
– Proces nagrywania bywa żmudny, ale wejście na scenę, kiedy muzyka materializuje się tu i teraz, to doświadczenie wręcz mistyczne – mówi Mrozu. W rozmowie z Krzysztofem Stanowskim opowiada o swojej drodze na szczyt, rezygnacji z zawodu fizjoterapeuty i mieszkaniu z Baronem.
- – Z perspektywy czasu uważam, że ta piosenka była mi potrzebna – mówi Mrozu o utworze „Miliony monet”. – Ona mnie wpuściła na rynek muzyczny, a wszystko, co się wydarzyło potem z nią, wjechało mi na ambicję i rozwinęło mnie artystycznie – chciałem lepiej śpiewać, fajniej brzmieć, rozwijać się produkcyjnie i koncertowo.
- – Nie żyłem i nie żyję „po warszawsku” w takim rozumieniu, że nie chodzę na celebryckie spędy. Z całym szacunkiem oczywiście, bo każdy ma swój świat, ale ja nie chodzę na imprezy branżowe za bardzo. Ja chodzę z siatkami ze znanego marketu, robię sobie dzięki temu kroki, normalnie sobie gotujemy, jest bardzo zwyczajnie – zdradza Krzysztofowi Sanowskiemu.
- Mrozu, czyli Łukasz Błażej Mróz, był gościem „Ogniska u Stana” w Kanale Zero. Poniżej skrócona wersja tej rozmowy.
Krzysztof Stanowski: Mam wrażenie, że w czasach, kiedy artyści budują wokół siebie skomplikowane wizerunki, ale samej muzyki jest w tym najmniej, ty sprawiasz wrażenie twórcy, któremu dużo nie trzeba: mikrofon, gitara, pełna sala – i ta sala po chwili wibruje. Byłem na twoim koncercie i uznałem, że pod względem rozkręcania imprezy i połączenia z publicznością jesteś najlepszy w Polsce.
Mrozu: Dziękuję bardzo. Nie wiem, na ilu koncertach byłeś.
Na jednym.
To są lata praktyki i rozegrania z moim zespołem. Łączę tutaj kilka światów. Kiedyś zaczynałem w takim składzie minimalistycznym. Ja wręcz na początku, jak jeszcze moja muzyka zahaczała o takie bardziej współczesne brzmienia, to grałem tak zwane sound systemy i grałem sobie z moim kumplem DJ-em Nozem, z którym kumamy się do dziś. Obserwowałem DJ-ów, jak DJ pracuje i mniej więcej to też chciałem przenieść na już granie z bandem na żywo.
Noże w szkołach, gry pod pręgierzem. Nowe, nie znałem
Jakie to są sztuczki?
To jest budowanie pewnej dramaturgii, łączenie piosenek ze sobą, nieprzegadywanie koncertów, tak zwany hype. Wydaje mi się, że to cechuje też wszystkie koncerty, które widziałem artystów zagranicznych, że to jest w jakiś sposób wyreżyserowane, ale widz tego nie czuje. Jest bardzo dużo rzeczy, które robimy już z automatu. Jest tam dużo myczków, do których już przywykliśmy. Młynarski mówił kiedyś o pisaniu piosenek, że to jest takie nawijanie jak waty cukrowej na patyczek. Cały czas to nawijasz i trochę tak jest z naszym zespołem i z tym, jak brzmi koncert na żywo, jak wyglądają aranżacje, które różnią się od tych płytowych. My co sezon, co koncert dodajemy jakiś mały szczególik, myczek, kopniaczek i potem w tej skali całości to jest takie barwne, kolorowe, zaskakujące, intrygujące, nie nudzi się. Ale właśnie ten styl DJ-ski to jest coś, co lubię. Nie na zasadzie, że kończy się piosenka i mówię „a teraz zagrałem piosenkę pod tytułem”, tylko po prostu to ma się jakoś morfować, nie ma jakiejś niezręcznej ciszy, wszystko się wypełnia. Kiedy ja kończę pewną frazę i stawiam kropkę, to jest to cyna dla mojego perkusisty, że on już ma nabić kolejną piosenkę i dzięki temu to żyje, nie ma tej dłużyzny i to jest taki styl, który ja osobiście lubię.

