Reklama
Reklama

Reklama

Czwarta klientka o 14:30. Tak wygląda śmierć polskiego bazaru

Reklama
TYLKO NA

Na mazowieckich targowiskach coraz częściej słychać ciszę zamiast handlowego gwaru. Sprzedawcy z Sulejówka, Pawłowic i Falenicy mówią o pustkach i kurczącej się klienteli – głównie seniorach. A jednak wśród cerat, skarpetek i wiejskich jaj wciąż tli się nadzieja, że lokalny handel przetrwa dzięki relacjom, których nie da się kupić w markecie.

Jak dziś funkcjonują polskie bazary?
Jak dziś funkcjonują polskie bazary? (fot. Zero.pl)
  • Puste alejki zamiast tłumów – tak wygląda dzień targowy. Na niektóre stoiska zagląda zaledwie kilku klientów na krzyż, a handlarze notują kilkadziesiąt złotych obrotu.
  • Starsze sprzedawczynie z czapkami, ceraty „w promocji” czy wiejskie jajka od młodej kury – to świat, który powoli znika, choć jego bohaterowie wciąż przychodzą „dla ludzi, nie tylko dla zarobku”.
  • Mimo kryzysu wielu handlarzy wierzy, że bazarki przetrwają, bo klienci coraz częściej szukają kontaktu, wiarygodności i jakości – wartości, których nie zastąpi żadne centrum handlowe.

Reklama

– We wtorek, choć to dzień targowy, powinno być spokojniej niż w piątek. Wtedy uda ci się porozmawiać z ludźmi – mówi mi Jolanta Piętak, stała bywalczyni targu w Sulejówku pod Warszawą.

Nie sądziłam jednak, że „spokojniej” rzucone z ust 74-latki równać się będzie niemal pustkom.

Chyba każdy 30-40-latek ma w swoich wspomnieniach choćby jedną wizytę na targu i mamę zmuszającą do mierzenia spodni za autem handlarza. A co, jeśli zobaczy nas ktoś znajomy? Będzie wstyd, jak nic.


Reklama

Eko, slow, bio

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2024 r. w Polsce działało 2 636 stałych targowisk – nieco więcej niż rok wcześniej. Handlowano na nich na ok. 85 tys. stałych stoisk.


Reklama

Tyle że – jak mówią rozmówcy Zero.pl – to już inny bazar – ekologiczny, slow food, miejski, drogi. W praktyce znika konkretny model: starsza pani z czapkami, handlarz ceratą czy sprzedawca scyzoryków. Ich klientela albo się kurczy, albo przeniosła się do marketów. Sam bazar jednak nie znika – przeżywa renesans, tylko w zupełnie nowej formie i dla innego odbiorcy.

Targ w Sulejówku we wtorkowy poranek. (fot. Zero.pl)

„Tradycyjne” bazary oraz targi wciąż istnieją w wielu miastach i miasteczkach w Polsce. Spotkacie tam 75-letnią sprzedawczynię handlującą „od zawsze”, czy dzieci tego pana, co to zawsze przywoził najlepsze wiejskie jajka.


Reklama

Jest jednak coraz gorzej – przyznaje wielu, z którymi rozmawiamy.


Reklama

„Te diorki fajne”

Do Sulejówka przyjeżdżam we wtorek, chwilę po 8. Zgodnie z zaleceniami Jolanty, która targ w swoim mieście odwiedza regularnie od ponad 40 lat.

– Kiedyś był dużo większy. Część powierzchni zabrano m.in. na parking – zaznacza 74-latka.

Faktycznie, nie ma tłumów. Po rozmowach słyszę, że to głównie stali klienci. Średnia wieku? 65 plus. Na stoiska z ubraniami, torebkami, skarpetkami, a także stragany z jedzeniem, pada pełne, marcowe słońce. Rozglądam się dookoła. Podchodzę do sprzedawcy. Na stoliku rozłożone ma akcesoria wielkanocne – ozdobne kurczaczki, baranki, serwetki czy koszyczki.


Reklama

Stoisko w wielkanocnymi ozdobami na targu w Sulejówku. (fot. Zero.pl)


Reklama

– Handel bazarkowy się kończy. Jest kiepsko, może w piątek będzie lepiej – mówi.

