– Była dla mnie całym sensem. Bez niej ten świat tak naprawdę dla mnie nie istnieje – mówi Kacper Kenski, partner 20-letniej Julii Liegmann, która zmarła po rutynowym zabiegu. W rozmowie z Zero.pl opowiada o życiu po tragedii, walce o sprawiedliwość i o tym, jak ta historia wpłynęła na innych pacjentów oraz ich bliskich.

- Julia Liegmann trafiła do szpitala na planowy zabieg usunięcia kamienia nerkowego. W kolejnych godzinach jej stan gwałtownie się pogorszył, a u młodej kobiety rozwinęła się urosepsa.
- Dokumentacja wskazuje, że przez wiele godzin zwlekano z przeniesieniem 20-latki na oddział intensywnej terapii, mimo wskazań medycznych.
- Julię przewieziono ostatecznie do innego szpitala, jednak – mimo podjętego leczenia – zmarła. Po publikacji historii przez Zero.pl sprawa wywołała debatę o stanie systemu ochrony zdrowia w Polsce.
- Partner Julii, Kacper Kenski, mówi dziś, że walczy nie o pieniądze, lecz o wyjaśnienie sprawy i zmiany mogące uchronić innych pacjentów przed podobną tragedią.
Aleksandra Cieślik, Zero.pl: Co poczułeś, kiedy zobaczyłeś, że wokół śmierci Julii robi się coraz goręcej?
Kacper Kenski, partner zmarłej Julii Liegmann: Że jestem coraz bliżej swojego celu – nagłośnienia tego, co się stało. Chciałbym, aby taka sytuacja nigdy się nie powtórzyła. Żeby kolejni ludzie nie musieli przeżywać tego, co przeżywam ja, co przeżywa mama Julki.
Spodziewałeś się, że ta sprawa urośnie do rangi ogólnopolskiej?
Absolutnie nie. Taki był mój cel, ale, szczerze mówiąc, nie sądziłem, że uda się go osiągnąć. Marzyłem o tym, ale nie wierzyłem, że to realne.
A to, że trafiła do polityki – to cię zaskoczyło? O Julce mówiono w Sejmie.
Bardzo. Czy czułem się tym przytłoczony? Z początku tak. Skala tego wszystkiego była ogromna. Ale wystarczyło, że przypomniałem sobie, dlaczego to robię, dlaczego – mimo bólu – mówię o mojej tragedii głośno i wszystkie takie myśli od razu odchodziły. A jeśli chodzi o polityków – chętnie porozmawiałbym z nimi na temat problemów w ochronie zdrowia.
Czym teraz się zajmujesz? Co robisz poza walką o sprawiedliwość w sprawie Julki?
Zacząłem bardzo uważnie przyglądać się temu, co dzieje się w różnych szpitalach w Polsce, dokąd zmierza cały system. Bo sprawa Julki to jedno, ale jest też drugi wymiar: żeby nikt nigdy nie musiał przeżywać tego, co ja przeżyłem. Żeby nikt nie musiał żegnać się z narzeczoną, z którą planował całe życie. Zapewne takich sytuacji – niestety – będzie jeszcze wiele, ale oby jak najmniej…
Masz konkretne przykłady z ostatnich miesięcy?
W Mławie szpital jest bardzo zadłużony – były tam niedawno protesty w tej sprawie. W Chojnicach rozmawiałem z kobietą, której brat trafił na SOR. Lekarze nie chcieli mu pomóc, mimo że badania krwi wykluczały jakiekolwiek substancje odurzające. Po prostu uznali go za narkomana i odesłali do domu. Teraz walczy o życie w Poznaniu. To kolejny przypadek, kiedy lekarz nie słucha pacjenta, tylko kieruje się własną opinią. A tak nie powinno być.
Czy odezwały się do ciebie osoby, które przeżyły coś podobnego?
Tak, bardzo wiele. Dzięki rozgłosowi nawiązałem kontakty z ludźmi w podobnych sytuacjach, ale też ze specjalistami i fundacjami. Nie będę wymieniać nazwisk, bo nie powinienem, ale tych kontaktów jest naprawdę dużo. Staram się też pomagać, jak mogę – kieruję do właściwych osób, do lekarzy, którzy naprawdę chcą pomagać, a nie tylko wystawiać faktury.
I widzisz, że to działa?