Mrozu podczas rozmowy z Krzysztofem Stanowskim (fot. Kanał Zero)
Wspomniałeś o zagranicznych artystach. Do kogo mielibyśmy cię porównać? Jak chłopak z gitarą, to trochę się narzuca Ed Sheeran na przykład.
Ale trochę mi przyklejasz tę gitarę. Wiesz, ja na gitarze grałem tam może w dwóch numerach na koncercie, a jeżeli chodzi o moje skillsy muzyczne, one gdzieś się zamykają raczej w takich umiejętnościach studyjnych i są na takim poziomie, żebym mógł napisać piosenkę, wyprodukować ją, wgrać jakąś tam partię, zaloopować ją sobie albo później stworzyć pomysł, który odegra zespół albo ktoś zdolniejszy w tej materii ode mnie. Ja nie mam problemu delegować jakichś rzeczy, w których ktoś jest ode mnie lepszy i nie muszę wszystkiego zrobić sam. Ale pytasz mnie, do jakiego zespołu... Był taki koncert, na którym byłem dwa lata temu, na którym po prostu uroniłem łzę. To było Madison Square Garden, Nowy Jork, Stevie Wonder. I ja tam byłem dlatego, że zostaliśmy razem z zespołem Vito Bambino zaproszeni na dwa koncerty w Stanach, w Nowym Jorku i w Chicago, i akurat grał Stevie Wonder. No i tak oglądałem ten zespół: z prawej strony smyczki, z lewej strony dęciaki, tu perkusjonalia, zaje...ty chórek, ten facet jako jeden z ostatnich żyjących gigantów tego gatunku cały czas jest w formie i tak mówię: „Kurde, ale to jedzie!”. To jest właśnie taka muzyka, którą kocham, pełnokrwista, pełna groove’u, funku, warsztatu muzycznego i to są takie wzorce, do których powinno się dążyć.
A wyobrażasz sobie takie właśnie zestarzenie się na scenie? Aż tak lubisz to, co robisz, że chciałbyś tak jak Stevie Wonder spędzić starość na estradzie?
Żartując jak Stevie Wonder: nie widzę przeszkód, dlatego że on też ma dystans do tego, że ma duży problem z widzeniem.
Olga Tokarczuk i pytania zakazane. Wywiad, którego nie przeczytacie
No ładnie to ująłeś, problem z widzeniem... Problem z widzeniem to ja mam, jak mi dym leci w oczy.
Dr. Dre świetną historię opowiadał, że Stevie Wonder do niego dzwoni o 3 w nocy i mówi: „co tam, co robisz, wpadaj, nagrywamy”. Dla Steviego każda pora doby może być dniem. Ale to taka trochę dygresyjka. Czy bym się mógł zestarzeć? Chętnie, patrząc na Jaggera, patrząc na Lenny’ego Kravitza. Ja bardzo lubię to, co robię, lubię koncertowanie, lubię pracę w studio i jakoś nie widzę siebie na emeryturze, gdzie ta muzyka w moim życiu nie istnieje. Tak o tym myślę sobie teraz, co będzie za naście lat, to zobaczymy, ale jak widać, muzyka jest takim uniwersalnym językiem i wydaje mi się, że ten gatunek, w którym jestem, mam nadzieję, że będzie ponadczasowy i te piosenki będą się dobrze starzały.
A w którym momencie zrozumiałeś, że będziesz w ogóle artystą? Że to się może udać? Nie że spróbujesz, tylko że to się może udać.
No to pewnie wtedy, kiedy odebrałem telefon z Warszawy: „Zapraszamy na rozmowę i będziemy gadali o kontrakcie płytowym”. Chociaż ja jestem zawsze taką osobą, która się nie podpala i trzymam jakiś taki zdrowy dystans. To już wtedy z kumplem, który pomógł mi w tym całym manewrze, żeby ktoś usłyszał moją muzykę – on gdzieś mi nadawał taką pewność siebie i dmuchał w żagle. No ale jak piosenka poleciała już w radiu, to mówię, że to dzieje się naprawdę. Studiowałem fizjoterapię, byłem wtedy po licencjacie, poszedłem na studia magisterskie i mówię do rodziców, że robimy sobie chyba dziekankę i zobaczymy, co to będzie. To było 18 lat temu. Powiedzieli, że spoko. Wiedzieli, że to jest moja pasja, bo ciągle z tego pokoju w mieszkaniu, w którym mieszkaliśmy we Wrocławiu w bloku, muza cały czas dochodziła.
