
Paliwo rzeczywiście w ostatnim czasie trochę straszy cenami, raz skacząc, raz spadając za sprawą doraźnych działań rządu. W rzeczywistości nawet bez programu CPN nie byłoby aż tak źle, jak było kiedyś. Historia kryzysów paliwowych zna o wiele bardziej dotkliwe przypadki. Przede wszystkim paliwo dalej jest dostępne...
- Rzeczywiście wzrost cen paliw w ostatnim czasie jest bezprecedensowy, ale w porównaniu do mediany płacy wciąż płacimy mniej za litr niż 20 lat temu.
- Może i paliwo jest drogie, ale przynajmniej możemy zatankować go tyle, ile potrzebujemy, co przecież jeszcze w latach 80. było mocno utrudnione.
- W historii zdarzały się dużo brutalniejsze wzrosty cen, a szczególnie cierpią z ich powodu uzależnieni od jeżdżenia samochodem Amerykanie.
Od lat zaliczam się do zwolenników drogiego paliwa jako czynnika napędzającego efektywność energetyczną i wymuszającego na ludziach wymyślanie sposobów na oszczędzanie energii. Paliwo zbyt tanie prowadzi albo do całkowitego uzależnienia ludzi od transportu samochodowego, jak w USA czy w krajach Bliskiego Wschodu (gdzie de facto jest jeszcze gorzej niż w USA), albo destabilizuje państwo, jak w Wenezueli, gdzie może i benzyna jest za darmo, ale nic nie funkcjonuje normalnie. Jednak nawet mnie ostatnio zadrżała powieka, gdy wlewałem olej napędowy za 9,29 zł za litr. Gdy piszę te słowa, w życie weszły już rządowe obniżki podatków, ale potrwają one tylko do końca tego roku, a potem może znowu być „ciekawie”.
Ceny paliw w dół. To dobry moment, żeby przypomnieć, jak dojeżdżani są kierowcy aut elektrycznych
Sprawdźmy na początek jak było w Polsce
Weźmy sytuację z roku 1996: średnie wynagrodzenie to ok. 870 zł, litr benzyny kosztuje 1,40 zł. Dziś: mediana wynagrodzeń to 7500 zł, litr benzyny kosztuje 8,20 zł. Średnie wynagrodzenie wzrosło 8,6 raza, cena paliwa – 5,8 raza. Gdyby dziś proporcja między średnim wynagrodzeniem a ceną litra paliwa była taka sama jak w 1996 r., płacilibyśmy 12 zł za litr benzyny.
A rok 2006? Zarabialiśmy wtedy średnio 2477 zł, litr paliwa kosztował 4,20 zł. Przy zastosowaniu tej proporcji dziś płacilibyśmy 13,20 zł za litr. Już samo to krótkie zestawienie powinno niektórych przekonać, że tak naprawdę nie jest bardzo źle.
Nie kupujcie garaży z PRL-u. Ich ceny to żart jak z „Familiady”
Ale cofnijmy się na chwilę do PRL, do czasów przed kartkami paliwowymi
Lata 70., czyli czasy światowych kryzysów paliwowych oznaczały dla – nielicznych jeszcze wtedy – polskich kierowców horrendalne ceny paliw. Nawet jeszcze przed kryzysami, w roku 1970 Polacy zarabiali średnio 2235 zł na miesiąc, a benzyna kosztowała 6,50 zł – to tak, jakby dziś za litr płaciło się prawie 22 złote.
Później przez chwilę było lepiej za sprawą gierkowej dekady pożyczonego okresu prosperity, ale gdy weszliśmy w lata 80., sytuacja stała się tragiczna. W roku 1981 przy średnim wynagrodzeniu praktycznie równym dzisiejszemu, urzędowa cena benzyny wynosiła 32 zł za litr. W dzisiejszych czasach to oznaczałoby, że na jedno tankowanie wydajemy ok. 1200-1500 zł. A jednak ludzie jakoś jeździli, w dużej mierze na tzw. oszczędnościach, czyli paliwie skradzionym z państwowych ciężarówek – bo do 1983 r. w Polsce funkcjonowały jeszcze ciężarówki napędzane benzyną. Później przestali, bo wprowadzenie stanu wojennego oznaczało w ogóle zaprzestanie sprzedaży paliw kierowcom prywatnym.
