Czwartek przyniósł nową falę wzrostów notowań ropy naftowej i gazu ziemnego. Negatywne emocje na rynkach podsyciły ataki Iranu na infrastrukturę energetyczną w Zatoce Perskiej. Perspektywa długiego konfliktu na Bliskim Wschodzie i globalnych niedoborów kluczowych surowców staje się coraz bardziej realna. – To wszystko idzie jak domino – mówi w rozmowie z Zero.pl Daniel Kostecki, analityk rynków.

- Nadzieje na szybkie zakończenie konfliktu na Bliskim Wschodzie są coraz mniejsze. Rynek coraz bardziej obawia się kryzysu na rynku ropy i gazu.
- Wraz z niedoborami tych surowców może zacząć dochodzić do przestojów w aktywności gospodarczej. W najczarniejszym scenariuszu można myśleć o globalnej recesji.
- Gdzie są sufity dla wzrostów cen ropy i gazu? Co z cenami na stacjach i kosztami dla gospodarki?
Na Bliskim Wschodzie trwa wymiana ciosów między Iranem a Izraelem i USA. Cierpią na niej także sojusznicy Amerykanów w tej części świata.
Wet za wet w Zatoce Perskiej
Teheran w środę zaatakował najważniejszą instalację gazową w Katarze, która stanęła w ogniu. Według szacunków koncernu Qatar Energy obiekt ten odpowiada za ok. 20 proc. globalnych dostaw skroplonego gazu ziemnego (LNG). Ta płynna postać surowca ma kluczowe znaczenie dla Europy po tym, jak odcięła się ona od gazu dostarczanego z Rosji gazociągami. Po południu w czwartek prezes Qatar Energy Saad al-Kaabi przekazał, że na skutek irańskich ataków zniszczeniu uległo 17 proc. katarskiego potencjału eksportowego skroplonego gazu ziemnego (LNG). Według al-Kaabiego, którego słowa cytuje Reuters, zagraża to dostawom do Europy i Azji.
Wcześniej Izrael obrał za cel część złoża gazowego South Pars w Iranie. To największe rozpoznane złoże gazu ziemnego na świecie, które Iran dzieli z Katarem.
Roponośne potęgi przez wojnę tracą miliardy. Czy to koniec złotej ery?
Na początku tygodnia z kolei, w wyniku irańskiego uderzenia na złoże naftowo-gazowe Shah w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, wybuchł pożar. Obiektem ataku ze strony Teheranu stał się też port naftowy Fudżajra w ZEA i położona na jego terenie strefa przemysłowa, w tym magazyny ropy naftowej.
Świat patrzy na te wydarzenia i wie już, że blokada Cieśniny Ormuz przez Iran nie jest największym zmartwieniem – bo nawet jej ponowne otwarcie po zakończeniu wojny nie pomoże w sytuacji, w której gazowe i naftowe moce produkcyjne krajów Bliskiego Wschodu ulegną zniszczeniu.
Infrastruktura energetyczna zagrożona
– Czarny scenariusz zakłada eskalację konfliktu i zniszczenia infrastruktury gazowej i naftowej na Bliskim Wschodzie, w tym ropociągu, którym ropa płynie obecnie na wskroś Arabii Saudyjskiej, by „wydostać się na świat” przez Morze Czerwone – mówi w rozmowie z Zero.pl Daniel Kostecki, główny analityk rynków w CMC Markets Polska. – W najczarniejszej wersji tego scenariusza rynki zakładają, że powrót do pełnych mocy produkcyjnych i eksportowych na Bliskim Wschodzie potrwa lata.
– W rezultacie na rynku wystąpi niedobór surowców, państwa będą na wyścigi kupować to, co będzie dostępne, by robić zapasy; mogą pojawić się limity i ograniczenia w zużyciu paliw przez poszczególne gospodarki. A to oznaczałoby już globalne spowolnienie wzrostu PKB i wejście w najgorszy z możliwych scenariuszy – scenariusz globalnej recesji – dodaje Daniel Kostecki.
W rytmie tych niepokojów poruszają się notowania surowców i gotowych paliw (znaczna część mocy rafineryjnych przeniosła się w ostatnich latach z Europy na Bliski Wschód, co oznacza, że także podaż już gotowych produktów rafinacji ropy jest zagrożona).
W czwartek po południu cena baryłki ropy Brent rosła o niecałe 1,1 proc. do 110,66 dol. Ale rano skala zwyżek była znacznie większa – przekraczała 5 proc. (wycena baryłki kształtowała się powyżej 113 dol.).
– Niestety, cena 120 dolarów za baryłkę ropy to scenariusz na wyciągnięcie ręki, skoro jednego dnia potrafimy mieć skoki cenowe o 6-7 dolarów – mówi nam Jakub Bogucki, analityk rynku paliw e-petrol. – Tu wystarczą dwie deklaracje medialne polityków z jednej lub z drugiej strony, albo dwa skuteczne ataki. W takiej sytuacji poziom 140 dolarów za baryłkę też jest realnym scenariuszem – mamy wszystkie warunki ku temu, żeby to się ziściło za jakieś 2 tygodnie.
Co wtedy będzie działo się na stacjach benzynowych? – Jeśli chodzi o dostępność paliw, to wszystkie instytucje odpowiedzialne za to zapewniają, że nie ma zagrożenia – zauważa Jakub Bogucki. – Ale skutki cenowe wojny odczujemy i tak, może zmniejszone (jeśli rząd wprowadzi jakieś ulgi na poziomie VAT czy akcyzy), lecz jednak nieuniknione – przyznaje.