Z Moskwy przez Warszawę do Ukrainy. Ciało Kaszpirowskiego w drodze
A na tyle ładnie grałeś, że sąsiedzi akceptowali, czy walili tam miotłą w sufit?
Mój ojciec wchodził i mówił, żebym przestał rzępolić. To był jego stary tekst.
Ale było ciepło w tym głosie?
Zależy. Jak wracał z roboty po nocce, to mógł być zirytowany. A jak mu tam zagrałem... on mi kupował takie magazyny, chyba jeszcze jest „Zagraj to sam”...

Czyli trochę wspierał?
Jak najbardziej, wspierał, inspirował. Ojciec to był właśnie od tych kwestii artystycznych u mnie w domu. Tylko że ja potem zacząłem robić hip-hopowe bity i tam ten bas dudnił. Kiedyś to mi się program zaciął, jak poszedłem do łazienki, i nagle ta stopa się zacięła. I już wtedy sąsiadka przyszła. Ale tak to jakichś dużych problemów z sąsiadami nie miałem, musiałem jednak ten mir domowy szanować.
A ten kontrakt płytowy to był taki kontrakt, który zmieniał faktycznie twoje życie, czy to był pewien symbol, że ktoś cię dostrzegł?
Wtedy wydaje mi się, że podpisałbym wszystko, co by mi tam pod nos podstawili. Oczywiście sprawdziliśmy to ze znajomym prawnikiem, ale pierwszy kontrakt musi być po to, żeby zaistnieć. Czy zmieniał moje życie? Zaliczka na tamte czasy pozwoliła mi kupić głośniki, komputer i może jakiś syntezator i na tym się skończyło.
Obejrzyj cały wywiad:
I to zaliczka, która pewnie i tak się odciągała od tego, co musiałeś przynieść w kontrakcie?
Prawdopodobnie ona się nie zwróciła. To było tyle, co zobaczyłem, jeśli chodzi o sprzedaż płyt. Potem zarabiałem z koncertów na tamtym etapie, więc dla mnie to były astronomiczne pieniądze.
Astronomiczne? Dwa głośniki, syntezator?
Tak, ale zarobione na muzyce. To było super. Rozeszło się to szybko, ale hajs nigdy nie był moim imperatywem. Raczej na początku to było to, żeby zaimponować kumplom gdzieś z osiedla, żeby ktoś usłyszał moją muzykę, żeby mój bit pojawił się na jakiejś legalnej płycie, albo żeby jakiś artysta, którego lubię, jakiś raper do niego nawinął, czy jakiś wokalista reggae’owy. W tamtych czasach, w okolicach 2008 r., jeszcze polskie reggae było mocno rozbujane i wiadomo, polski rap.
Jesteś chyba jedyny taki na naszej scenie, że ty z nikim nie rywalizujesz. Bo wszyscy inni gdzieś tam się między sobą naparzają, no bo tych hip-hopowców jest stu, kapel rockowych jest tam też sto itd. Nawet Beata Kozidrak ma z kim rywalizować, a ty jesteś jedyny w swoim rodzaju. Nie ma drugiej kapeli czy drugiego wykonawcy, którego byśmy zestawili jeden do jednego z tobą, że robicie podobną albo taką samą muzykę.
I to jest fajne. Myślę, że to jest taka rzecz, która mi przyświecała: zróbmy coś, czego nie ma. Szczególnie że ja to czuję, rozumiem i siedzę w tej muzie, i to jest akurat fajne uczucie.

Powiedziałeś, że prawie zostałeś fizjoterapeutą. Wyobrażasz sobie to alternatywne życie, w którym jesteś fizjoterapeutą?
