W kolejce po darmowy obiad przed Berliner Stadtmission słychać niemiecki, rosyjski i polski. W Berlinie może mieszkać pięć tysięcy bezdomnych Polaków. – Nie każdy jest zwykłym menelem, niektórym po prostu posypało się życie – mówi Sebastian, który też miał epizod na ulicy.

- Zapach marihuany na przejściu dla pieszych, heroiniści w parku o trzeciej w nocy – Berlin to miasto, gdzie wolność i upadek chodzą ramię w ramię.
- Sebastian trafia na ulicę po kłótni z pracodawcą. Berlińskiej bezdomności zaznaje przez dziesięć dni. Wie, że to nie jest życie dla niego.
- W kolejce po darmowy obiad przed Berliner Stadtmission słychać polski, niemiecki, rosyjski. W Berlinie może mieszkać pięć tysięcy bezdomnych Polaków.
- Marie przeżyła lata 70. w Berlinie Zachodnim — LSD, punk i puste przestrzenie po wojnie. Heroiny nie wzięła nigdy. „Uratowała” ją śmierć przyjaciółki.
– Są dwa Berliny. Jeden za dnia – bezpieczny, nowoczesny, turystyczny, rodzinny. Drugi to ten nocny. Mało czego się boję, ale gdy wjechałem rowerem do Tiergarten o trzeciej nad ranem, żałowałem, że tam jestem. Heroiniści ze strzykawkami w dłoniach, niczym zombie, chodzili po parku – mówi mi przez telefon, kilka tygodni przed naszym spotkaniem na żywo, Sebastian.
Różowe ściany
Do stolicy Niemiec docieram w styczniowy, poniedziałkowy wieczór. Pociąg z Warszawy – o dziwo, co zaznaczają miejscowi – na stacji Berlin Hauptbahnhof pojawia się punktualnie.
Śpię niedaleko Alexanderplatz – dawnego centrum handlowego i komunikacyjnego Berlina Wschodniego. Po wyjściu z taksówki postanawiam wybrać się na krótki spacer dla rozprostowania nóg. W mieście jest jeszcze trochę śniegu przyjemnie skrzypiącego pod nogami. Okolice wspomnianego placu to bloki z wielkiej płyty. Różowe, niebieskie i pomarańczowe ściany mieszkań – wyraźnie oświetlone mocnymi żarówkami – kolorują szarą elewację. Opuszczone rolety, zasłony? Zapomnij. Dzięki temu mogę – co uwielbiam – podglądać codzienność mieszkańców.
Po Otto-Braun-Straße leniwie toczą się auta. Patrzę na zegarek. Już po 22. Mijają mnie nieliczni przechodnie. Zmierzam w stronę lekko zamglonej, ale dobrze widocznej wieży telewizyjnej – Berliner Fernsehturm.

Okolice Alexanderplatz nocą. (fot. Zero.pl)
Tuż przed przejściem dla pieszych zatrzymuję się na czerwonym świetle. Obok kobieta w średnim wieku. Jej wyraziste rysy kojarzące się z Grenlandią okala kaptur obszyty sztucznym futrem. Po lewej stronie – szybkim krokiem – do „zebry” podchodzi nastolatek. Rozmawia przez telefon, paląc jointa. Jeśli ma 18 lat, to tutaj legalne. Jego akcent podpowiada mi, że może być z Brazylii.
Wspólne oczekiwanie na zielone to Berlin w pigułce – miks kultur i unoszący się w wielu miejscach zapach marihuany.
„Czas się ogarnąć”
Z Sebastianem spotykamy się nazajutrz. Rozpoznaję go bez problemu. Energicznie i mocno podaje mi rękę na powitanie. 45-latek jest żywiołowy, ma rozbiegane, wesołe spojrzenie. – Poszukajmy najpierw fajek, a potem możemy robić, co tylko chcesz – rzuca.
Idziemy więc w kierunku stacji U-Bahn – berlińskiego metra. Po drodze mężczyzna kupuje papierosy. Ślizgając się co jakiś czas na lodzie, dochodzimy do Alexanderplatz. Jednak najpierw – zamiast biec na pociąg – zatrzymujemy się na kawę.
Sebastian w Berlinie jest od 2024 r. Po pobycie w polskim więzieniu stwierdza, że „czas się ogarnąć” i wyjeżdża do Niemiec.
– Na początku nie chciałem. Bałem się, że zarobię za mało, a wysyłam jeszcze kasę dzieciakom.

