Powściągliwy w rozdawaniu komplementów Wojciech Kowalczyk przyznaje, że widzi tego chłopaka w Barcelonie. Były gracz katalońskiego klubu Ricardo Quaresma mówi, że takich piłkarzy we współczesnym futbolu mu brakuje. Kibice Porto opowiadają, że gra jak Brazylijczyk, a nie jak gość ze środkowej Europy. Oskar Pietuszewski to dziś jedno z najbardziej gorących nazwisk w futbolu. Światowym, nie polskim.

Od kilku dni przez Polskę przetacza się dyskusja pt. „Czy Pietuszewski powinien wystąpić w debiucie w reprezentacji w podstawowym składzie?”. Entuzjaści tego pomysłu, jak chociażby Krzysztof Stanowski, argumentują, że tak, owszem, ponieważ jest to piłkarz na fali wznoszącej, ponieważ po prostu nie mamy dziś zawodników w lepszej formie.
Sceptycy tłumaczą, że nie, bo skala wyzwania może młokosa przerosnąć – w końcu nie będzie to rozgrywany na drugim końcu świata towarzyski sparing z reprezentacją Hongkongu, a półfinał baraży o mundial przeciwko średnio leżącej nam reprezentacji Albanii.
Ja natomiast pójdę pod prąd i napiszę, że… nie ma to większego znaczenia. Przynajmniej dla Oskara. Bo jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – piłkarza i jego licznych już kibiców – za 5 lat mało kto będzie w stanie przytoczyć z pamięci wynik starcia z Albanią, za to najlepsze akcje Pietuszewskiego będzie znać każdy szanujący się fan piłki.
Bo futbol ma tę przewrotną właściwość, że pamięta się nie to, co było ważne, tylko to, co było piękne.
Wojciecha Kowalczyka znam od lat i zdradzę wam jedno: w rzucaniu komplementami jest tak oszczędny jak Warren Buffet w wydawaniu pieniędzy. A mimo to pisze na X-ie, że widzi Oskara w Barcelonie.
Ricardo Quaresma to dla wielu jeden z ostatnich romantycznych piłkarzy. Zawodnik, którego oglądało się dla genialnych momentów. Podania i strzały Portugalczyka zewnętrzną częścią stopy przeszły do historii, fani uwielbiali też jego chaotyczny, ale często genialny drybling. I ten właśnie artysta mówi dziś o Pietuszewskim gazecie „Record” tak:
Piłka jest banalna, Oskar – nie
– Jesteśmy inni, ale lubię tego dzieciaka, bo jest kreatywny. Nie boi się podejmować ryzyka. To coś, czego brakuje obecnie w futbolu. Piłkarze tacy jak on biorą piłkę i idą raz, drugi, trzeci, a jak przegrają wszystkie pojedynki to idą i czwarty raz. (...). Dziś piłka nożna jest dość banalna. Rzucasz piłkę na bok, podajesz do tyłu i boisz się podejmować ryzyko. Nie ma już skrzydłowych, dziesiątek. Piłka straciła swój blask, radość (…) Życzę mu wszystkiego co najlepsze na świecie. Takich piłkarzy w futbolu brakuje.
Łukasz Wiśniowski z „Food Trucka” przepytywał kibiców Porto pod stadionem przed meczem „Smoków” z VfB Stuttgart. Jeden stwierdził, że Oskar wygląda na Brazylijczyka, drugi nazwał go „Goalpietowskim”, trzeci wyraził nadzieję, że… nie będzie rozwijał się za szybko, bo wtedy odejdzie błyskawicznie do lepszego klubu, czwarty uznał, że Polak przejdzie kiedyś do Barcelony za 100 mln euro i sięgnie kiedyś po Złotą Piłkę.
Przytaczam te przykłady, żeby pokazać z jak dużym talentem mamy do czynienia. I że dostrzegają to nie tylko polscy kibice, ale też ci, którzy obcują z nim dopiero od kilku miesięcy. A przecież fani Porto nie gapy: nie raz i nie dwa widzieli w swoim klubie młodego-zdolnego zawodnika, chcącego podbić świat. Natomiast rzadko kiedy oglądali młokosa, który tak brutalnie, bez jakiegokolwiek respektu „poskładał” mistrza świata.
Przypominam o co chodzi: w kultowym w Portugalii meczu „Smoków” z Benficą Pietuszewski zabawił się jak z juniorem ze starszym od niego o ponad 20 lat Argentyńczykiem Nicolasem Otamendim, zwycięzcą mundialu z 2022 roku. Zwody Polaka położyły doświadczonego rywala na ziemię, a następnie Oskar spokojnie strzelił gola na 2:0.