Dlaczego?

A, bo ludzie do marketów jeżdżą. Tam nie muszą marznąć, kupują w komforcie.


Reklama

Niedaleko, na rogu, jest duże stanowisko, na którym możemy znaleźć zapalniczki, rękawice ogrodowe, scyzoryki i inne narzędzia.


Reklama

– Czego pani szuka, może coś pomóc? – zagaduje sprzedawca, na oko po sześćdziesiątce.

– A właściwie tak się tylko rozglądam – odpowiadam.

– Ja jestem, ale już, niestety, już po gwarancji, więc nie mam nic do zaproponowania. Tylko gawędy. Tylko gawędy zostały. Same zgredy tu przychodzą. Zgred u zgreda kupuje – wybucha śmiechem.


Reklama


Reklama

Po targu kręcę się już około 30 minut. Pojawia się ciut więcej osób, seniorów. Do definicji „tłum” jeszcze sporo brakuje. Po prostu jest nieco mniej pusto.

Moją uwagę przykuwa pewna siebie sprzedawczyni ubrań. Zagaduję ją o skarpetki.

– Mam dla pani stopki. Te diorki fajne. Dwie ostatnie paczki mi zostały. Nie będą się zsuwać – reklamuje.


Reklama

Czy bazary się kończą?


Reklama

– Jak ktoś ma brzydki towar to tak. My mamy bardzo ładne ubrania, dla nas się nie kończą.

Cerata w promocji

Charyzmą klientów przyciąga sprzedawca cerat. Przy pustym stoisku niemal momentalnie – po tym, jak głośno zaczyna mówić o cenach – 10-15 zł za metr – gromadzi się kilka osób, głównie starszych pań. Każda z nich kupuje inny wzór. Mężczyzna z zadowoleniem odcina kolejne kawałki materiału.

Ceraty na targu w Sulejówku cieszyły się dużym powodzeniem. (fot. Zero.pl)


Reklama

Kilkanaście metrów dalej, na rancie bagażnika, siedzi starsza, niska pani. Wiek? Spokojnie 75 plus. Przed nią niewielki stolik z czapkami.


Reklama

– Marnie idzie, puchy są.

– Nie woli pani posiedzieć na emeryturze?

– Nie, nie znoszę siedzieć w domu. Wolę przyjść tutaj. Zleci mi czas, pogadam trochę, coś tam sprzedam – mówi, uśmiechając się nieśmiało i poprawiając czerwony beret.


Reklama

Kobieta handlująca nieopodal ubraniami podkreśla, że ceny na targu naprawdę nie są wygórowane. Przyznaję jej rację, patrząc na te w Sulejówku.


Reklama

Awokado gotowe do spożycia – 3 i 4 zł;

Jajka od wiejskich kur – 15 zł za paczkę;

Twaróg – 10 zł;


Reklama

4 kg jabłek za 14,50 zł;


Reklama

Śledzie z figą i cynamonem w opakowaniu 150 g – 10 zł.

Dawno nie jadłam tak smacznych produktów.

Jajka? Tylko od małej, młodej kury

Jolanta Piętak w Sulejówku mieszka od kilku dekad. Wtedy – jak zaznacza – niemal wszyscy zaopatrywali się na targu.


Reklama

Tłumy. Naprawdę były tłumy. Asortyment też był zresztą większy – narzędzia, szczeniaki, gołębie, króliki.


Reklama

Początek lat dwutysięcznych i wyrastające jak grzyby po deszczu supermarkety wprowadzają na bazary niemałe zamieszanie.

– W pewnym momencie ceny tu i tu były bardzo wyrównane, choć zawsze na korzyść targów. Ludzie do Niemiec jeździli do pracy, przy okazji kupowali towar i sprzedawali go na bazarze. Ja na komunię syna sobie kupiłam sukienkę turecką. W sklepie takiej nie znalazłam – wspomina 74-latka.

Warzywa na targu w Sulejówku. (fot. Zero.pl)


Reklama

Na koniec naszej rozmowy podrzuca mi dobrą, bazarkową radę.