Sebastian podczas spaceru po Berlinie. (fot. archiwum prywatne)
Ostatecznie jednak to tu się osiedla. Działa w budowlance. – Sporo w tej branży Polaków i polskich firm, choć z uczciwością bywa różnie.
Problemy mężczyzny zaczynają się już na początku. Znajomy oszukuje go, przez co Sebastian traci płynność finansową.
– Ja się z nim pokłóciłem, no bo tak: jeden tydzień nie było siana, a miało być co tydzień, drugi – nie było. Trzeciego mówię: „Ty, no chłopie, normalny jesteś?”. On warczy: „Coś ci się nie podoba? To wypie… dalej”. No wziąłem rzeczy i poszedłem, nie?
„Dla niektórych to rewelacja”
Pakuje się w plecak i torby. Trafia na berlińską ulicę. – To był jeszcze wrzesień, początek jesieni – w miarę ciepło, nie? Pomyślałem: zrobię sobie jakiś lekki melanż, tydzień, dwa i się ogarnę. No i faktycznie – tydzień się bawiłem. Ale potem mówię sobie: „Nie, k…, to nie jest dla mnie, to nie jest życie”.
Na ulicy spędza dziesięć dni. – Dla niektórych to rewelacja. Tacy, co nie mają żadnych celów w życiu – im to pasuje. Oni mają gdzie się wykąpać, pójdą na misję. Czyste ciuchy? Nie piorą – dają im tam nowe. No lepiej niż u mnie, kurde, ja muszę prać. Bezdomni co trzy tygodnie dostają od różnych organizacji pomocowych namioty. Niektórzy sprzedają je dalej. W sklepie – sprawdzałem – kosztują 80 euro.
Przez krótki czas bezdomności Sebastian głównie pije. A jedzenie? Wystarczy pójść do sklepu i ukraść. – Żeby wezwali policję, to musisz nakraść drogich alkoholi. Ale bułki i mięso za 20 euro? Nikt się tym nie przejmuje. Ochroniarz wyrzuci cię ze sklepu i przez kilka miesięcy nie będziesz mógł tam przychodzić. Konsekwencje niewielkie.
Jak zaznacza, „pół życia robił coś na lewo”, więc sklepowe rabunki to dla niego nic wielkiego.
Podczas mieszkania na ulicy Sebastian poznaje innych bezdomnych – w większości Polaków. Jak zaznacza, „nie każdy jest zwykłym menelem, niektórym po prostu posypało się życie”. Mężczyzna nie chce podzielić ich losu.
– Któregoś dnia myślę sobie: „Nie, k…, ja tak nie mogę żyć. Muszę mieć pieniądze”. Lubię pieniądze, nie? Lubię podróżować, zwiedzać. Nie lubię nikogo o nic prosić. Wiem, że niektórzy mówią: „Lepiej być bez niczego niż coś mieć”. Ale ja nie. Jak czegoś potrzebuję, to idę i kupuję. I co dalej? Przyjedzie kiedyś dzieciak i co mu powiem? „Słuchaj, mieszkamy na ulicy i to jest okej?”. No nie. To jest jakieś chore.
Sebastian zaczyna szukać pracy. – To nic trudnego. Odpalasz Facebooka i masz 50 ogłoszeń. Po dwóch godzinach byłem w kontakcie z obecnym szefem. Pojechałem pod wskazany adres. Dał mi klucze do chaty, kazał odpocząć, wyspać się i odezwać za dwa dni.
Pytam o rodzinę. Ma z nią kontakt w tamtym czasie?
– Nie. Z rodzicami zerwałem więzi 15 lat temu. Na bieżąco jestem tylko z dziećmi i ich matkami.
„Kiedyś tam ostro ćpali”
Sebastian chce mi powiedzieć coś jeszcze, ale w kawiarni robi się tłoczno. – Pogadamy, jak wyjdziemy. Gdzie chcesz iść? Może okolice Dworca Zoo? Kiedyś tam ostro ćpali, teraz spotkasz tam raczej bezdomnych Polaków. Po narkotyki to na Kreuzberg.
Cel obrany. Z pociągu (tym razem S-Bahn) wysiadamy jednak wcześniej, w okolicach Tiergarten. To tam – w środku lata – Sebastian, jadąc na rowerze, natyka się na heroinistów ze strzykawkami.
Teraz – a jesteśmy tu w ciągu dnia – widać tylko rozbite gdzieniegdzie namioty bezdomnych.