Za każdym razem gdy widzę tę akcję – a włączałem ją sobie wielokrotnie – aż wzdrygam się ze współczucia dla Argentyńczyka. A jednocześnie szeroko uśmiecham ciesząc się, że Polska wyprodukowała takiego piłkarza: który odważnie drybluje, nie boi się pojedynków jeden na jednego z największymi, który jest, jak to ładnie mówią Niemcy, „strassen kickerem” (ulicznym grajkiem).
„Lewy” nie był aż takim talentem
Piłkarza, który tak bardzo zaimponował trenerom Porto, że został… najmłodszym zawodnikiem w historii tego klubu spoza Portugalii jaki rozpoczął ligowy mecz w podstawowym składzie. Po transferze z Jagielloni pisano, że Polak będzie musiał odczekać swoje, by się do tej jedenastki przebić, a tymczasem po chwili pobił rekord Andersona, Brazylijczyka, który potem wygrał z Manchesterem United Ligę Mistrzów.
Nie przesadzę jeśli napiszę, że Pietuszewski wróży dziś lepiej niż Lewandowski kiedy był w jego wieku. Przypomnę tylko, że Robert zagrał w kadrze U-21 zaledwie trzy mecze debiutując w niej w wieku 19 lat 9 miesięcy i 8 dni. Oskar podczas premierowego spotkania w tej drużynie był… 2,5 roku młodszy. Jego wejście do młodzieżówki było piorunujące: strzelił cztery gole i zaliczył dwie asysty. Potrzebował na to czterech meczów, w których spędził na boisku łącznie zaledwie 216 minut
Spektakularne osiągi, młody Lewy nie miał do nich startu. Szczególnie, że gdy był w wieku Oskara, to nie strzelał goli klubom na poziomie Benfiki Lizbona, bo grał w Pruszkowie, w tamtejszym Zniczu. Owszem, gnębił tam bramkarzy, ale Pelikana Łowicz czy Kmity Zabierzów, a nie jednego z największych europejskich zespołów.
GUS podał nowe dane o trwaniu życia. Wpłyną na wysokość emerytur
Oczywiście – to wszystko za dekadę może nie mieć znaczenia. Może okazać się wtedy, że Robert był po prostu piłkarzem, którego talent eksplodował nieco później, a Oskar zawodnikiem, który wystrzelił bardzo wcześnie. I na chwilę. Albo że ten szalony rozwój Pietuszewskiego – odpukać – zatrzyma poważna kontuzja. Białostoczanin zdążył już zresztą poznać gorzki smak takiego urazu – jesienią 2022 roku, w spotkaniu z Hutnikiem Kraków, zerwał więzadła krzyżowe. Do gry wrócił wtedy nadspodziewanie szybko – już po siedmiu miesiącach; come back po tak skomplikowanym urazie następuje zazwyczaj po około roku.
Jedyny taki piłkarz w Europie
Bardzo chciałbym, żeby była to jedyna taka „przygoda” Pietuszewskiego. Ale pewności, że tak się stanie nie mam, szczególnie, że styl gry młodego Polaka sprzyja barbarzyńskim atakom na jego bezcenne dla nas nogi. Oskar przekonał się o tym zresztą już w naszej lidze, gdzie bezpardonowo wjechał w niego chociażby Sergi Samper z Motoru Lublin. Wtedy obyło się bez dramatu, ale jaką mamy gwarancję, że za miesiąc lub dwa ośmieszony przez polskiego dryblera rzeźnik z portugalskiej ligi nie zechce się na nim brutalnie zemścić?
Oby się tak nie stało, bo – odpowiadając na tytułowe pytanie – jestem przekonany, że tak, mamy do czynienia z pokoleniowym talentem naszej piłki. Potwierdzają to zresztą nie tylko powyższe historie, ale też suche fakty przytaczane przez Marka Urbańskiego, dziennikarza i statystyka Weszło w jego tekście z 10 marca. Oto jego lead:
„Sprawdziliśmy wszystkich zawodników poważnych lig w Europie, którzy nie ukończyli osiemnastego roku życia. Żaden nie ma tylu bramek, co Oskar Pietuszewski. Żaden nie ma tylu asyst. Większy procent możliwych do rozegrania minut ma tylko jeden. Spośród piłkarzy, którzy nie weszli jeszcze w wiek dorosły, nasz skrzydłowy jest jedynym, który pełni tak ważną rolę w tak mocnym klubie jak FC Porto. Polak zaliczył takie wejście smoka do drużyny Dragoes, że warto zastanowić się, jak długo transferowy rekord kraju będzie należał do Roberta Lewandowskiego.”