Teraz nie, ale szanuję ten zawód i te studia wiele mnie nauczyły. To są takie rzeczy, które mi się nawet przydają teraz, bo chyba nam na studiach mówili, że później nie musisz tego wszystkiego zapamiętać, ale musisz wiedzieć, do której książki zajrzeć. Musisz mniej więcej znać pewne mechanizmy, pewne pojęcia, co przydaje się też w leczeniu siebie.
Miałeś coś, więzadła chyba zerwałeś, nie?
Tak, zresztą na tym koncercie, na którym byłeś, to ja byłem wtedy na hokerze i miałem nogę w ortezie.
I właśnie to mi zaimponowało, że ty siedząc sobie na krzesełku rozwaliłeś po prostu całą salę.
Tak, nie mogłem usiedzieć na jednej nodze, skakałem z tymi kulami. No widzisz, tak to jest z tą muzyką, muzykę gdzieś się czuje w ciele. Ale wracając do fizjoterapii: grałem kiedyś w piłkę w klubie, na bramce – z wyboru, żeby nie było. No i tam już widziałem, że jest coś takiego jak lekarz sportowy czy fizjo. Wtedy nawet nie wiedziałem, że jest fizjo, tylko że jest masażysta. Pamiętam, że pierwszą krioterapię, jaką miałem, to jak ktoś źle nadepnął, to ojciec mojego kumpla z drużyny miał ten spray i schładzał kostki. Mój ojciec trochę się bujał po szpitalach, więc widziałem te klimaty rehabilitacji, też miałem jakieś tam problemy z kręgosłupem. Mniej więcej znałem ten temat sportowy, masaż sportowy, kontuzje, więc w jakiś sposób mnie to pasjonowało, a trochę jestem nauczony z domu tego pragmatyzmu. Nie wiadomo było, co to będzie z muzyki, dopiero coś mi się rozkręcało, jak byłem w trakcie studiów, więc stwierdziłem, że dobrze mieć jakiś fach w ręce. Moi koledzy ze studiów myśleli, że będą pływali jakimiś rejsowymi statkami i tam będą masowali piękne panie... A realia są takie, że masz praktyki w szpitalu, na oddziałach różnych i często to są bardzo trudne przypadki. Ale w dużym stopniu, co jest ważne w tym zawodzie, to jest kontakt z człowiekiem i to jest mega istotne. Nie tyle w tym wymiarze, że musisz mieć warsztat – w każdym zawodzie medycznym musisz cały czas te kwalifikacje podnosić – ale jednak kontakt z pacjentem, trafienie do niego, ten mental jest totalnie istotny.
Nie pytam nawet o to, czy ty mógłbyś być fizjoterapeutą, tylko zastanawiam się, czy ty sobie wyobrażasz alternatywne życie: siebie jako gościa, który kiedyś tam grał, kiedyś tam śpiewał, ale tak naprawdę wiedzie takie zwykłe, zwyczajne życie. Czy też jesteś takim kolorowym ptakiem od zawsze, że to nie mogło się wydarzyć, że ta ścieżka artystyczna była w pełni dla ciebie zaplanowana?
Myślę, że w jakimś sensie wiodę normalne życie na co dzień i w tym względzie dnia codziennego nic się nie zmieniło. Tak samo jak każdy wstaję, muszę iść na zakupy, zrobić sobie śniadanie, robimy kawkę, mam tematy domowe.
Wiesz, są muzycy, którym ktoś robi kawkę i ktoś idzie po zakupy.
Zupełnie nie, ja chodzę z siatkami ze znanego marketu, robię sobie dzięki temu kroki, normalnie sobie gotujemy, jest bardzo zwyczajnie.
Tołstoj, Proust, Joyce. Żaden nie dostał Nobla. Kto więc wybiera „najlepszych” pisarzy?
Teraz ruszasz po większej przerwie znowu w Polskę na grubo – bo wiadomo, czasami sobie gdzieś pojedziesz, zagrasz, ale trasa koncertowa to co innego. Lubisz swoje życie bardziej w czasie trasy koncertowej, czy bardziej w tym okresie tworzenia, brzdąkania czy rzępolenia, jak by powiedział twój tata?