Koniec z „turystyką benzynową”. Słowacja wprowadza ograniczenia
Pytany o konkretne poziomy cenowe, odpowiada: – Obecnie za benzynę płacimy niemal 7 zł za litr, za diesel blisko 8 zł za litr. Jest, niestety, przestrzeń do tego, żeby jeszcze w marcu ceny wzrosły o kilkadziesiąt groszy w stosunku do tych poziomów.
– LPG jako paliwo ropopochodne również drożeje solidarnie wraz z ropą – dodaje ekspert e-petrol. – Zagrożenia dla dostaw nie ma: sprowadzamy to paliwo głównie z USA, drogą morską. Ale ceny mogą wzrosnąć jeszcze w marcu z obecnych 3,30 zł za litr do 3,50-3,60 zł za litr.
Gazowa karuzela cenowa
Europie sen z powiek spędza jeszcze obecnie inne paliwo w płynnym stanie skupienia, czyli LNG. Wprawdzie w III kwartale 2025 r. niemal 60 proc. importu LNG do krajów UE pochodziło ze Stanów Zjednoczonych, a tylko 6 proc. z Kataru – ale „dzięki” kryzysowi na Bliskim Wschodzie amerykańskie podmioty sprzedające płynny gaz ziemny odbiorcom na całym świecie mogą dyktować warunki cenowe. Rachunek może okazać się wysoki.
– W przypadku gazu możemy w zasadzie zobaczyć każdy poziom cenowy – komentuje dla Zero.pl Jakub Szkopek, analityk Erste Securities. – Europa jest w tej trudnej sytuacji, że ma bardzo nisko wypełnione magazyny gazu (w Holandii ten poziom wynosi np. 7 proc.), a obecnie ten gaz nie płynie z miejsca, które w czasach pokoju odpowiadało za ponad 20 proc. dostaw. Tymczasem do jesieni trzeba odbudować zapasy w magazynach krajów UE do 70-80 proc., by móc ze spokojem myśleć o zimie.
Ten ostrożnościowy poziom wypełnienia magazynów to także obligo, które UE narzuciła sobie po agresji Rosji na Ukrainę i ówczesnym kryzysie na rynku gazu – po to, by nie stanąć znów w obliczu zagrożenia niedoborami „błękitnego paliwa”.
– Na szczęście robi się cieplej, ale zakupy trzeba zacząć już teraz – mówi Jakub Szkopek.
Według danych dostępnych na platformie analitycznej AGSI monitorującej rynek gazu w Europie, wypełnienie magazynów gazu w UE na koniec tzw. doby gazowej 18 marca wynosiło niecałe 28,9 proc. W Polsce wyglądało to nieco lepiej – nasze magazyny gazu były wypełnione w 47,7 proc. Ale czas będzie naglił. Zatłaczanie gazów do magazynów w UE zaczyna się zazwyczaj w kwietniu, po zakończeniu sezonu grzewczego.
Według analityków firmy Kpler Europa potrzebuje równowartości około 700 ładunków LNG, czyli 67 mld m sześc., aby odbudować zapasy w magazynach gazu przed kolejnym sezonem grzewczym. To o około 180 ładunków (17 mld m sześc.) więcej niż w roku ubiegłym.
Gdzie jest sufit wzrostów notowań?
– Europa będzie zatem konkurować o gaz, który drożeje na globalnych rynkach – zauważa Jakub Szkopek. – Dodatkowo sytuację utrudnia bieżące zużycie gazu w energetyce: w przypadku Węgier to jakieś 30-40 proc. generacji, w przypadku Niemiec ponad 20 proc., w Polsce to między 15 a 20 proc. (w obecnych okolicznościach będziemy pewnie w większym stopniu wykorzystywać moce węglowe).
– Będziemy rywalizować o gaz głównie z krajami azjatyckimi – dodaje Daniel Kostecki z CMC Markets Polska.
Ogromny popyt na gaz ziemny generują na kontynencie azjatyckim głównie Chiny, Indie i Japonia. Tymczasem prezes Qatar Energy w czwartkowym wystąpieniu przekazał, że być może Katar będzie musiał poinformować partnerów biznesowych w Azji i Europie, że nie będzie w stanie wywiązać się z długoterminowych, tj. obejmujących okres do 5 lat, umów na dostawy LNG (wymienił w tym kontekście Włochy, Belgię, Koreę Południową i Chiny).
W czwartek przed południem kontrakty na gaz (w dostawach na kwiecień) w holenderskim hubie TTF drożały o ponad 30 proc. do poziomu ok. 71,5 euro za MWh. Po południu nastąpiło lekkie odprężenie na rynku – zwyżki wynosiły niecałe 13 proc., a cena MWh oscylowała wokół 61,8 euro.
Czy dla cen „błękitnego paliwa” można obecnie określić jakiś sufit? – Ta zależność od gazu powoduje, że jesteśmy gotowi zapłacić za niego każdą cenę – przyznaje Jakub Szkopek. – Ale problem polega na tym, że w którymś momencie stanie się ona na tyle wysoka, że zacznie się wyłączać przemysł energochłonny, dla którego wysokie koszty paliwa gazowego będą nie do udźwignięcia. Dotyczyć to będzie np. przemysłu chemicznego.
W takim przypadku znowu doszlibyśmy do kwestii przestojów w produkcji przemysłowej, co byłoby ciosem dla wzrostu gospodarczego.
– To wszystko idzie jak domino – podsumowuje Daniel Kostecki.
