Kurs dla kwalifikowanych pracowników ochrony powinien trwać od półtora do dwóch miesięcy. Ośrodek szkoleniowy z Wałbrzycha przeprowadzał go w jeden dzień. Sprawą zajęła się prokuratura.

-
Ośrodek z Wałbrzycha oferował kurs dla ochroniarzy w jeden dzień zamiast 1,5 miesiąca. Za 800 zł wydawano fikcyjne zaświadczenia.
-
Prokuratura ustaliła, że od 2014 do 2022 r. mogło powstać kilkaset fałszywych dyplomów. Szkoła działała „jak Collegium Humanum”.
-
Właściciel tłumaczył się pandemią i skróconymi z tego powodu zajęciami. Prokuratura i tak postanowiła postawić szereg zarzutów właścicielowi placówki.
Kwalifikowani pracownicy ochrony mogą używać siły, stosować kajdanki na ręce, pałki, miotacze gazu oraz korzystać z paralizatorów. Państwo uznało więc, że aby pozyskać takie uprawnienia, trzeba przejść specjalistyczny kurs. W założeniu nie powinien on trwać krócej niż półtora miesiąca. W większości ośrodków szkoleniowych kosztuje to ok. dwóch tys. zł.
Jak jednak informuje wałbrzyska „Gazeta Wyborcza”, w Wałbrzychu można było taniej i szybciej. A dokładniej: ponad dwa razy taniej i kilkadziesiąt razy szybciej. Wystarczyło bowiem zapłacić ok. 800 zł i z dnia na dzień otrzymywało się zaświadczenie niezbędne do uzyskania uprawnień.
Kilkaset osób z fikcyjnymi dyplomami
Gazeta przeanalizowała akta sprawy. I według prokuratury należy mówić o fałszywych zaświadczeniach. Były one wystawiane przez cały okres istnienia szkoły należącej do K. (dane zanonimizowane), czyli od 2014 do 2022 r.
- Ta cała firma pana K. nie miała możliwości prowadzenia zajęć. To było jedno pomieszczenie, całkowita fikcja. Chodziło o to, żeby wystawiać zaświadczenia i tyle. Skojarzenia do Collegium Humanum są w pewnym sensie adekwatne – stwierdził w rozmowie z "GW" Mariusz Pindera, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Świdnicy.
I dodał, że właściciel szkoły wydawał także poświadczające nieprawdę zaświadczenia o ukończeniu podstawowego kursu dla żołnierzy i byłych żołnierzy. Ile było takich zaświadczeń i kursów – ustala właśnie prokuratura. Zdaniem śledczych ogółem w procederze kupowania zaświadczeń mogło wziąć udział kilkaset osób.
Skrócone kursy po pandemii
Prokuratorzy postanowili postawić właścicielowi ośrodka szkoleniowego szereg zarzutów: kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, poświadczenia nieprawdy, używania dokumentów poświadczających nieprawdę, korupcji i uczynienia z przestępstwa stałego źródła dochodów.
Organizator procederu, jak podaje „GW”, w toku śledztwa przyznał się do szeregu nieprawidłowości, ale nie przyznaje się do kierowania zorganizowaną grupą przestępczą. Uważa, że fakt, iż w działalność szkoły zaangażowani byli jej pracownicy i współpracownicy, nie oznacza, że był to zorganizowany przestępczy proceder.
Mężczyzna wyjaśnił, że jego działalność związana była z wybuchem pandemii koronawirusa.
- Obniżyłem loty z wielu względów przez ostatnie dwa lata, przyznaję się do tego i służę pomocą. Nie mam niczego do ukrycia, jestem szczery. Przysięgam na moje dzieci, że przez pandemię zacząłem prowadzić skrócone kursy – zeznał w prokuraturze K., cytowany przez gazetę.
Dalej zaś wyjaśnił, że „z ludźmi, którzy mają grupy inwalidzkie, przechodzą badania, mieli operacje na kręgosłup, krótsze nogi albo siedem dioptrii strach było robić jakiekolwiek zajęcia”.
Jednocześnie mężczyzna wskazał, że nieprawdziwa jest teza, jakoby w ogóle nie prowadził zajęć. W wypadku niektórych grup – przekonuje – prowadzone były nie tylko zajęcia teoretyczne, lecz także uproszczone zajęcia praktyczne.
Prokuratura jednak w to tłumaczenie nie dowierza. Co więcej, śledczy uznali, że zarzuty należy postawić także ochroniarzom, którzy posłużyli się dokumentami po fikcyjnym kursie, aby uzyskać uprawnienia.
Są oni obecnie sukcesywnie wzywani do prokuratury, gdzie stawiane są im zarzuty posłużenia się sfałszowanym dokumentem.
źródło: Gazeta Wyborcza, Zero.pl