, o co ma największy żal do Aleksandra Kwaśniewskiego? Odpowiedzi na te pytania znajdą Państwo w "Alfabecie Millera". Publikujemy fragmenty książki wydawnictwa Harde.

Fragment rozdziału „O jak Oleksy”
Jacek Prusinowski: Dwadzieścia sześć lat znajomości Millera z Oleksym to pasmo taktycznych sojuszy i wojenek, jak w rosyjskiej kreskówce Wilk i zając. Oleksy i Miller to się kłócą, to zastawiają na siebie pułapki, tarmoszą się, to znów się godzą”. Trafnie dwie dekady temu tygodnik „Wprost” opisał Wasze relacje?
Leszek Miller: W dużej mierze rzeczywiście tak było. Kiedy Józef Oleksy był już bardzo chory, przed świętami Bożego Narodzenia w 2014 roku, zaprosił mnie i Kwaśniewskiego do siebie do domu. Był ubrany odświętnie w garnitur, miał taką laseczkę, którą się podpierał. Przy whisky i winie siedzieliśmy trzy godziny i wspominaliśmy naszą wspólną drogę. Jego żona, pani Maria, kilkakrotnie próbowała nas wygonić, mówiąc, że Józef jest zmęczony, ale on bardzo nie chciał, żebyśmy wyszli. Po opuszczeniu jego mieszkania byliśmy bardzo wzruszeni i przekonani, że Józek chciał się z nami pożegnać. To był grudzień 2014 roku. Zmarł na początku stycznia.
Było wiele politycznych wspomnień czy w takich chwilach polityka nie ma dużego znaczenia?
Były rozmowy o tym, jak się poznaliśmy, jakie toczyliśmy batalie, co nas spotkało dobrego, a co złego. Rozstaliśmy się w nastroju łagodnej rezygnacji, że to, co się stać musi, to się stanie.
Ktoś przepraszał?
Nie, między facetami, którzy są postawieni w takiej sytuacji, mówi się z reguły o czymś innym. Prześledziliśmy kawał naszego wspólnego życia. To było krzepiące, że mimo różnych szarpanin, rywalizacji potrafimy się na końcu spotkać.
Miał jeszcze Józef Oleksy głód życia?
Oczywiście, że tak. Naprawdę chciał się leczyć, a nie udawał, że chce. Miał jedno niespełnione marzenie – Parlament Europejski. Kiedyś, jak ponownie byłem szefem SLD, poprosił mnie o możliwość wystartowania z dobrego okręgu. Zdecydowaliśmy się na Wielkopolskę. Szefowa tego regionu Krystyna Łybacka entuzjastycznie zareagowała na tę propozycję. Jednomyślnie zaaprobowała go tamtejsza Rada Wojewódzka. Mieliśmy już tworzyć listy, kiedy zadzwoniła Maria Oleksy z informacją, że Józef się wycofuje. Po chwili on sam wziął słuchawkę. Przeprosił i powiedział, że coraz gorzej się czuje i nie ma siły na kampanię oraz wybory. Zastąpiła go Krysia Łybacka. Zmarła niedługo po zakończonej kadencji. Tak czasem dziwnie plotą się ludzkie losy.
Fragment rozdziału „K jak Kwaśniewski”
Jacek Prusinowski: Kulminacją napięcia pomiędzy Wami było wejście Polski do Unii Europejskiej?
Prezydent Kwaśniewski chciał przewodniczyć delegacji na szczyt w Atenach. Tak, to była kulminacja. Aleksander Kwaśniewski, trudno mu się zresztą dziwić, chciał być tam, gdzie historia otwiera swoje skrzydła i gdzie słychać łopot tych skrzydeł. Pojawiał się nawet tam, gdzie nie miał żadnych konstytucyjnych czy innych upoważnień. Musiałem na to reagować, też miałem swoje otoczenie i ciągle słyszałem, że muszę coś zrobić, bo ludzie od Olka strasznie się panoszą i trzeba ich dyscyplinować.
Zdziwiony Pan był, że prezydent tak ostro grał w sprawie Aten i traktatu akcesyjnego?