40 lat temu to właśnie na obrzeżach Tiergarten ówczesna młodzież uzależniona od narkotyków powiela te same schematy. Chudzi, bladzi, z pustym spojrzeniem, czasem nawet kilkunastoletni. Igły krążące od ręki do ręki. Scena narkotykowa Berlina Zachodniego – otwarta, widoczna do bólu. – Ciekawe, czy chociaż jeden z tych dzieciaków wyszedł na prostą – zastanawia się głośno Sebastian.
Jesteśmy coraz bliżej dworca oraz wspomnianej przez niego misji pomagającej będącym w kryzysie bezdomności. Kroczymy – wzdłuż kolejnych namiotów – Hertzallee.
Kurtki, walizki, materace, kołdry (pod niektórymi leżą ledwo przytomne osoby), resztki jedzenia, siatki a nawet świąteczne ozdoby – mijamy to wszystko szybkim krokiem, podobnie jak reszta przechodniów.

W takich namiotach często mieszkają osoby w kryzysie bezdomności. (fot. Zero.pl)
Piesek w kurteczce
Deutsche Welle w 2025 r. podaje, że w Niemczech na ulicy mieszka ponad pół miliona ludzi. Są wśród nich Polacy. W samym Berlinie może być ich pięć tysięcy.
Za rogiem dostrzegam dość długą kolejkę ludzi w różnym wieku i różnych płci. – O, jesteśmy. Chyba czekają na jedzenie. Niektórzy to mają lepiej niż w domu. Telefony, powerbanki, akumulatory. I jeszcze tyle rzeczy za darmo. Nie dziwię się, że nie chce im się wyrwać z tego gó…
Berliner Stadtmission to protestancka organizacja charytatywna. Oprócz obiadu osoby w kryzysie dostaną też ubrania. Oferowane są noclegownie, schroniska, kąpiel, pranie, podstawowa opieka medyczna, pomoc socjalna i wsparcie wyjścia z bezdomności.
Są tu teraz, ale są też w latach 80. To u nich uzależnieni spędzający wtedy czas w okolicach Dworca Zoo znajdują wsparcie.
Idziemy obok kolejki. Słychać język polski, ale też niemiecki, angielski i rosyjski. Ktoś opowiada żart o szkole, ktoś inny – po polsku – w żarliwej dyskusji, rzuca wiązankę przekleństw. Kobiety i mężczyźni są zaniedbani, od wielu – już z daleka – wyczuwam woń alkoholu.

Kolejka do Berliner Stadtmission. (fot. Zero.pl)
Ruch koordynują pracownicy misji. Mają na sobie niebieskie kamizelki, łatwo ich rozpoznać. Zagaduję po angielsku do jednego z nich – młodego chłopaka.
– Czy dzisiejsza kolejka (kilkadziesiąt osób – red.) jest duża? Jak zazwyczaj to u państwa wygląda?
– W zimie przychodzi więcej ludzi. W lecie jakoś sobie radzą, ale gdy temperatura spada poniżej zera, robi się gęściej. Przepraszam, nie mam czasu na dłuższą rozmowę. Widzi pani sama, jak jest… – ucina i wraca do pracy.
Sebastian widzi moją niepewną minę. Lekko się uśmiecha.
– Spokojnie, ze mną nic ci nie grozi. Znam tu niektórych.
Idziemy dalej. W podziemnym przejściu – na trzech materacach – siedzi kobieta koło pięćdziesiątki. Obok niej – pod brudnymi kołdrami – dwa niewielkie kundelki. Jeden z nich ma nawet zimową kurteczkę. Nie wyglądają na zaniedbane, ale ten widok i tak łamie mi serce i nie daje spokoju przez resztę dnia.
Likier miętowy
– To co, Kreuzberg? Chodź jeszcze do sklepu, kupię coś do picia – mówi Sebastian.
Zaglądamy do spożywczego. Mój towarzysz łapie w przelocie tanie wino i setkę z ciemnozielonym płynem. – To likier miętowy. Lubię ten smak.
Ja popijam lekko zimną herbatę, którą zaparzyłam w kubku termicznym jeszcze w hotelu.
W Niemczech nikogo nie zdziwi alkohol spożywany na ulicy. To z reguły dozwolone. Lokalne władze mogą wprowadzać pewne obostrzenia, np. przy okazji dużych imprez.
– O, zobacz. Idzie bezdomny. Polak. Kojarzę go – przerywa nagle Sebastian.
Mężczyzna – około czterdziestki – jest dość zaniedbany. Twarz ma koloru ciemnoczerwonego. Mijamy go, gdy grzebie w śmietniku. Znajomi wymieniają się przelotnym „cześć”.
