W okolicach bieszczadzkiej Kalnicy doszło do incydentu – 53-letni mężczyzna został poturbowany przez niedźwiedzia. Poszkodowany po udzieleniu pomocy medycznej wrócił do domu. Przyrodnik Mateusz Matysiak tłumaczy, dlaczego na przedwiośniu lasy stają się polem niebezpiecznych konfrontacji i jakich miejsc należy bezwzględnie unikać, by nie "zaskoczyć" wypoczywającego drapieżnika i w ten sposób narazić się na atak.

- Do konfrontacji dochodzi najczęściej przez zaskoczenie zwierzęcia w jego ostoi – krytyczna odległość, przy której niedźwiedź przechodzi do obrony, to zazwyczaj 10–30 metrów.
- Największą grupę poszkodowanych na przedwiośniu stanowią tzw. „rogacze”, czyli zbieracze zrzutów jeleni, którzy w poszukiwaniu poroża wchodzą w najgęstsze młodniki i zarośla.
- Aby uniknąć ataku, należy trzymać się szlaków, a w miejscach o gęstej roślinności zachowywać się głośno, dając zwierzęciu czas na spokojne wycofanie się.
W zeszłym tygodniu w okolicy Kalnicy doszło do spotkania człowieka z niedźwiedziem, w wyniku którego 53-latek odniósł obrażenia.
53-letni mężczyzna wszedł do lasu znajdującego się około 300 m od jego domu. Został zaatakowany, z obrażeniami kończyn i głowy trafił do szpitala. Po opatrzeniu ran wrócił do domu.
O przyczynach podobnych zdarzeń portal Zero.pl rozmawiał z Mateuszem Matysiakiem, przyrodnikiem, biologiem, leśnikiem i fotografem przyrody, inicjatorem kampanii „Bieszczadzcy Mocarze” poświęconej wielkim drapieżnikom.
Znaleziono jednego z najmniejszych dinozaurów w historii. Tyranozaur w wersji mini
Biolog zwrócił uwagę, że „w bieszczadzkiej praktyce absolutna większość zdarzeń z udziałem ludzi i niedźwiedzi na przedwiośniu dotyczy zbieraczy zrzutów poroży jeleni”
– „Rogacze”, bo tak się zwą potocznie, nie tylko obserwują chmary byków, ale tropią je kilometrami, wchodząc w młodniki i największe gąszcze, w których byki często gubią swoje tyki, przemierzając na żerowiskach chaszcze i pokonując inne przeszkody – dodał.
W jego ocenie, przyczyną konfrontacji jest prawie zawsze „przypadkowe wejście człowieka w zbyt bliski kontakt z zaskoczonym, wypoczywającym w dzień niedźwiedziem”. Kalnica, jak większość bieszczadzkich wsi, bezpośrednio graniczy z lasami.
Mateusz Matysiak zaapelował, aby „przede wszystkim omijać gąszcze, młodniki, zwalone pnie i skupiska grubych gawrowych drzew, np. w jarach potoków”.
– Krótko mówiąc – chodzić szlakami turystycznymi i drogami. A gdy musimy przejść blisko „podejrzanych” miejsc należy być głośno, gadać, nucić itp., tak, żeby niedźwiedź usłyszał nas wcześniej i odszedł, nim zrobi się zbyt blisko – doradził przyrodnik.
Dodał, że warto zaopatrzyć się w gaz „antyniedźwiedziowy” lub dobrą latarkę błyskową.
Krutek znów u siebie. Po obserwacji w ośrodku wrócił na wolność
– W razie spotkania należy zachować spokój i bezzwłocznie wycofać się z takiego miejsca. Niedźwiedzie rzadko atakują, a nigdy bez powodu. Głównym powodem jest najczęściej zbyt bliski i zaskakujący kontakt z człowiekiem. Z mojego doświadczenia wynika, że taka odległość krytyczna, w której niedźwiedź stara się bronić aktywnie przed intruzem wynosi ok. 10-30 m. A i tak w 90 proc. są to ataki pozorowane, na tzw. „przestrach” intruza – podsumował Matysiak.
Leśnik zauważył, że wzrasta liczebność niedźwiedzi w ostatnich latach i sytuacja tych zwierząt w Bieszczadach „wygląda na dobrą”. Dodał, że „nadmiarowe” w populacji osobniki w większości przemieszczają się na nowe tereny.