Mirosław Romańczuk przez 14 lat pracował jako górnik w kopalni Knurów-Szczygłowice. 22 stycznia 2025 r. znalazł się w epicentrum wybuchu metanu. Doznał oparzeń obejmujących niemal 90 proc. powierzchni ciała, stracił nogę, uszy i palce. Spędził dwa miesiące w śpiączce. Dziś twierdzi, że do tragedii mogło przyczynić się systematyczne fałszowanie pomiarów stężenia metanu.

- Sprawa Mirosława Romańczuka obnaża system, w którym bezpieczeństwo górników jest podporządkowane presji wydobywczej i finansowym interesom kadry zarządczej.
- Niezależny ekspert twierdzi, że fałszowanie pomiarów metanu jest w branży powszechnie znane, a mechanizmy korupcji skutecznie neutralizują nadzór państwowy.
- Prokuratura i Urząd Górniczy wciąż prowadzą postępowanie w sprawie wybuchu z 22 stycznia 2025 r. – jego wyniki zadecydują nie tylko o losie odszkodowania dla Romańczuka, ale i o tym, czy ktokolwiek poniesie odpowiedzialność karną za tę tragedię.
Mirosław Romańczuk był ostatnim żywym górnikiem wydobytym na powierzchnię po wybuchu metanu w kopalni Knurów-Szczygłowice, należącej do Jastrzębskiej Spółki Węglowej. W zdarzeniu z 22 stycznia 2025 r. poszkodowanych zostało 17 osób, pięciu górników zmarło. Romańczuk cudem przeżył – ale zapłacił za to wysoką cenę.
„Tylko było czekać, żeby się coś stało"
W rozmowie z reporterką Kanału Zero Moniką Krześniak górnik opisał nieprawidłowości, których miał być świadkiem jeszcze przed tragicznym wybuchem. Według jego relacji, na ścianie, przy której pracował, dochodziło do regularnego zakrywania czujników metanometrycznych oraz przenoszenia ich w pobliże lutni wentylacyjnych – czyli miejsc, gdzie nawiew świeżego powietrza uniemożliwiał rejestrację rzeczywistego stężenia metanu.
– Dużo rzeczy się działo na tej ścianie, począwszy od zakrywania czujników metanometrii. Były pojedyncze zmiany, że my jeździliśmy kombajnem tam i z powrotem mimo przekroczeń metanowych. Powiedziałem szczerze, że tylko czekać, żeby się coś stało – relacjonuje Romańczuk.
Górnik twierdzi, że osobiście zgłosił nieprawidłowe umiejscowienie czujnika. – Zauważyłem, że czujnik wisi w innym miejscu, przy lutni, gdzie świeże powietrze jest puszczone, żeby nie wykazywał przekroczenia. Zgłosiłem to i było wybicie. Później sztygar dostał telefon z góry, dlaczego stoimy kombajnem – mówi.
Konsekwencją zgłoszenia nie była korekta procedur, lecz kara: Romańczuk został odsunięty od kombajnu. – Z tego co mi wiadomo, to cały czas było kombinowane, było chowane, zaklejane – dodał.
Ekspert: to powszechna praktyka
Drugi rozmówca reporterki – osoba z wieloletnim doświadczeniem zawodowym w sektorze górniczym, która nie zgodziła się na ujawnienie tożsamości – potwierdza, że opisywane przez Romańczuka metody fałszowania odczytów są znane i stosowane w branży.
– Z mojego doświadczenia zawodowego wynika, że do takich rzeczy jak fałszowanie odczytów, wieszanie urządzeń pomiarowych w innych miejscach dochodzi, pomimo że w dokumentacji formalnie wszystko jest w porządku – stwierdza rozmówca.
Wymienia dwie podstawowe techniki. Pierwsza to fizyczne przeniesienie miernika z miejsca wskazanego w dokumentacji w pobliże kanału z czystym powietrzem. Druga – nacięcie lutni wentylacyjnej ostrym narzędziem i skierowanie strumienia świeżego powietrza bezpośrednio w kierunku zawieszonego czujnika.
– Oczywiście nikt nie robi tego bezpośrednio w strudze czystego powietrza, bo wszyscy by się zorientowali, że coś jest nie tak. Ale już w odpowiedniej odległości może to wisieć i fałszować dokumentację, i formalnie później wszystko jest okej – wyjaśnia. Dodaje, że proceder jest powszechnie znany kadrze zarządczej kopalni.
Jako motyw wskazuje wprost: – Jeżeli nie ma wydobycia, nie ma pieniędzy. A jeżeli zagrożenie metanowe uniemożliwia prowadzenie wydobycia, to kopalnia nie zarabia. Życie ludzkie nie ma znaczenia dla tych osób, które tym zarządzają.
