O systemie ETS – głównym narzędziu polityki klimatycznej Unii Europejskiej – mówi się w ostatnich dniach w Polsce wyjątkowo dużo. Czym jest ten mechanizm? Po co został stworzony? Jak wpływa na nasze rachunki za prąd? W tym tekście odpowiadamy na najważniejsze pytania.

- Hasło „system ETS” jest dziś odmieniane w Polsce przez wszystkie przypadki. O unijny mechanizm spiera się obóz rządzący, opozycja i pałac prezydencki. O jego reformie dyskutują państwa członkowskie UE.
- Czym właściwie jest system ETS? Po co został stworzony? Czy Polska w ogóle musiała do niego przystępować? W tym tekście odpowiadamy na najważniejsze pytania dotyczące ETS.
- Wyjaśniamy też, czy ETS przekłada się na rachunki Polaków za prąd. Pokazujemy też stanowiska stron biorących udział w politycznej dyskusji o ETS.
Co to jest system ETS?
System EU ETS (skrót od ang. European Union Emission Trading System) to działający w Unii Europejskiej mechanizm handlu uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych. Funkcjonuje od 1 stycznia 2005 r. W ramach tego systemu przedsiębiorstwa energetyczne i przemysłowe, ale też linie lotnicze i armatorzy pływający na wodach UE, kupują „pozwolenia” na to, by móc uwalniać do atmosfery te gazy. Te uprawnienia nazywają się EUA (z ang. European Union Allowances). Jedno uprawnienie pozwala na wypuszczenie do atmosfery jednej tony dwutlenku węgla lub innego gazu, który powoduje taki sam efekt cieplarniany jak CO2.
Dlaczego Unia Europejska wprowadziła ETS?
Wprowadzenie ETS wiąże się z unijną polityką klimatyczną. Poprzez ten system UE chce przeciwdziałać ocieplaniu się klimatu. Wdrażając ETS, Unia wypełniła zobowiązanie nałożone na państwa rozwinięte w protokole z Kioto z 1997 r. Ten międzynarodowy traktat stanowił, że kraje, które go ratyfikują, podejmą działania na rzecz zmniejszenia swoich poziomów emisji CO2 i innych gazów cieplarnianych. Tym samym będą działać na rzecz zapobiegania globalnemu ociepleniu.
Czy Polska może doprowadzić do likwidacji ETS? Doradczyni prezydenta komentuje dla Zero.pl
Czy Polska mogła w ogóle nie przystąpić do ETS?
Nie. Polska weszła do Unii Europejskiej 1 maja 2004 r. Tymczasem Parlament Europejski i Rada Unii Europejskiej przyjęły dyrektywę ustanawiającą system handlu przydziałami emisji gazów cieplarnianych 13 października 2003 r. To, że Polska dołączy do systemu ETS, kiedy już stanie się członkiem UE, było więc niejako przesądzone.
Jak w praktyce wygląda handel uprawnieniami do emisji?
Uprawnienia EUA są emitowane przez Komisję Europejską. W puli tych uprawnień znajdują się uprawnienia darmowe oraz uprawnienia sprzedawane na aukcji.
Uprawnienia przydzielane bezpłatnie są kierowane do przemysłu energochłonnego – np. zakładów chemicznych, hut stali, cementowni. To „specjalne traktowanie” wynika z tego, że branżom tym trudniej jest odchodzić od paliw kopalnych (nie mają one jeszcze do dyspozycji nowoczesnych czystszych technologii – tym różnią się np. od energetyki, która już może w dużym stopniu korzystać z energii z wiatru czy słońca). UE nie chce, by branże energochłonne uciekały ze swoją produkcją poza Europę, dlatego przydziela im uprawnienia za darmo – aczkolwiek od 2026 r. miało to zacząć się zmieniać (o czym niżej).
