Reklama
Reklama
Reklama

„Wnioski są dla Rosjan, niestety, obiecujące”. Mocne słowa po wybuchu rakiety

TYLKO NA

– Samemu wojsku nie można nic zarzucić – zrobili to, co do nich należało w ramach obowiązujących przepisów – komentuje wydarzenia pod Lublinem prof. Dariusz Kozerawski. – Trzeba jednak się zastanowić, czy w piątym roku wojny powinniśmy w takich kwestiach nadal funkcjonować na zasadzie procedur pokojowych – stwierdza ekspert. Polskie myśliwce F-16 śledziły rosyjską rakietę, ale jej nie zestrzeliły. Eksplodowała na polu rzepaku.

Politycy i służby w miejscu upadku obiektu
Politycy i służby w miejscu upadku rakiety w okolicach miejscowości Tarnawa-Kolonia (fot. Wojtek Jargiło / PAP)
  • Rosyjska rakieta Ch-101 z dużą ilością materiału wybuchowego spadła we wsi Tarnawa-Kolonia (województwo lubelskie). Polskie myśliwce F-16 śledziły obiekt, ale go nie zestrzeliły. 
  • Prof. Dariusz Kozerawski w rozmowie z Zero.pl wskazuje, że wojsko działało zgodnie z procedurami przewidzianymi na czas pokoju. Jednak zdaniem eksperta „w piątym roku wojny” ta strategia wymaga zmiany.
  • Ekspert ocenia, że incydent mógł być rosyjską próbą testowania reakcji Polski oraz NATO. 

Pytania o bezpieczeństwo powietrzne Polski. „Trochę żeśmy zaspali”

W nocy ze środy na czwartek w miejscowości Tarnawa-Kolonia spadł rosyjski pocisk. W najnowszym komunikacie Prokuratura Okręgowa w Lublinie potwierdziła, że „mamy do czynienia z rakietą, a nie z dronem”. Chodzi o rosyjską Ch-101. Śledczy podali, że w obiekcie znajdował się materiał wybuchowy w znacznej ilości.

Jak informowało w nocy Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych (DORSZ), w związku z atakiem Rosji na Ukrainę, w polskiej przestrzeni powietrznej wykryto niezidentyfikowany obiekt. Do jego rozpoznania i przechwycenia skierowano myśliwiec F-16, ale obiekt zniknął z radarów. Miejsce jego upadku zlokalizowano koło miejscowości Tarnawa-Kolonia w województwie lubelskim. 

Reklama
Reklama

„Rolą wojska nie jest odprowadzanie pocisku wzrokiem”

Dlaczego rakieta nie została zestrzelona zaraz po wtargnięciu w polską przestrzeń powietrzną? – Samo wojsko zadziałało w ramach przyznanych mu uprawnień. Problem leży w samych procedurach – komentuje w rozmowie z Zero.pl prof. Dariusz Kozerawski z Katedry Bezpieczeństwa Narodowego UJ, pułkownik rezerwy Wojska Polskiego i były rektor-komendant Akademii Obrony Narodowej. 

– Polskie samoloty śledziły obiekt, jednak w czasie pokoju obowiązujące przepisy nakazują pilotowi zbliżenie się do obiektu i jego identyfikację wizualną przed podjęciem decyzji o zestrzeleniu. W czasie wojny czy zagrożenia wojennego mamy inne podstawy prawne – wtedy w sytuacji dynamicznej możemy od razu zniszczyć obiekt napadu powietrznego, wlatujący w naszą przestrzeń – tłumaczy ekspert.

I podkreśla: – Trzeba się zastanowić, czy w piątym roku wojny powinniśmy w takich kwestiach nadal funkcjonować na zasadzie procedur pokojowych.

Kozerawski ocenia, że „samemu wojsku nie można nic zarzucić – zrobili to, co do nich należało w ramach obowiązujących przepisów”. – Uważam jednak, że rolą wojska nie jest monitorowanie, a przede wszystkim skuteczna neutralizacja zagrożenia. A gdyby ten pocisk uderzył w inny cel? Rakieta była w naszej przestrzeni przez kilka minut, to nie były sekundy. Był czas na reakcję – zaznacza.

Reklama
Reklama

I przypomina: – Rakieta manewrująca Ch-101 to rosyjska broń strategiczna. To blisko 2,5 tonowy pocisk, o zasięgu do 3,5 tys. km, zatem jego uderzenie w teren zabudowany mogło spowodować ogromne  zniszczenia.

Co więcej, obecne procedury są niewydolne na wypadek zmasowanego ataku. – Gdyby w naszą przestrzeń wleciał nie jeden, ale trzydzieści pocisków, kilka samolotów nie byłoby w stanie ich zneutralizować ani nawet monitorować. Przypomnę sytuację z września 2025 r., gdy w naszą przestrzeń wleciało 21 nieuzbrojonych dronów, z czego zestrzelono wszystkie trzy, niszcząc przy tym jeden dom. To jest skuteczność na poziomie około 14 proc. W zestawieniu z ukraińską skutecznością sięgającą 80–90 proc. przy setkach atakujących obiektów, wyraźnie pokazuje to, że musimy zmienić podejście – podkreśla Kozerawski.