Po więcej zapraszam tu, ja natomiast chce podkreślić coś, co według mnie jest tak samo istotne, jak wysokie umiejętności Oskara: że wygląda na człowieka, który nie zachłyśnie się tym sukcesem. Naturalnie może to tylko mój daleko idący wniosek, może gdzieś w głowie tego nastolatka rodzi się właśnie król życia, ale mam nadzieję, że nie i że wrażenie, jakie robi w wywiadach, to nie tylko poza.
Analiza tych rozmów, których nie ma zresztą za wiele, każe odbiorcy dojść do wniosku, że ma do czynienia z człowiekiem nad wyraz na swój wiek dojrzałym. Z gościem, który wychowywał się bez ojca, dlatego najpierw był zbuntowanym, ciężkim do okiełznania przez trenerów chłopcem, a potem szybko awansował nie tylko na pana piłkarza, ale i na prawdziwego mężczyznę.
Nie planuję odlatywać!
Zresztą, co ja tu będę filozofował, sami zerknijcie na fragmenty wywiad dla portalu „Łączy nas piłka”, z października 2025 roku:
– Nie ma co udawać, że nie zauważyłem, że wyskakuję ostatnio z każdej lodówki. To część pracy piłkarza. Oczywiste jest, że media piszą i mówią o tobie, jeśli masz dobry okres. Nie ucieknie się od tego. Ale ja nie zwracam na to uwagi, nie rozpraszam się, robię swoje.
Oskar Pietuszewski
– Często rozmawiam o tym z mamą, która jest dla mnie największym wsparciem w każdej sytuacji. Nie planuję odlatywać, a ona – gdyby zobaczyła coś niepokojącego – na pewno pomoże pozostać na ziemi.
I dalej:
– Taki mam charakter, że chcę być najlepszy we wszystkim, co robię, nawet w takich małych rzeczach. Chcę wygrywać, robię wszystko, by osiągnąć cel. Nawet wtedy, kiedy mam luźniejszy dzień i gramy towarzysko w padla.
To przewrotnie – czego Oskar Pietuszewski nie ma, a powinien mieć, żeby wejść na jeszcze wyższy poziom?
– Tak stricte boiskowo to podejmowanie decyzji. Wciąż nie jest ono na poziomie, na jakim chciałbym, żeby było. To jest taki mankament, nad którym cały czas muszę pracować. Wydaje mi się, że to wynika czasami z braku koncentracji w takich prostych sytuacjach. Muszę się w ich trakcie mocniej skupiać.
Porto jest tylko przystankiem
Przyznacie: Pietuszewski nie brzmi tu jak nieodległy sodziarz, tylko jak jego przeciwieństwo: sfokusowany na sukces młody człowiek, który Porto – mimo tego że zachwycamy się występami Oskara w tym klubie – traktuje tylko jako przystanek do jeszcze większej kariery. Przyznał to zresztą w rozmowie z Wiśniowskim, w której powiedział szczerze, że chce „stąd trafić do klubów, o których tak naprawdę się marzy”. W tej samej rozmowie wypowiedział się, że bramka strzelona Benfice to „wielka rzecz”, jednak chwilę potem dodał przytomnie „ale czy to coś zmienia?”
Piękne są to wypowiedzi, które z czasem urosną do miana anegdot. Takich, jak debiut Pietuszewskiego w dorosłej piłce – w pierwszej drużynie Jagielloni zagrał premierowy mecz nie przeciwko Wiśle Płock czy Stali Mielec, a z… Ajaxem Amsterdam. Niezły początek kariery, prawda?
O Zbigniewie Bońku, jednym z najlepszych polskich piłkarzy w historii, mawiano kiedyś „Bello di notte”, czyli „Piękny Nocą”. Była to aluzja do tego, że najlepiej radzi sobie w wielkich meczach, rozgrywanych przy sztucznych reflektorach. Oskar też kilkukrotnie błysnął już w ich świetle.
Robot influencer w Sejmie. O co chodzi w akcji Konfederacji?
Może Pietuszewski zrobi podobną karierę, co Zibi, a kolejne boiskowe szaleństwo po zmroku zaliczy dziś, w debiucie w kadrze? Przyznacie – byłaby to historia idealnie wpisująca się w tę krótką acz wspaniałą piłkarską przygodę.