Korupcja, zużyty sprzęt i firmy-przykrywki
Rozmówca opisuje również szerszy system patologii w polskim górnictwie. Wskazuje na korupcję przy zamówieniach publicznych – jako przykład podaje zakup kombajnu górniczego przez Jastrzębską Spółkę Węglową za ok. 25 mln zł, podczas gdy rynkowa cena analogicznego urządzenia – jak stwierdził – wynosiła ok. 9–10 mln.
Uzasadnieniem wyższej ceny miała być funkcja zdalnego sterowania, niezbędna ze względu na zagrożenie metanowe. Jak twierdzi rozmówca, kombajn nigdy nie pracował zdalnie – górnicy obsługiwali go bezpośrednio, w strefie zagrożenia. Spółka miała dokupić później naprawę za kolejne 7 mln zł.
Policja w Szkole w Chmurze po zgłoszeniu CBA. Trwa prokuratorskie śledztwo
Rozmówca twierdzi, że do udowodnienia fałszowania odczytów dochodziło rzadko, głównie z powodu korupcji w strukturach nadzoru. – Nawet jeżeli kontrole zmierzały do wykazania nieprawidłowości, pracownik urzędu górniczego dostawał ofertę pracy na kopalni za dwu- lub trzykrotność dotychczasowych zarobków – opisuje.
Jako przykład sabotowania kontroli podaje przypadek, gdy dyrektor kopalni – wiedząc o wizycie inspektorów – kazał zatrzymać pompy odwadniające, żeby woda zalała chodnik i fizycznie uniemożliwiła dojście do miejsca, gdzie fałszowane były odczyty.
Dyrektor: Nie dopuszczam takiej możliwości
Reporterce Kanału Zero udało się uzyskać komentarz dyrektora z kopalni. Pytany o doniesienia dotyczące zakrywania i przenoszenia czujników, odpowiedział: – Nie dopuszczam w ogóle takiej możliwości, dlatego że osoba, która by tego dokonywała, sama sobie stwarzałaby zagrożenie takim zachowaniem.
Dyrektor przyznał jednak, że postępowania prowadzone przez prokuraturę i Urząd Górniczy nie zostały zakończone, protokoły końcowe nie są gotowe, a prokuratura nałożyła zakaz publicznego komentowania sprawy. Zapytany, czy czujniki były prawidłowo rozmieszczone, odpowiedział: – To są wciąż tematy, które stanowią podstawę wyjaśnienia tej sytuacji przez odpowiednie organy.
Dyrektor poinformował, że spółka wypłaciła rodzinom pięciu zmarłych górników odszkodowania w drodze ugód. Romańczuk na razie otrzymał łącznie około 80 tys. zł wsparcia finansowego – w tym 50 tys. od fundacji spółki. Wniosek o refundację rehabilitacji i protezy w wysokości 33 tys. zł miesięcznie był w momencie nagrania rozpatrywany przez zarząd.
90 proc. poparzeń
Romańczuk w dniu wybuchu znajdował się poniżej ściany, gdy poczuł falę uderzeniową. Stracił przytomność, odzyskał ją w zadymionej sztolni z topiącym się hełmem na głowie. Szukał wody, pił z kałuży w chodniku. Dotarł do telefonu dyspozytora i wezwał pomoc. – Dyspozytor był trochę zdziwiony, że tam ktoś jeszcze jest – wspomina górnik.
Na pomoc czekał przez wiele godzin, mimo że każdy zjazd jest rejestrowany. Przetransportowany pod szyb, stracił przytomność na noszach. Obudził się dwa miesiące później w szpitalu w Krakowie.
Według lekarza prowadzącego, jest to przypadek bez precedensu w historii leczenia oparzeń w Polsce. – Medycyna zna statystyki, które mówią o 60-procentowych oparzeniach i śmierci. Pan Mirek ma blisko 90 procent. Spędził siedem miesięcy na OIOM-ie – mówi specjalista.
Romańczuk stracił nogę, uszy i część palców. Pierwsze samodzielne kroki postawił w październiku 2025 r. Miesięczne koszty jego specjalistycznej rehabilitacji, łączącej terapię manualną z robotyczną, wynoszą ponad 33 tys. zł. Nowoczesna proteza bioniczna, którą planują dla niego lekarze, kosztuje kilkaset tys. zł i nie jest refundowana przez NFZ. Środki na leczenie pochodzą ze zbiórki publicznej, prowadzonej przez Fundację Podaruj Dobro. Romańczuk przyznaje, że pieniądze wystarczą na kilka kolejnych miesięcy.
– Pracodawca nie powinien się odwrócić ode mnie i powinien pomagać mi w rehabilitacji, bo wszyscy wiedzą dobrze, jakie to jest kosztowne – mówi górnik. Na co dzień nie wychodzi między ludzi. – Patrzą na mnie dziwnie. Nie umiem się przełamać – przyznaje.