Proces studyjny ma różne etapy. Jest na początku czas niepewności, bo nie wiadomo, w jaką stronę pójdziemy, i chciałoby się gdzieś skręcić, a potem się okazuje, że jednak wracamy do miejsca, w którym się czujemy dobrze i możemy tam porobić różne wariacje na temat gatunków, w których siedzę. Ale potem, jak już klika, to jest taki moment euforyczny, jak siądą słowa do melodii, którą się wymyśliło i nas to po prostu porusza – to jest naprawdę unikatowe uczucie. No ale zwieńczeniem tego są koncerty. Wejście na scenę, kiedy te piosenki, tak pieczołowicie przyszykowane, nagle się materializują i ta muzyka jest tu i teraz. To jest doświadczenie trochę – nie chcę używać górnolotnych zwrotów – ale w jakimś sensie mistyczne. Przez chwilę jesteśmy zahipnotyzowani razem z bardzo dużą grupą ludzi w tym dźwięku. Razem śpiewamy, razem jest ten czad, na chwilę odrywamy głowę od tego, co jutro mamy do zrobienia. No i to jest piękne, to jest najfajniejsze. Ja przez te ostatnie lata stałem się zawodnikiem koncertowym. To jest nasza domena, z tego jesteśmy znani. Jak już dostaliśmy szansę – bo też musieliśmy poczekać na swój moment, my już byliśmy gdzieś tam rozhulani, ale jeszcze nie wszyscy nas wpuszczali na te duże sceny, pokornie musiałem poczekać na zielone światło, gwizdek – a my wtedy już dzida i na pełnej. Sprawdziliśmy się na małej scenie na Męskim Graniu, potem na dużej scenie, potem zostałem zaproszony do orkiestry Męskiego Grania. Tak samo było z Pol’and’Rockiem: najpierw mała scena, a w zeszłym roku zagraliśmy na wielkiej, gdzie jest pod sto koła ludzi. I to był koncert, gdzie była pierwsza w nocy, myślałem, że już wszyscy popadają jak muchy, a jednak poszli podładować baterie i byli ze mną do końca. I to było piękne, dla takiej chwili się żyje. W tym roku też zagraliśmy na paru festiwalach i wydaje mi się, że ta publika cały czas dołącza, te wagoniki do tego pędzącego pociągu.
Jakie to jest uczucie zagrać dla stu tysięcy ludzi?
Dość abstrakcyjne, bym powiedział, i niesamowita adrenalina. Ten koncert mija w sekundę, ledwo weszło się na scenę, już jest po wszystkim. Dopiero dociera do ciebie ta skala, jak odtwarzasz sobie... mam takie zaje...te ujęcie z drona, mam to też wrzucone na Insta, jak jest pokazana cała publika i w momencie robienia zdjęć przez ludzi te flesze tak mrugają jak panorama jakiegoś miasta, Hongkongu czy Nowego Jorku nocą. Dopiero do ciebie dociera to, co się wydarzyło. Ja pierwszy raz na tej scenie miałem okazję zagrać gościnnie z Happysad i już byłem mniej więcej przygotowany do tego wrażenia. To jest coś takiego, że do pewnego momentu widzisz publikę, a potem to już się rozmazuje i to jest taka magma, nie czujesz tego tak. Zresztą jak gram koncerty, nie fiksuję się aż tak zanadto na publice, szczególnie na pojedynczych osobach. Czasami mają coś napisane na transparencie, próbują mi coś zakomunikować, ale za dużo procesów się dzieje w głowie, żeby jednocześnie coś czytać, interpretować, śpiewać, czuć te emocje i słuchać zespołu.
Amerykanie nie dawali mu szans. Tak powstał pierwszy Bond
Czyli czujesz emocje tłumu, a nie jednostek.