Reklama

– Jak będziesz kupować wiejskie jajka to koniecznie te mniejsze – pochodzą od młodej kury i są zdrowsze, bo kura silniejsza. Ludzie rzucają się na te duże, a te małe są lepsze.

Nie pozostaje mi nic innego niż kupienie 10 sztuk tych po 90 gr.

„Pojedzie pani za mną”

Pawłowice to wieś niedaleko Tarczyna. Zwyczajowo sporo osób handluje tu przy drodze, obok swoich domów. Jadę więc sprawdzić, jak wygląda sytuacja u nich.


Reklama

O to, gdzie mogę znaleźć sprzedawców, postanawiam zapytać w lokalnym sklepie. Pani za ladą nie umie mi pomóc, bo „przyjeżdża tu tylko do pracy”. W rozmowę zaś włącza się jeden z klientów – Jakub Kozłowski.


Reklama

– A, wie pani co? Moja mama jest zorientowana w tych wiejskich zakupach. Pojedzie pani za mną, zaprowadzę panią do niej i pogadacie – rzuca z szerokim uśmiechem mężczyzna.

Czekam, aż zapłaci za zakupy, wsiadam do auta i postanawiam jechać za nim.

– My akurat też sprzedajemy, ale tylko owoce i w sezonie – mówi, zapinając pasy. – Dobra, jedziemy. Za kilka minut będziemy. Niech pani odpala swojego bolida.


Reklama

Tak też czynię. Za kolejnym zakrętem wyłania się piętrowy dom z szarą, kamienną elewacją. Obok niego duże tereny z drzewami owocowymi. Za kilka miesięcy będą na nich rosnąć jabłka, śliwki, gruszki.


Reklama

Jakub prowadzi mnie po dość stromych schodach.

– Mamo, pani szuka wiejskich jajek i mleka. Może jej pomożesz? Proszę wchodzić – macha do mnie ręką.

Maria Magdalena uśmiecha się tak, że masz ochotę od razu to odwzajemnić. Jest niewielką kobietą po siedemdziesiątce. Siwe włosy okalają jej okrągłą twarz i duże, bystre oczy.


Reklama

– W sobotę na targu w Tarczynie kupuję najlepsze mleko. W plastikowych butelkach, ale przelewam je od razu do szklanych, tak jest lepiej – wyjaśnia, ściskając moją dłoń.


Reklama

– Siadaj sobie, akurat mam suszone ananasy od chłopaków, którzy zajmują się naszym sadem oraz świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy. O tu, weź sobie i wypij. Czysta szklanka – zapewnia i prosi, bym usiadła.

W niewielkiej kuchni zaczyna opowieść nie tylko o zakupach na targu, ale i o swoim życiu.

– W dowodzie mam Maria Magdalena. Jak byłam niegrzeczna, mówili na mnie Magda. Wolę więc Maria. Zobacz – pokazuje mi papierowe zdjęcie wraz z trójką rodzeństwa – to my w komplecie.


Reklama

– Niedawno pochowałam siostrę, więc dużo we mnie nostalgii. Ale wracając… Na górze mieszka dwóch chłopaków – Paweł i Krzysiek – którzy mają bzika na punkcie ekologii. Zero chemii, zero sztucznych nawozów – Maria Kozłowska bierze do ręki kolejne zdjęcie i wskazuje na nim mężczyzn między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia. Trudno ocenić, gdyż twarze lekko rozmazują się na tym ujęciu.


Reklama

Popijam sok zrobiony przez jednego z nich. Choć pomarańcze nie należą do moich ulubionych owoców, muszę przyznać, że ten jest naprawdę dobry. Podobnie jak suszone ananasy, w strukturze przypominające nieco żelki.

Suszone ananasy to przysmak z lokalnego bazaru w Tarczynie. (fot. Zero.pl)

Czy ekologiczne nawożenie jest dziś opłacalne? – Oj, sporo to kosztuje, ale jakoś dajemy radę. Nie narzekamy. Zobaczymy, jak będzie w tym roku. Chłopaki wystawiają się na targu w Tarczynie, ananasy – choć oczywiście nie uprawiamy ich – są hitem. Czereśnie też mamy przepyszne – wymienia Maria.