„Przeklęte gó…”
– No dobrze… Nie będę owijać w bawełnę. Mam ADHD i od 20 lat jadę na amfetaminie. Paradoksalnie ona mnie uspokaja – rzuca pospiesznie Sebastian, smakując likier.
Dlaczego bierze?
– Trudne dzieciństwo – wybucha śmiechem.
Detoks ma właściwie raz. Przymusowy, ze względu na pracę.
– Siedem dni leżałem jak struty. Przeklęte gó… Spałem, nie miałem energii. Nie byłem w stanie pracować. Ale i tak alkohol robi w głowie większy syf. Amfetamina daje mi spokój.
Pytam Sebastiana, czy lubi ciszę.
– To zależy. Niby lubię mieszkać sam, spokój, skupienie. Lubię być też w centrum uwagi, nie? Ale są takie momenty, że człowiek się tym męczy – bo ile można, nie? Wtedy chcę po prostu usiąść w domu, żeby nikt mi tam nie chodził, nikt nic nie mówił. Mam też strasznie mocną potrzebę porządku. Jak się mieszka z kimś we dwójkę, to jeszcze pół biedy. Ale jak w pięciu? No to wiesz, jak jest. Zaczynają się rozliczenia, awantury.
Mój rozmówca ma – jak podkreśla – dużą chęć niesienia pomocy.
– Owszem, biorę, ale poza tym mam ogarnięte życie, dach nad głową, dobrą pracę, pieniądze, które lubię wydawać. Dużo się ruszam, zwiedzam. Jak widzę młodych chłopaków na ulicy, nie mogę do nich nie zagadać.
Opowiada o jednym z nich.
– 22 lata. Ogarniał języki: niemiecki, angielski, rosyjski, polski. W ogóle nie pił. Patrzę na niego i myślę: „Jeszcze dwadzieścia lat i będzie zajechany”. Pytam: „Co ty tu, ku…, robisz?”. Mówi, że wrócił z Polski przez jakąś dziewczynę. Po dwóch tygodniach znowu na niego trafiłem. Wsadziłem do auta, zabrałem do siebie. Wykąpał się, przebrał, trochę ogarnął. Po dwóch dniach uciekł. Złapałem go jeszcze przed Wigilią. Mówię: „Za dwa dni święta, zimno, namioty – chodź do mnie”. Odmówił. No i co ja zrobię? Na siłę nikogo nie da się uratować.
Po Kreuzbergu – mijając dilerów stojących w bramach i na rogach ulic (to w tej dzielnicy dość zwyczajny widok – red.) – robimy kolejne wspólne kilometry przeplatane rozmową. Kończy ją wątek szansy.
– Staram się ją dać każdemu, bo sam kiedyś taką dostałem. Raz, drugi. Ale nie będę nikogo trzymał na siłę ani płacił za to, żeby chciał żyć. Mi, ku…, nikt za to nie zapłacił. A jakoś żyję, nie? – kończy Sebastian.
„Görli” i „Kotti”
Na Kreuzbergu zostaję sama. Dzielnica ta jest znana z kontrkultury, migracji i politycznego fermentu. Kusi też restauracjami z kuchniami z całego świata, imprezami trwającymi do świtu i narkotykami. Najbardziej znanym i kontrowersyjnym parkiem, gdzie marihuanę, ale też inne substancje dostaniesz od ręki, jest Görlitzer. Dilerzy handlują głównie wieczorami i nocą, ale bez problemu znajdziesz ich w ciągu dnia. Tuż obok nich, na sąsiedniej ławce, siedzą dwie staruszki, ścieżką przechadza się pan z psem, a nieopodal na placu zabaw bawią się dzieci. Przyjemniejsza część tutejszego krajobrazu ulatnia się wraz z zachodzącym słońcem.
Po mojej prawej zostawiam „Görli” i kieruję się w stronę „Kotti”, czyli stacji U-Bahn Kottbusser Tor – chaotycznego, symbolicznego miejsca na Kreuzbergu leżącego na styku tej dzielnicy i sąsiedniego Neuköllnu.