Pieczątki, kartki i system dwupaliwowy
Przywrócono ją dopiero w lutym 1982 r., ale w systemie pieczątkowym. Kierowcy mieli specjalny kalendarzyk wydawany przez Państwowy Zakład Ubezpieczeń jako potwierdzenie opłaty ubezpieczenia OC i w tym kalendarzyku przewidziano miejsce na trzy pieczątki na miesiąc. Więcej niż trzykrotne tankowanie pojazdu nie było dozwolone, więc wygrywali ci, którzy mieli większe zbiorniki paliwa, albo mniejsze spalanie.
System ten przetrwał bardzo krótko, bo już w 1984 r. pojawiły się świetnie znane kartki na paliwo o różnej kolorystyce w zależności od pojazdu, którego dotyczyły. Pracownik stacji benzynowej po każdym tankowaniu odcinał jeden kupon z kartki i tym sposobem pilnowano reglamentacji. Można było kupić benzynę komercyjną, czyli spoza kartek, ale jej cena była trzykrotnie wyższa, a sam ten „dwupaliwowy” system funkcjonował tylko w latach 1988-1989. Wcześniej benzyna „komercyjna” zwykle oznaczała szemrane zakupy poza stacją benzynową i nalewanie z butelek.
Rosja przedłuża zakaz eksportu benzyny do końca roku. Kryzys paliwowy trwa
W Polsce i tak mamy nieźle
Najbardziej dotkliwy kryzys paliwowy przeżyli mieszkańcy Stanów Zjednoczonych w roku 1973. Stany Zjednoczone rozpoczęły masowy import ropy naftowej po roku 1969, gdy ich wydobycie osiągnęło swój szczyt i zaczęło spadać. Już w 1973 r. aż 83 proc. importowanej ropy pochodziło z Bliskiego Wschodu, podczas gdy wcześniej posiłkowano się ropą z Kanady czy Wenezueli. Dlatego wprowadzone w 1973 r. przez kraje arabskie embargo dla wszystkich, którzy wsparli Izrael w wojnie Jom Kipur, okazało się ciosem, który przewrócił amerykańską motoryzację. Ceny ropy naftowej wzrosły wtedy w krótkim czasie ok. trzykrotnie.
Ale to nie koszt galona benzyny najbardziej dręczył amerykańskich kierowców, tylko racjonowanie paliw. Wielogodzinne kolejki, limity tankowania i słynne tabliczki „last car in line” (ostatnie auto w kolejce) stały się rzeczywistością amerykańskich kierowców. Kryzys roku 1973 sprawił, że Amerykanie na stałe odwrócili się od paliwożernych krążowników szos, a że nie umieli się przestawić na produkcję mniejszych i oszczędniejszych aut – oddali bez walki własny rynek Japończykom, którzy perfekcyjnie wykorzystali sytuację.
Upadek amerykańskiej legendy. Boeing walczy o powrót do łask
Kolejne uderzenie nadeszło w roku 1979, gdy po rewolucji irańskiej znacznie spadło wydobycie i eksport ropy naftowej w tym kraju. Choć światowe wydobycie ropy zmniejszyło się zaledwie o kilka procent, wystarczyło to by napędzić spiralę wzrostu cen. W ciągu jednego roku cena baryłki ropy wzrosła dwukrotnie, z niecałych 16 do 39 dol., co oczywiście istotnie przełożyło się na ceny paliw na świecie. W Stanach Zjednoczonych powróciły kolejki na stacjach, a Amerykanie stali w nich nie gasząc silnika, marnując hektolitry paliwa dziennie.
Kryzys roku 1979 wpędził w długotrwałą recesję lub stagnację także kraje Europy Zachodniej, odczuły go także boleśnie kraje obozu socjalistycznego, zmagające się z olbrzymim zadłużeniem.
Żółta kartka dla Polski. Rosnący dług i deficyt zebrały gorzkie żniwo
Przyjeżdżasz na stację, a tu nie ma paliwa
W ostatnich czasach głośno było (przez chwilę) o sytuacji na Kubie, gdzie wskutek amerykańskiego embarga paliw nie ma praktycznie w ogóle. Kryzys paliwowy przyjął tam formę ekstremalną: stacje benzynowe po prostu nie funkcjonują. Można „zapisać się” na państwowy przydział paliwa, przy czym piszę to w cudzysłowie, bo z tego zapisu nic potem nie wynika. Raz na jakiś czas pojawia się dostawa paliw np. z Rosji, ale to nijak nie jest w stanie zaspokoić lokalnego popytu. Wskutek tego kierowcy po prostu przestali jeździć, a jeśli jeżdżą, to na paliwie kradzionym z państwowych ciężarówek i sprzedawanym na czarnym rynku w cenach typu osiem dol. za litr.