Widzę, że to ma sens. Przez całe miesiące ludzie milczeli w sprawie tego, co ich spotkało – bali się, wstydzili, nie wierzyli, że cokolwiek można zrobić.
Powiedziałeś o sprawiedliwości. Czym ona dla ciebie konkretnie jest?
Na pewno nie pieniędzmi. Mogą mi oferować dwa miliony, dziesięć milionów – te pieniądze nie dadzą mi szczęścia ani poczucia sprawiedliwości. Pieniądze nie zastąpią Julki. To jest oczywiste.
A co da?
Ukaranie osób, które przyczyniły się do śmierci Julki. Lekarz, który nie leczy, nie powinien nazywać się lekarzem. Wiem, że to mocne słowa. Ale lekarze potrafią leczyć i potrafią też mordować. I jedno, i drugie jest faktem.
Próbujesz znaleźć jakikolwiek sens w tej śmierci?
Ten sens to właśnie walka o to, żeby nikt inny nie musiał przez to przechodzić. Julia była dla mnie całym sensem. Bez niej ten świat tak naprawdę dla mnie nie istnieje. Każdy dzień jest ciężki i myślę, że tak już zostanie.
A mimo to dalej działasz.
Bo myślę, że Julka jest teraz bohaterką. To dzięki niej ta sprawa odbiła się takim echem. Ludzie zaczęli się zastanawiać, pytać, walczyć. Gdyby jej historia nie wyszła na jaw, ilu kolejnych pacjentów spotkałoby to samo? Wolę nie myśleć.
Wspomniałeś wcześniej, że nie wiedzieliście o tych sześciu godzinach kluczowych przy sepsie.
Nie wiedzieliśmy. Mówiliśmy Julce: „To normalne, że boli. Jesteś po operacji”. No bo kto by nie uwierzył lekarzowi? Teraz już wiemy, że tak nie można, że trzeba szukać, pytać, żądać drugiej opinii. Nie można bezwarunkowo ufać – nawet lekarzowi, czyli komuś po studiach, z tytułem, w białym fartuchu.
Czy ktoś próbował wykorzystać tę sprawę do własnych celów?
Oczywiście. Zerwałem kontakty z kilkoma osobami.
W internecie pojawiały się nieprawdziwe informacje o sprawie Julki.
Tak, racja. I to całkiem sporo. Ale skupiam się na tym, co umieszczam na swoim profilu – bo to, co pokazuję, to jedyna pewna prawda. Byłem przy Julce od początku do końca. Nikt inny nie może powiedzieć tego samego.
Czy były wśród wiadomości od obcych ludzi takie, które szczególnie cię dotknęły?
Tak. Odezwała się do mnie pewna pani, która w tym czasie walczyła o swojego ojca w szpitalu. Przeczytała historię Julki i pomyślała, że to samo może przydarzyć się jej tacie. Zaczęła się upominać, żądać przeniesienia go na inny oddział, domagać się pomocy – głośno, zdecydowanie. Kiedy przyszedł nowy lekarz na zmianę, udało się – ojciec dostał właściwą opiekę i przeżył. Opisała mi całą tę sytuację szczegółowo.
Co poczułeś?
Że naprawdę można coś zmienić. Że jeden artykuł, jedna historia mogą sprawić, że ktoś inny nie odpuści na szpitalnym korytarzu. Moim zdaniem nie ma nawet za co dziękować – człowiek robi to, co musi. Tak jak lekarz powinien być dla pacjenta. A w przypadku Julki nie był. Julia zaufała lekarzom. Oni mają krew na rękach.
Czy coś się już formalnie zaczęło dziać w tej sprawie?
Odbyły się przesłuchania. Najważniejsze, że coś się w końcu ruszyło. Zostają nam czas i nadzieja, że to wszystko nie pójdzie na marne.
Co chciałbyś powiedzieć tym, którzy – być może – znajdą się kiedyś w podobnej sytuacji?
Że muszą zacząć pytać, domagać się odpowiedzi. Nas, pokrzywdzonych, zbywano niejawnymi odpowiedziami. Był taki jeden lekarz – ze szpitala, gdzie Julka została przewieziona i po kilku dniach zmarła – który podszedł do mnie i powiedział cicho: „Macie prawo być smutni. I macie prawo zadawać pytania tamtemu szpitalowi”. Zobaczyłem w jego oczach, że on wszystko wie, ale nie może nic zrobić. Powiedziało mi to więcej niż cokolwiek innego.