Reklama

Biorę ostatni łyk soku. Na dnie zostały już tylko – jak to mówi moja rozmówczyni – farfocle.


Reklama

– Zapisz sobie nasz adres i wpadnij w wakacje. Owoców nie zabraknie – zaprasza mnie kobieta.

Posłusznie notuję, biorę jeszcze jeden plasterek ananasa na drogę, dziękuję za gościnę i życzę jej dobrego dnia.

W drodze powrotnej, kilka minut po obraniu celu na Warszawę, zatrzymuję się obok starszego mężczyzny spacerującego z psem. Ponownie pytam o to, gdzie w Pawłowicach kupię produkty przy domu.


Reklama

– Pani, tera to już niewielu tak sprzedaje. Czasem może w sezonie jakieś jabłka. Ale taka to dziś wieś. Nico za…bać, nico zjeść – wybucha gardłowym, ciężkim śmiechem.


Reklama

„Jest pani czwartą klientką dzisiaj”

Mamy piątek, kolejny dzień bazarowy. Na targowisko w Falenicy przychodzę po mięso. Od znajomych z różnych części miasta słyszę sporo dobrych opinii na temat jednego ze sprzedawców. Kolejki brak, ale być może z racji popołudnia.

Przed świętami jest gęściej, teraz niekoniecznie. Jeszcze idzie się z tego utrzymać, ale już coraz trudniej – przyznaje mężczyzna w średnim wieku, pakując do siatki kawałek kurczaka. Zachęca, bym o „biznesy” zapytała kolegi ze stoiska z ubraniami oddalonego o kilkanaście metrów.

Na plastikowych stołach leżą koszulki, czapki, bluzy, spodnie, bielizna. Niemalże potykam się o pudełko z podkolanówkami. Biorę dwie pary i zagaduję. Co istotne, mamy godzinę 14:30.


Reklama

O pani, dramat. Jest pani czwartą klientką dzisiaj. Nie wierzy pani? Pokażę zeszyt. Wszystko tam zapisuję – mówi handlarz. Po chwili wyciąga wspomniany zeszyt formatu A4. Faktycznie, czwarty zakup na liście. Cena? 15 zł. Pozostałe pozycje mają podobne wartości. Łącznie to kilkadziesiąt złotych.


Reklama

Jak się za to utrzymać?

– Nijak. Towar nie schodzi, nie wiem, co z nim zrobić. Zalega jeszcze stary.

Płacę za skarpetki – oczywiście gotówką, bo to powszechny na bazarach i targach sposób transakcji – i życzę mężczyźnie powodzenia. Ten uśmiecha się ironicznie i wzrusza tylko ramionami.


Reklama

Relacja, rozmowa, zaufanie

Katarzyna Słowiecka jest większą optymistką. Tuż obok targowiska w Falenicy prowadzi lokalny sklep papierniczy „Kleks”. W przyszłym roku obchodzić będzie 35-lecie działalności.


Reklama

Rozmawiamy przez dziesięć minut. W tym czasie – a jest przed godziną 15 – obsługuje kilkoro klientów.

– Zaraz będzie ich więcej, gdyż dzieci z okolicznej szkoły kończą lekcje – mówi pogodnym głosem.

Jej zdaniem „mały, lokalny handel – czy to bazarki, czy niewielkie sklepy, nadal ma swoje miejsce i będzie istniał”.


Reklama

Klienci coraz częściej szukają nie tylko produktu, ale też relacji, rozmowy i zaufania. Tego nie da się zastąpić dużymi sieciami ani sprzedażą internetową. W ostatnich latach widać wyraźną zmianę w ich podejściu. Zakupy są bardziej świadome, a wybór miejsc coraz częściej wynika z jakości, oferty i doświadczenia, jakie daje dane miejsce.


Reklama

Jak podkreśla Katarzyna, w swoim sklepie zachowuje lokalny charakter i dostosowuje go do współczesnych realiów.

– I to się chyba sprawdza. Oby tak dalej – rzucam na pożegnanie.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Aleksandra Cieślik
Aleksandra CieślikReporterka i wydawczyni

Reklama