„Nie wystarczy wysłać SMS-a”

Ekspert zwraca także uwagę na luki w komunikacji w systemie reagowania kryzysowego.

– Rządzący podkreślają, że służby działają transparentnie. Ale każdy medal ma dwie strony. O 3:45 rakieta uderza w ziemię, a dopiero 5 minut później włączane są syreny i cały system powiadamiania alarmowego. Ewidentnie nastąpiło tu opóźnienie – wylicza.

I dodaje: – Poza tym nie wystarczy wysłać SMS-a o zagrożeniu z powietrza. Ludziom trzeba wyjaśnić, kiedy zagrożenie ustąpiło i co to był za obiekt. Wystarczyłoby jedno zdanie w komunikacie: „Zagrożenie atakiem powietrznym, proszę schować się do piwnicy lub schronu”. Wtedy zaspany człowiek w środku nocy wie, co robić, zamiast zastanawiać się, czego dotyczy sygnał.

Reklama
Reklama

Czy lecący w stronę polskiej granicy obiekt mógł zostać zestrzelony jeszcze nad terytorium Ukrainy? – To kwestia polityczna, ani NATO, ani jego poszczególne państwa nie angażują się w bezpośrednie operacje poza terytorium Sojuszu – odpowiada Kozerawski.

Ekspert podkreśla także, „że nasz NATO-wski i narodowy system obrony przeciwpowietrznej ma możliwości dalekie od tego, czym dysponują Ukraińcy”. – Potrzebujemy skutecznych systemów wykrywania i  efektorów naziemnych, a nie tylko samolotów – ocenia.

Wnioski dla Rosjan są „obiecujące”

W tym kontekście wskazuję na kwestię, która „bardzo go niepokoi”. – Dwa tygodnie temu po szczycie w Ankarze powstała koalicja antybalistyczna – tworzy ją dziewięć państw oraz Ukraina. Są tam najsilniejsze i najbogatsze kraje Europy: Niemcy, Francja, Wielka Brytania. Ta koalicja ma budować nowoczesne, europejskie systemy antyrakietowe, niezależne od Stanów Zjednoczonych. I w tym gronie nie ma Polski, czyli państwa frontowego! To nie pierwszy raz, kiedy nie ma nas przy głównym stole, gdy rozmawia się o sprawach regionu – wytyka ekspert.

Reklama
Reklama

Czy uderzenie rakiety w Polsce to celowe działanie ze strony Rosji? Zdaniem Kozerawskiego „nie wiemy, czy nie doszło do uszkodzenia pocisku np. na skutek działań systemów antydostępowych, jednostek walki radioelektronicznej, co zmieniło jego tor lotu”.

– Traktuję jednak ten scenariusz jako mniej prawdopodobny. Przy tak zmasowanym ataku na Ukrainę Federacja Rosyjska mogła chcieć sprawdzać systemy antydostępowe Polski i całego NATO. Pamiętajmy, że to jest wschodnia flanka Sojuszu. Rosjanie chcieli zobaczyć, jak i w jakim czasie zareagujemy na wlot potężnej rakiety manewrującej – mówi.

I dodaje: – Wnioski, jakie wyciągnęli, są dla nich, niestety, obiecujące. Zobaczyli, że stosujemy procedury pokojowe, które pozwalają im na bardzo wiele. Czekanie, aż obiekt spadnie i aż go rozpoznamy, jest ryzykowne – nie zawsze będziemy mieli tyle szczęścia, że trafi w puste pole.

Luki w polskiej dyplomacji 

W rozmowie z Zero.pl Kozerawski odnosi się także do słów premiera Donalda Tuska, który powiedział, że po jego środowej rozmowie z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim „sprawa jest dość ewidentna: najbliższe 100 dni może rozstrzygnąć o tej wojnie i to jest 50/50”.

– Różna intensywność walk występuje na froncie falowo od lat. Słuchanie o „nadchodzącej intensyfikacji” to często element PR-u lub wojny informacyjnej. O ile w przypadku Rosji i Ukrainy to element strategii wojennej, o tyle u nas władza próbuje czasem budować polityczny przekaz na poczuciu zagrożenia. Byłbym tu bardzo sceptyczny – ocenia ekspert.

Reklama
Reklama

I namawia do „wzięcia się do rzetelnej roboty w dyplomacji międzynarodowej”. – Dołączenia do koalicji antybalistycznej i aktywniejszego działania w strukturach koalicji chętnych oraz skutecznego zabiegania o stałe miejsce w formacie E-05, bo miejsce Polski jest w sojuszniczych i europejskich gremiach decyzyjnych – podkreśla.

Źródło: Zero.pl
Agnieszka Waś-Turecka
Agnieszka Waś-TureckaDziennikarka
Reklama
Reklama