Uprawnienia EUA sprzedawane w drodze aukcji są handlowane na giełdzie EEX (European Energy Exchange) w Lipsku. Obrazowo mówiąc, to platforma aukcyjna dla krajów członkowskich UE uczestniczących w systemie ETS, w tym dla Polski. Polska sprzedaje uprawnienia EUA działającym w naszym kraju przedsiębiorstwom, które muszą je kupować (spółkom energetycznym, takim jak Enea, PGE czy Tauron, ale też np. Polskim Liniom Lotniczym LOT).
To, co omówiliśmy wyżej, to tzw. rynek pierwotny handlu uprawnieniami. Jest też rynek wtórny. Na tym rynku działają np. fundusze inwestycyjne. Korzystają one ze zmian cen uprawnień, by zarabiać – przykładowo, kupują jakąś pulę uprawnień po niższej cenie, a potem sprzedają je po cenie wyższej.
Ile kosztują uprawnienia do emisji w systemie ETS?
Ceny uprawnień EUA przeszły długą drogę. Do 2018 r. nie przekraczały 10 euro za sztukę (przypomnijmy, jedno uprawnienie pozwala wyemitować jedną tonę CO2 lub innego gazu cieplarnianego). Okazało się to jednak sprzeczne z celem UE. Niski koszt emisji tony CO2 nie mobilizował przedsiębiorstw do odchodzenia od paliw kopalnych. Dlatego UE sięgnęła po narzędzie regulacji: zmniejszyła liczbę uprawnień wypuszczanych na rynek. Wtedy zaczęły one drożeć.
W 2023 r. po raz pierwszy cena jednego uprawnienia przekroczyła 100 euro. W 2025 r. średnia cena uprawnienia do emisji jednej tony CO2 oscylowała wokół 75 euro. Jak będzie w tym roku? Według szacunków banku ING, średnia cena jednego uprawnienia EUA w 2026 r. wyniesie ok. 83 euro. To dlatego, że liczba udostępnionych przez KE uprawnień zmaleje.
Cena pojedynczego uprawnienia zmienia się z aukcji na aukcję. Wystarczy spojrzeć na dane z dwóch ostatnich aukcji dotyczące Polski. 4 marca 2026 r. nasz kraj sprzedał na giełdzie EEX ponad półtora miliona uprawnień (1 524 500 sztuk) po 70,75 euro za sztukę. Na poprzedniej aukcji, 18 lutego 2026 r., Polska sprzedawała uprawnienia po 69,22 euro za sztukę.
Szkoła życia na matematyce. Bolesna lekcja na dziś
Ile Polska zarabia na handlu ETS i co się dzieje z tymi pieniędzmi?
Jak widać na przykładzie powyższych danych, pieniądze do wzięcia są spore. Skoro na aukcji 4 marca Polska sprzedała dokładnie 1 524 500 uprawnień po 70,75 euro, to w sumie zarobiła na tym ok. 107,86 mln euro (ok. 460,8 mln zł).
Według informacji przekazanych portalowi Zero.pl przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska, roczne wpływy do budżetu państwa z tytułu handlu uprawnieniami EUA to „nawet ponad 20 mld zł rocznie”.
Co Polska robi z takimi pieniędzmi? W świetle przepisów UE, od 2023 r. całość kwot, które wpływają do budżetu dzięki sprzedaży uprawnień, powinna być przeznaczana na transformację energetyczną (wcześniej przepisy stanowiły, że na ten cel ma iść 50 proc. wpływów). Ale różnie z tym bywa. Najwyższa Izba Kontroli w 2024 r. opublikowała raport, w którym wskazała, że w latach 2013-2023 (do 30 maja) Polska zarobiła na sprzedaży uprawnień prawie 94 mld zł, ale z tej sumy bezpośrednio na transformację energetyczną (czyli np. działania redukujące emisję gazów cieplarnianych) przeznaczyła… niecałe 1,3 proc.