Jest głośno, brudno, żywo i dynamicznie. W lipcu ubiegłego roku po raz pierwszy spotykam tu człowieka po spożyciu fentanylu. Złamany w pół, spodnie spuszczone do kostek i mechaniczny ruch do przodu i do tyłu. Myślę o tym przez kilka następnych dni. „Kotti” – niestety – nie zawodzi też tym razem. Dokładnie w tym samym miejscu, tuż obok jednego z wejść do metra, widzę innego uzależnionego od fentanylu. Kilka metrów od niego, opierając się o brudną elewację budynku, stoi kilku bezdomnych. W ciągu paru minut tych ludzi mijają setki innych. W pośpiechu, zagadani, uśmiechnięci. Zero reakcji. Ot, codzienność. Warto dodać, że na Kottbusser Tor znajduje się posterunek policji.
Mundurowi jednak nie podejmują żadnych działań. Chyba że ktoś wda się w bójkę lub na ulicy zrobi się niespokojnie. „Kotti” regularnie odwiedzają także organizacje pomocowe rozdające m.in. czyste strzykawki – tzw. harm reduction – czy prezerwatywy.
Zaczyna się ściemniać. Na dziś dość już wrażeń. Opuszczam „Kotti” z poczuciem niesprawiedliwości i w metrze „trawię” dzisiejsze rozmowy. W pewnym momencie do mojego wagonu wsiada bezdomny. Wygląda dość młodo.
– Hast du was zu essen oder trinken? (Czy masz coś do jedzenia lub picia? – red.) – pyta wszystkich po kolei. To dość popularna tu praktyka. Jeden z mężczyzn podaje mu dwie zawinięte w folię spożywczą kanapki z ciemnym chlebem.
W głowie mam wciąż panią na materacach i jej dwa psy. W okolice Dworca Zoo postanawiam wrócić jutro. Jeśli tam będzie, zaczepię ją i zapytam, dlaczego wybrała tę drogę.
Przeczucie nie zawodzi. Kobieta – nazywam ją Karla – wciąż tkwi tam z psami. Przypominam sobie szkolny niemiecki i zadaję wspomniane wyżej pytanie.
– Problemy rodzinne, a potem alkohol. Ale meine lieben (moje kochane – red.) mają karmę i ciepło. Nie cierpią – odpowiada. Dłużej rozmawiać nie chce.
13 lat
Karla jest na Dworcu Zoo dziś, Marie była kilka dekad temu, w najgorszych czasach.
Urodzona w 1960 roku, jako nastolatka kręci się nieopodal. Dziś z długimi, siwymi włosami i hippisowską duszą wiedzie spokojne życie. Młodość to tego totalne przeciwieństwo.
Marie dorasta w Berlinie Zachodnim. Ojciec? Zaangażowany politycznie, raczej po lewej stronie. – Nie był komunistą, a profesorem politologii. Nie indoktrynował mnie, ale dużo uczył: o polityce, Związku Radzieckim, różnych systemach.
Problemy w domu zaczynają się, gdy moja rozmówczyni kończy 13 lat. Szczególnie ściera się z mamą.
– Czasy po wojnie były bardzo ciężkie – głód i wiele przeciwności, takich jak znalezienie się razem z mamą i bratem w nowym miejscu, do którego musieli uciec i gdzie nie byli mile widziani, bo dom był już pełen głodnych kobiet oraz dzieci. Jak trudno miała, zrozumiałam dopiero po latach.

Marie w wieku 26 lat. (fot. archiwum prywatne)
Rodzice Marie rozstają się trzy lata później. Matka bardzo to przeżywa, ale idzie własną drogą. W wieku 40 lat zaczyna studiować medycynę. Wtedy też poprawia się jej kontakt z córką (około 20-letnią).
Wróćmy jednak do wczesnych lat nastoletnich Marie. Wielu ludzi wokół niej jest kompletnie apolitycznych, nigdy nie odwiedzają nawet NRD. Ona ma z Niemcami Wschodnimi stały kontakt – cała jej rodzina mieszka po drugiej stronie muru lub w innych miastach na wschodzie.
– Gdy masz 15 lat i jesteś nastolatkiem, atmosfera wśród znajomych… była dla nas normalna. Mur nie był czymś, co nas specjalnie uwierało. My się z nim wychowaliśmy. Dopiero wtedy zaczęliśmy rozumieć, że Berlin Zachodni jest takim dziwnym tworem, wyspą. Nie było tu przemysłu, bogaci ludzie i firmy wyjechali. Bali się, że ZSRR kiedyś zajmie miasto. Zostawili po sobie ogromne mieszkania i przestrzenie.
Dla młodych ludzi to znakomita sytuacja. Puste miejsca, opuszczone budynki, ruiny. Wszystko tanie, dostępne.