W Wenezueli, kraju o gigantycznych rezerwach ropy naftowej, braki paliwowe zaczęły się ok. 15 lat temu. Wskutek politycznych zawirowań lokalna produkcja znacznie spadła i o ile Wenezuela dalej eksportowała nierafinowaną ropę, to paliwa musiała importować. Gdy USA nałożyły na ten kraj sankcje w roku 2017, możliwości importu znacznie spadły i w kraju, gdzie teoretycznie paliwo było najtańsze na świecie, nie sposób było go kupić. Państwowa cena benzyny to trzy centy za litr, ale pod warunkiem, że możesz wykorzystać swój państwowy przydział w wysokości 120 litrów na miesiąc, bo akurat benzyna fizycznie jest na stacji. A co do tego nie ma żadnej reguły. Ostatnio podobna sytuacja jest w Rosji.
Obejrzyj także:
Obecna sytuacja to nie tylko efekt wojny USA-Iran
Można zwalać winę na polityków, można oburzać się na Donalda Trumpa, ale przyczyn jest o wiele więcej. Przede wszystkim ropa to środek spekulacyjny, na którym można zarabiać nawet całkiem prywatnie, mając apkę do inwestowania w telefonie. Destabilizacja polityczna sprawia, że inwestorzy kupują to, co ma małą elastyczność popytową – świat potrzebuje ropy do funkcjonowania, a zapotrzebowanie na nią wcale nie chce spadać, wręcz przeciwnie. Jedyne co spada, to światowe zasoby gotowych paliw.
Zwłaszcza w Chinach występuje stały wzrost popytu, nawet o kilka procent rok do roku. Tyle że tania ropa naftowa już się skończyła – wprawdzie organizacje zajmujące się jej wydobyciem uspokajają, że szczyt produkcji jeszcze przed nami i surowca wystarczy na minimum kilkadziesiąt lat, ale nie dodają już, że trzeba inwestować coraz więcej energii, żeby wyrwać ropę z wnętrza ziemi. Skończyły się czasy, gdy po wbiciu łopaty w roponośne pole, czarny płyn sam tryskał pod wielkim ciśnieniem. Teraz trzeba drążyć dno oceaniczne albo wyciskać go z piasków bitumicznych. Dopóki występuje znaczny popyt, firmom naftowym opłaca się to robić.
„Mają nienasycony apetyt”. Donald Trump ogłasza naftowy biznes z Pekinem
Teraz i tak jest świetnie, bo popyt na paliwa jest duży (to dobrze)
Wyobraźmy sobie jednak, że Unia Europejska dotrzyma słowa i zakaże sprzedaży samochodów spalinowych już za 9 lat. Ich liczba zacznie gwałtownie spadać na rzecz aut elektrycznych, co doprowadzi również do spadku popytu na paliwa kopalne. Czy wtedy benzyna i olej napędowy stanieją? Wygląda na to, że wręcz przeciwnie – im mniej opłacalna będzie ich sprzedaż, tym więcej trzeba będzie zapłacić za litr, żeby było z czego utrzymywać infrastrukturę. Sieć stacji paliw zapewne znacznie się skurczy i twardzi przeciwnicy elektromobilności będą kilometrami podróżować w poszukiwaniu dystrybutora z paliwem. Mamy więc do czynienia z paradoksem, w którym przy dużym popycie paliwa są drogie, ale przy małym byłyby jeszcze droższe.
To może benzyna syntetyczna?
Wytwarzana w Chile przez Porsche zeroemisyjna benzyna syntetyczna powstająca ponoć z dwutlenku węgla wyłapanego z powietrza obecnie kosztuje ok. 19-20 zł za litr, ale powstaje w tak małych ilościach, że nie ma szans nijak wpłynąć na rynek paliwowy. Rocznie produkuje się tam zaledwie 130 tys. litrów paliwa, co odpowiada dwóm tysiącom baryłek ropy naftowej. Świat zużywa już 100 mln baryłek dziennie. A będzie zużywał jeszcze więcej, zanim nastąpi naturalny spadek popytu wywołany zwiększeniem się liczby aut elektrycznych i spadającą liczbą kierowców w ogólności.
Cieszcie się więc tanią benzyną za 6,73 zł za litr, póki jeszcze możecie.