Spięcia wokół ETS na unijnym szczycie. Tusk zdradził kulisy debaty
Miliardy złotych „rozmywały się” w ogólnych wydatkach państwa. Spora część trafiła do funduszy pozabudżetowych, np. Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 czy Funduszu Wypłaty Różnicy Ceny (ten ostatni był narzędziem do finansowania kosztów mrożenia cen energii w Polsce).
Czy przez ETS płacimy większe rachunki za prąd?
ETS siłą rzeczy wpływa na nasze rachunki za prąd. Spółki, które wytwarzają energię elektryczną, ponoszą koszty zakupu uprawnień do emisji, a koszty te przenoszą na odbiorców końcowych. Według wyliczeń (z kwietnia 2025 r.) portalu GlobEnergia poświęconego tematyce OZE, koszty spółek energetycznych ponoszone z tytułu ETS odpowiadały za 18,5 proc. rachunku za prąd dla gospodarstw domowych. To, że spółki energetyczne ponoszą olbrzymie koszty zakupu uprawnień EUA, to fakt – wystarczy zajrzeć do danych finansowych Grupy Kapitałowej PGE za trzy kwartały 2025 r. (ostatnie dostępne sprawozdanie finansowe). GK PGE informuje, że w ciągu 9 miesięcy 2025 r. jej instalacje wyemitowały ok. 37,44 mln ton CO2. Koszty związane z emisją CO2 w tym okresie wyniosły 11,74 mld zł.
O jakich zmianach w ETS dyskutuje obecnie Europa?
Na szczycie Rady Unii Europejskiej w dniach 19-20 marca unijni przywódcy rozmawiali o możliwych kierunkach reformy ETS. Przed szczytem mówiło się o tym, że na stole znajdzie się propozycja przedłużenia obowiązywania darmowych uprawnień dla branż energochłonnych (przypomnijmy, miały one zacząć być wycofywane w 2026 r.). Pojawiał się też postulat, by KE sięgnęła do rezerw uprawnień i wypuściła je na rynek, by obniżyć ceny.
Doniesienia medialne ze szczytu Rady UE wskazują, że takie zapisy znajdą się w konkluzjach szczytu. Ale o ostatecznym kierunku reformy ETS zadecyduje KE. Czy możliwe jest odejście od ETS? Z głosów płynących z kręgów unijnych decydentów, w tym z wypowiedzi szefowej KE, Ursuli von der Leyen, wynika, że nie ma ku temu politycznej woli. UE postrzega ETS jako ścieżkę prowadzącą w kierunku zielonej transformacji, która być może woła o zmiany – ale nie o likwidację.
O co chodzi w sporze politycznym o ETS w Polsce?
Jeszcze przed unijnym szczytem, prezydent Karol Nawrocki wystosował do premiera Donalda Tuska (to on reprezentuje Polskę w Radzie UE) list, w którym wskazywał, że rząd powinien zrobić wszystko, by chronić Polaków przed negatywnymi skutkami funkcjonowania ETS. Prezydencka doradczyni Wanda Buk otwarcie mówi, że Polska powinna działać na rzecz tego, by cała UE odeszła od tego systemu.
Z kolei kandydat PiS na premiera, Przemysław Czarnek, chce, aby Polska jednostronnie wypowiedziała ETS. Rząd i resort klimatu odpowiadają: to niemożliwe. MKiŚ w mailu do redakcji Zero.pl wskazuje, że wiązałoby się to z „katastrofalnymi” konsekwencjami dla przemysłu (piszą, że nasze przedsiębiorstwa musiałyby płacić za eksport produkowanych przez siebie towarów do innych państw UE) i dla budżetu (utracone wpływy z aukcji). Resort przestrzega też przed ryzykiem utraty dostępu do środków UE, przede wszystkim związanych z ETS, takich jak Fundusz Modernizacyjny czy Fundusz Innowacyjny (oba wspierają transformację energetyczną).