Każdy, kto znał Aleksandra Kwaśniewskiego, wiedział, że on będzie chciał być tam, gdzie – jeszcze raz powtarzam – historia usiadła i patrzy na nas. Chciał być Aleksandrem Wielkim. W pewnym sensie taki oczywiście był.
Zupełnie zerwaliście nieformalne kontakty?
Bywały długie okresy ciszy, kiedy do siebie nie dzwoniliśmy. Pamiętam, jak kiedyś jechałem na Święta Wielkanocne do mojej rodziny do Szczecina i zadzwonił telefon. Usłyszałem głos prezydenta Kwaśniewskiego. Powiedziałem: „Poczekaj, Olek, muszę się zatrzymać, jestem tak wstrząśnięty, że jeszcze jakiś wypadek spowoduję”. Potem te kontakty były coraz rzadsze. Teraz nie spotykamy się w ogóle.
Nie macie żadnego kontaktu?
Ostatnia próba była kilka lat temu. Jedna dziennikarka chciała przeprowadzić wywiad ze mną i z Kwaśniewskim jednocześnie. Pomysł ciekawy. Powiedziała, że jak się zgodzę, to zgodzi się i Kwaśniewski. Potem zadzwoniła z informacją, że jednak on nie chce rozmawiać w takiej formule. Muszę też powiedzieć o czymś, o czym rzadko mówię. Byłem przekonany, że Kwaśniewski z żoną przyjdą na pogrzeb mojego syna. Jak już mówiłem, byliśmy w pewnym czasie bardzo blisko. Kiedy nie przyszli, uznałem, że to już jest koniec.
Jakim był prezydentem: dobrym, wybitnym, a może nie ocenia Pan go najlepiej w tej roli?
Niezależnie od różnych niemiłych czasem wspomnień, uważam, że Aleksander Kwaśniewski to wybitny polski prezydent i długo równie dobrego nie będzie. Zapisał się bardzo dobrze. Nie mówię o tym, że dwukrotnie wygrał, Duda też wygrał dwukrotnie, a niech Pan porówna obydwu zawodników. Jeden to zawodnik wagi ciężkiej, drugi jest przy nim jakimś podrygiwaczem. To był bardzo dobry prezydent, bardzo dobry polityk i z punktu widzenia profesjonalnych umiejętności nie mam żadnych zastrzeżeń. Przeciwnie – uważam, że to wzór do naśladowania.
Tuż po pięćdziesiątce stał się byłym prezydentem. To, co działo się potem z Aleksandrem Kwaśniewskim, to było dobre wykorzystanie jego wielkiego politycznego kapitału?
Talenty i umiejętności Kwaśniewskiego mogły być zupełnie inaczej wykorzystywane. Mam na myśli oczywiście arenę międzynarodową. Były pogłoski, że może być sekretarzem generalnym NATO, może objąć jakąś ważną posadę w Organizacji Narodów Zjednoczonych czy Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim. Przecież on rzeczywiście zna się na sporcie i byłby bardzo dobrym działaczem.
Dlaczego w takim razie nic z tego nie wyszło?
Tego nie wiem. Byłem pewien, że Kwaśniewski pożegluje na wielkie wody polityki światowej, ale dlaczego to się nie stało, nie mam pojęcia. Szkoda, on naprawdę ma umiejętności, które mogłyby być bardzo dobrze wykorzystywane.
Na krajowym podwórku też było parę prób. Sukcesem nie okazał się na przykład projekt Lewica i Demokraci.
To była porażka, oczywiście.
Ale dlaczego ktoś z takim politycznym nosem, z takim naturalnym talentem i wtedy już potężnym doświadczeniem sobie nie radził?
Aleksander nie ma dobrej ręki do ludzi. Był wspomniany LiD, był Palikot, potem stawiał na Biedronia. Pamiętam, jak Kwaśniewski mówił, że to jest przyszły prezydent. Okazało się, że tylko prezydent Słupska. Jeżeli więc chodzi o politykę wewnętrzną, to jakoś mu nie szło.