Tak, raczej taka zasada – jak aktorzy mówią, że w teatrze grają gdzieś tak do piątego rzędu i wtedy jest wrażenie, że patrzą na wszystkich. Więc ja też tak gram w jakąś przestrzeń i bardziej to czuję. To jest fantastyczne uczucie, ten huk, ten moment. Pamiętam, jak graliśmy poprzednią trasę halową i mieliśmy kurtynę przed sceną. Leciało intro koncertowe i tak się nabudowywało, nabudowywało... My już staliśmy na scenie, patrzyliśmy na siebie: „Kurde, to je..ie za chwilę, prawda?”. I rzeczywiście – ten pisk i od pierwszych taktów oni są z nami, to się tak napędza. To jest najlepsze uczucie, fantastyczne. I to sobie dopiero uświadamiasz, jak to tracisz. A my to straciliśmy raz, jak była pandemia i nie graliśmy koncertów. Rzeczywiście odpięło jakiś prąd z ciebie, odpięło pewne emocje, które były immanentną częścią twojego życia.
No to jak straciłeś to w czasie pandemii, to wtedy zgnuśniałeś? Jak to było?
Jakieś związki chemiczne w mózgu zostały zaburzone, które do tej pory istniały. Siłą rzeczy wszyscy byliśmy w jakichś stanach szarych, poczucie bezsensu nastało, więc musiałem przekuć ten czas i wtedy zacząłem robić po prostu piosenki. Piosenka „Złoto” wtedy była nagrywana.
Po niej nie czuć, żebyś zgnuśniał w tamtym okresie życia.
Tak, bo to było antidotum, żeby się odbić, więc ten optymizm wygrał.
„Gangsterskie państwo” w okupowanej Polsce. Odkryto pamiętnik niemieckiego urzędnika
A jak to jest, że z Wrocławia przeprowadziłeś się do Warszawy? Zazwyczaj jak ktoś jest z dużego miasta, a Wrocław jest bardzo dużym miastem, to już mu to wystarcza. Po co Warszawa w tej całej konfiguracji?
Z prostego powodu: po pierwsze byłem na takim etapie przejściowym, że wyprowadzałem się z domu rodzinnego. Trochę też u mnie w rodzinie zmieniała się konfiguracja, każde z rodziców szło w swoją stronę i trzeba było sprzedać mieszkanie. A ja jednocześnie szedłem na swoje, zacząłem się uniezależniać, zacząłem koncertować. Biorąc pod uwagę to, że mój cały zespół – muzyków mam na myśli – mieszkał w Warszawie i bus wyjeżdżał z Warszawy, a mój kumpel, który jest z Wrocławia (zaraz powiem który, możesz go kojarzyć), już tam mieszkał od jakiegoś czasu, rozstawał się z dziewczyną i zwalniał się pokój u niego w mieszkaniu... no to mówię: co ty na to, żebym tam się przeniósł? Pierwszy rok mieszkałem w Warszawie z Baronem z Afromental, który też jest z Wrocławia.
Poznałeś chyba wszystkie dziewczyny w Polsce? Ja go znam głównie z Pudelka, on chyba miał już 16 żon i z tego 15 było supermodelkami!
Nie, żon nie! Pozdrawiam serdecznie – bardzo zdolny gitarzysta i producent, i bardzo śmiesznie nam się wspólnie mieszkało. Poznaliśmy się właśnie na festiwalu One Love, bo Baron grał chwilę z Mesajah, chyba w Natural Dread Killaz, w reggae’owym zespole. Te dredy wtedy pasowały tym bardziej. Dlaczego Warszawa? Zespół musi się do wokalisty, do lidera dostosować, a ja jakoś nie mogłem trafić na takich muzyków we Wrocławiu, którzy wiedzą, o co chodzi. Ta Warszawa pozwoliła mi się rozwinąć. Uważam, że to był bardzo dobry ruch, bo dzięki temu poznałem i muzyków fajnych i zdolnych, i producentów muzycznych. Gdyby nie to, nie wiadomo co by się wydarzyło. Mógłbym jeździć na jakieś strzały, ale dzięki temu pewne więzi się zacieśniły, przyjaźnie z osobami, z którymi napisałem dużo super piosenek. Często takie spotkania i piosenki wynikają z przypadków, nie wiemy nigdy, co się wydarzy, jak się spotykamy i piszemy płytę. Więc z tego jestem bardzo zadowolony. Ale ja też nie żyłem i nie żyję „po warszawsku” w takim rozumieniu, że nie chodzę na celebryckie spędy. Z całym szacunkiem oczywiście, bo każdy ma swój świat, ale ja nie chodzę na imprezy branżowe za bardzo. Jak mam wolny czas od koncertów i studia, to wolę spędzić go z bliską mi osobą, posiedzieć w domu, odpocząć albo porobić coś na własnych zasadach. Ogólnie rzecz biorąc, bardziej podoba mi się Wrocław – jest ładniejszym miastem, bardziej kompaktowym w tym rozumieniu, że jest centrum, rynek, wszystko dzieje się wokół jednego punktu. W Warszawie tego nie czułem do końca, ale zacząłem odkrywać fajną przyrodę dookoła miasta i wręcz byłem w szoku.
