– Musimy jeszcze popracować nad koordynacją powiadamiania o zagrożeniach i reagowania na nie – mówi Zero.pl Andrzej Mroczek, ekspert ds. bezpieczeństwa, komentując reakcję służb na informację o niezidentyfikowanym obiekcie, który w czwartek naruszył przestrzeń powietrzną Polski. – Na Lubelszczyźnie uruchomiono syreny alarmowe, ale nie było później żadnych powiadomień na telefony – zauważa Mroczek. Wieczorem, wiceszef MON potwierdził, że była to rosyjska rakieta.

- – Musimy już w ramach proaktywnych działań wyrobić instynkty, procedury koordynacji systemu powiadamiania i reagowania – mówi Zero.pl Andrzej Mroczek, ekspert ds. bezpieczeństwa pozamilitarnego z Uniwersytetu Civitas.
- – Mieliśmy do czynienia z niepotrzebnym uruchomieniem systemu w sytuacji stresogennej. Użycie środków alarmowania musi być kompleksowe – twierdzi prof. Piotr Mickiewicz, kierownik Zakładu Studiów Strategicznych i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Gdańskiego.
- Eksperci komentują reakcje służb na poranny incydent na Lubelszczyźnie. Niezidentyfikowany obiekt, który okazał się rosyjską rakietą, wleciał do Polski od strony Ukrainy i eksplodował na polu we wsi Tarnawa-Kolonia.
W czwartek o godz. 3:40 w polskiej przestrzeni powietrznej wykryto niezidentyfikowany obiekt. Do jego rozpoznania i przechwycenia skierowano myśliwiec F-16. O godz. 3:46 obiekt zanikł. Spadł w miejscowości Tarnawa-Kolonia na Lubelszczyźnie. W 17 powiatach uruchomiono syreny alarmowe. Mieszkańcy skarżyli się jednak na brak jakichkolwiek informacji. Wielu z nich co najmniej przez kilkadziesiąt minut nie wiedziało, co się dzieje.
Alert RCB przychodzi z opóźnieniem, lub wcale. Sprawdzamy dlaczego
Ekspert: Brak koordynacji powiadamiania o zagrożeniach
– Doświadczenie dzisiejszego dnia dowodzi, że musimy jeszcze dużo popracować nad koordynacją powiadamiania o zagrożeniach i reagowania na nie. Na Lubelszczyźnie uruchomiono syreny alarmowe, ale nie było później żadnych powiadomień na telefony – komentuje Andrzej Mroczek, ekspert ds. bezpieczeństwa pozamilitarnego z Uniwersytetu Civitas.
Jak przekonuje, musimy już w ramach proaktywnych działań wyrobić instynkty, procedury koordynacji systemu powiadamiania i reagowania. – Organizowane ćwiczenia są wartością dodaną. Brakuje jednak tego elementu związanego z komunikacją – tłumaczy.
To że zawyły syreny alarmowe, powinno skutkować kolejnymi działaniami. Powinna być współpraca z mediami. Powinny pójść do mediów krótkie komunikaty, że ogłoszono alarm, a później go odwołano. Powinna być informacja o charakterze zagrożenia.
Andrzej Mroczek
Prof. Mickiewicz: Alarmy nie były potrzebne
– Mieliśmy do czynienia z niepotrzebnym uruchomieniem systemu w sytuacji stresogennej. Użycie środków alarmowania musi być kompleksowe – zgadza się prof. Piotr Mickiewicz, kierownik Zakładu Studiów Strategicznych i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Gdańskiego.
– To był bardzo poważny błąd, który na szczęście nie skończył się paniką. Zabrakło poinformowania, że alarm odwołano – dodaje ekspert. Jak podkreśla, taka informacja powinna zostać uruchomiona na poziomie lokalnym i być widoczna dla ludności w mediach tradycyjnych i społecznościowych.
Prof. Mickiewicz wyjaśnia, że alarm został uruchomiony na tak dużym obszarze z powodu obawy przed odłamkami obiektu, który miał być zestrzelony. Jak jednak przekonuje, służby miały kontrolę nad sytuacją, a alarmy były niepotrzebne.
Musimy na to patrzeć w kontekście całej sytuacji. Nasz system rozpoznania wykrył nadlatujący obiekt i śledził jego lot. Zdecydowano o użyciu samolotu, który miał go zestrzelić. Okazało się jednak, że to niepotrzebne. Miejsce upadku obiektu patrolował z powietrza śmigłowiec. Na miejsce jechały służby. I teraz musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: czy w takiej sytuacji warto ostrzegać ludzi o zagrożeniu.
Prof. Piotr Mickiewicz
„Nie mamy ćwiczeń i nie wiemy, jak się zachować”
Andrzej Mroczek zauważa, że incydent miał miejsce wczesnym ranem, o najbardziej newralgicznej porze z punktu widzenia człowieka. – Reakcja jest zwykle mało racjonalna i paniczna. Wykonuje się mechanicznie zapamiętane ruchy. Pierwsza rzecz to sprawdzanie mediów społecznościowych i dzwonienie na telefony alarmowe. Jak dzwoni kilkaset osób, to telefon alarmowy zawiesza się – mówi ekspert.
Huk wyrwał ludzi ze snu o 3:45. Sieć zalana filmami
Jak tłumaczy, takie zachowania to m.in. konsekwencje błędów poznawczych popełnianych przez decydentów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo. – Zakładają na przykład, że wszyscy obywatele mają smartfony i taki sam zasięg. Albo nie myślą o wykluczeniu cyfrowym – mówi Mroczek.
– Nie mamy ćwiczeń i nie wiemy, jak się zachować. W tym obszarze jesteśmy zapóźnieni lata. Stopniowo budujemy i wskazujemy ludności miejsca schronienia, ale jesteśmy daleko od posiadania kompleksowego systemu powiadamiania ludności – zauważa Piotr Mickiewicz.
Jak przekonuje, priorytetem jest edukacja społeczeństwa i zbudowanie systemu, w którym obywatel danej miejscowości wie, dokąd się udać w sytuacji zagrożenia. Mickiewicz przekonuje, że w analizowanej sytuacji nie ma mowy o błędzie na poziomie centralnym. Na pytanie, jak to możliwe, że na miejscu pierwsi pojawili się dziennikarze, a nie służby, odpowiada: – Nie ma co szukać dziury w całym. Powtarzam, lokalizacja leju była znana. Miejsce patrolował z powietrza śmigłowiec. Służby wiedziały, co się dzieje – kwituje.