– Czuliśmy się bardzo wolni. Starsi widzieli to zupełnie inaczej – dla nich miasto było jeszcze świeżo po wojnie. My dorastaliśmy bez większych problemów, wśród tych „resztek” Berlina, które jakby czekały na nas.
W tych pustych przestrzeniach – w parkach, lasach, ruinach – zaczyna rosnąć subkultura. Trochę hippisowska, później coraz bardziej punkowa. Miks.

Marie w wieku 27 lat we Florencji. (fot. archiwum prywatne)
„Tańczyłam całą noc”
Imprezy?
– Alkohol nas niespecjalnie interesował. W wieku 15 lat zaczęliśmy palić trawkę, rok później odkryłam LSD. To były zupełnie inne spotkania niż alkoholowe balangi – spokojniejsze, dziwne, pełne śmiechu. Dziś wiem, że LSD otwierało sposób myślenia. Nagle widzisz świat inaczej, masz poczucie, że drzewa żyją, że wychodzisz poza siebie. Oczywiście, to też było niebezpieczne, ale jestem wdzięczna, że tego doświadczyłam.
Wiele nocy Marie spędza w klubie „Music Hall”. Ma 16 lat.
– Najczęściej brałam niewielką ilość LSD i tańczyłam przez całą noc. Nadal byłam uczennicą, a mama budziła mnie do szkoły. Bardzo często więc wślizgiwałam się do mieszkania i do łóżka tuż przed tym, jak pukała do moich drzwi.
Inne miejsce – znacznie bardziej hippisowskie – to „Krumme Lanke”, czyli jezioro w lesie w południowo-zachodniej części Berlina. Spotykają się tam ludzie idący pod prąd, tzw. „dropouts”.
– Alternatywny styl życia to coś, co bardzo mnie pociągało. Wiedziałam, dokąd nie chcę iść. Żadnej prostej kariery, żadnych „normalnych” zawodów, niczego, czego oczekiwało ode mnie społeczeństwo albo rodzice. Może życie z przyjaciółmi na wsi? W Zachodnim Berlinie nie było czegoś takiego. Nie wiedzieliśmy, jak może to wyglądać. A na dodatek ćpaliśmy za dużo, żeby naprawdę podejmować decyzje.
Wszystko oprócz heroiny
Heroinę bierze się w całym Berlinie Zachodnim.
– Kolega mówił mi, że w latach 70. była „lepsza”, później coraz gorsza i coraz bardziej śmiertelna. Ludzie masowo umierali.
Marie przyznaje, że – oprócz niej – spróbowała każdego dostępnego wówczas narkotyku.
– Przedawkowała moja najlepsza przyjaciółka. Zmarła, mając 22 lata. W pewnym momencie prawie cała moja najbliższa grupa znajomych brała heroinę. Ja, mając w głowie jej historię, nie. To mnie uratowało.

Marie w wieku 29 lat. (fot. archiwum prywatne)
Według Marie najbardziej buntowniczy był wówczas styl życia. Wspomina o ubraniach.
– Porwane, pospinane agrafkami. Moja matka była załamana – wysyłała mnie do szkoły w porządnych ciuchach, a ja przebierałam się w piwnicy. Najpierw hippisi, potem punk – wszystko było prowokacją wobec starszych. I bardzo to lubiliśmy.
Wielu nauczycieli, sędziów, urzędników jest wtedy dawnymi nazistami albo ludźmi o podobnym myśleniu. Jak twierdzi Marie, nie mówią tego wprost, ale zdradza ich język. To powoduje ogromne napięcia międzypokoleniowe.
– Policja? Na co dzień prawie niewidoczna. Była brutalna podczas demonstracji, ale poza tym raczej nie ingerowała. W Berlinie Zachodnim mieliśmy ogromną swobodę.
Jak radzi sobie w liceum? Marie wybucha śmiechem. – Do dziś tego nie wiem! Bardzo lubiłam matematykę, a z innych przedmiotów byłam na tyle bystra, żeby zdać egzaminy.
„Tego już nie ma”
Nastolatka rzuca szkołę w momencie osiągnięcia pełnoletności. Opuszcza dom i wyjeżdża z Berlina. Wraca jednak po kilku latach i mieszka tam do dziś.
Gdy Marie porównuje miasto sprzed kilku dekad do tego z 2026 r., stwierdza jedno: brak wolnych przestrzeni.
– Nie narkotyków, a miejsc dla młodych ludzi, którzy po prostu chcą się bawić. Teraz wszystko robione jest dla zysku. Berlin Zachodni miał wtedy wyjątkową mieszankę ludzi. Tego już nie ma.