Nie zabijasz? Nie idę z tobą do łóżka. „Potwór: Historia Lizzie Borden” to najgłupszy serial roku
Wydałeś nową płytę. Mam wrażenie, że to jest trudny moment dla bardzo popularnego artysty. Musisz trochę dealować z emocjami ludzi. Oni, idąc na koncert, chcą od ciebie, żebyś grał przeboje, które już znają i słyszeli je tysiąc razy, i chcą je wyśpiewać z tobą. Ty z kolei chciałbyś ich przekonać do nowego repertuaru, a masz tyle hitów, że oni mogą sobie pomyśleć, że tego nowego repertuaru do końca nie potrzebują – wystarczy im to, co było nagrane, i chcą to zaśpiewać raz jeszcze w wielkim tłumie razem z tobą. Czy to jest taki moment, że ty czasami sobie myślisz: kurczę, dlaczego oni są tacy trudni?
Są takie piosenki, które pewnie zostaną w setliście koncertowej na zawsze i każda kapela czy solista ma takie numery. Stonesi grają „Satisfaction” od ilu lat? Od 50, 60 – i to można grać po prostu do końca. Całe szczęście mam trochę tych piosenek i jest z czego wybierać. I całe szczęście, że z płyty na płytę do tego arsenału dochodzi kolejna piosenka. Niech ten fart mnie nie opuszcza! Ale rzeczywiście tak jest. W tym sezonie piosenka z nowej płyty „Nie ma miejsca jak dom” świetnie sprawdziła się też w stacjach radiowych. Jak jest coś w radiu, to ludzie to znają i chcą śpiewać. I rzeczywiście ten nowy kawałek otwierał teraz moje koncerty i był przyjmowany genialnie. Szczególnie że to było lato, ta aranżacja jest dość egzotyczna, z pomiksowaniem soulu i muzyki afrykańskiej, południowoamerykańskiej. Więc kolejna płyta i kolejne numery dochodzą do setlisty. Oczywiście gramy piosenki „Złoto”, „Aura”, „Jak nie my to kto”, „Nic do stracenia”.
A są takie, których masz dosyć?
Jeszcze nie, wydaje mi się, że jeszcze nie. Był taki moment, że nie graliśmy „Milionów monet”, ale to była deklaracja: raz, że ta piosenka przestała estetycznie pasować do tego, co robię, a dwa, że miałem jej trochę dosyć, bo nie chciałem być kojarzony z tą jedną piosenką. Chciałem zobaczyć, czy jestem w stanie grać koncerty bez mojego rzekomo jednego z większych przebojów. No i okazało się, że mogę grać. Więc dwa, trzy, cztery lata nie graliśmy tej piosenki, a później z powrotem zacząłem ją grać, tylko w nowej wersji, bo udało mi się to przełamać. Z perspektywy czasu uważam, że ta piosenka była mi potrzebna. Ona mnie wpuściła na rynek muzyczny, a wszystko, co się wydarzyło potem z nią, wjechało mi na ambicję i rozwinęło mnie artystycznie – chciałem lepiej śpiewać, fajniej brzmieć, rozwijać się produkcyjnie i koncertowo. Jak śpiewam w piosence „Złoto”: wszystko było po coś i to był jakiś element drogi. A jeśli chodzi o nagrywanie płyty i koncertowanie, to jest też mój powód, dlaczego robię nowe piosenki – bardziej mi się nudzi setlista koncertowa, nie chcę grać w kółko tego samego, szczególnie gdy ktoś przychodzi na mój koncert któryś raz, to chcę tej osobie dać inne doświadczenie.

