Reklama
Reklama
Reklama

5 mln rosyjskich dronów i Wildberries. Ekspert o kulisach wojny bezzałogowców

TYLKO NA

Rosjanie gromadzą ukraińskie drony i wykorzystują je do kolejnych ataków. Czy podobny scenariusz może zostać zastosowany przeciwko Polsce? Jak wygląda wojna dronowa na Ukrainie i jaką osiągnęła skalę? Dlaczego Ukraina notuje już 200 tys. trafień miesięcznie, stawia także na drony lądowe, a Rosja chce produkować 5 mln dronów, zagłuszać Starlinki i wykorzystywać sztuczną inteligencję w atakach? Jak zaatakowano sieć Wildberries? W wywiadzie dla Zero.pl wyjaśnia Tomasz Darmoliński, ekspert ds. dronów, prezes Fundacji „Żelazny” i Akademii BSP.

portal-bruszewski-5
Tomasz Darmoliński (zdjęcie z archiwum rozmówcy) (fot. Natalia Olak/zero.pl/Tomasz Darmoliński (z archiwum rozmówcy)/gettyimages.com/shutterstock.com / Natalia Olak/zero.pl/Tomasz Darmoliński (z archiwum rozmówcy)/gettyimages.com/shutterstock.com)
  • „Jeżeli jest to znana i stosunkowo prosta konstrukcja, dron można naprawić, wymienić uszkodzone podzespoły, ponownie uzbroić oraz wgrać własne oprogramowanie i parametry misji. Oczywiście upraszczam cały proces, ale od strony technicznej jest to możliwe” – mówi nasz rozmówca i wyjaśnia jak zostałoby to zdekonspirowane.
  • Skala wojny dronowej to 200 tysięcy trafień ze strony ukraińskich operatorów i rosyjskie plany na 5 milionów dronów 
  • Rosyjskie drony wlatują za ukraińskie linie obrony, tam w uśpieniu, oszczędzając baterię czekają by zaatakować. 
  • Czy drony na światłowodzie okazały się „game-changerem” w wojnie?

Michał Bruszewski: Kolejne ataki z powietrza na Kijów. Wygląda to coraz groźniej. Uważnie obserwujesz wojnę na Ukrainie – jak te naloty zmieniały się na przestrzeni kolejnych faz wojny?

Tomasz Darmoliński, ekspert ds. dronów, prezes Fundacji „Żelazny” i Akademii BSP: Kiedyś było tak, że ogłaszali alarm i nie musiałeś mieć oczu dookoła głowy, miałeś czas, żeby się schować. Strona ukraińska wiedziała o ataku, posiadała takie informacje, a alarmy były ogłaszane z wyprzedzeniem. W tej chwili w większości przypadków najpierw słyszysz pierwszą eksplozję, a dopiero potem syreny lotnicze. Rosjanie są bliżej. I nie chodzi tylko o Kijów.

Byłem niedawno w Odessie. W Polsce nie ma o tym informacji, chyba że pojawiają się ofiary śmiertelne, ale nawet mnie, przyzwyczajonego do takich sytuacji, zaskoczyła intensywność tych ataków. Odessa jest atakowana prawie każdym typem rakiet i dronów, jakimi dysponuje Rosja, w tym nowymi, poshahedowymi wariantami Gerań z silnikiem odrzutowym.

Reklama
Reklama

Odessa znajduje się stosunkowo blisko miejsc, z których odpalana jest część tych środków napadu, dlatego kolejne obiekty dolatują bardzo szybko, a obrona nie nadąża z reagowaniem. To jest walka w opóźnieniu. W dzień widziałem, co przecina niebo, w nocy słyszałem eksplozje. Zrobili sobie z miasta portowego poligon rakietowo-dronowy.

A mimo wszystko życie toczy się dalej, jak na prawdziwy kurort przystało. Restauracje są otwarte, ludzie wychodzą na spacery, plaże i promenady nadal żyją. Ten kontrast między codziennością a intensywnością ataków robi chyba największe wrażenie.

Czytaj także: Ilu żołnierzy brakuje Ukrainie? Pomysł PiS dotyka wielkiego problemu Zełenskiego

Co atakują Rosjanie?

Największym problemem jest rażenie infrastruktury na zapleczu, ataki dronami na stacje benzynowe, ujęcia wody, sklepy, magazyny i centra logistyczne. To uderza bezpośrednio w cywilów i codzienne funkcjonowanie miast. Wzrosła liczba ataków na infrastrukturę, której zniszczenie nie daje natychmiastowego efektu wojskowego, ale zwiększa koszty wojny i presję na społeczeństwo.

Serwis „Militarnyi” napisał, że Rosjanie gromadzą ukraińskie drony, by wykorzystać je do prowokacji, między innymi przeciwko Polsce. Jak wyglądają w praktyce takie rosyjskie działania? Czy Rosja może wykorzystać zdobyte ukraińskie drony do prowokacji przeciwko Polsce?

Reklama
Reklama

Gromadzenie przez Rosję zdobytych ukraińskich dronów nie jest zjawiskiem ani nowym, ani zaskakującym. Rosjanie pozyskują takie platformy przede wszystkim po to, by badać ich konstrukcję, elektronikę, oprogramowanie, systemy łączności i nawigacji. Część egzemplarzy może zostać naprawiona, odtworzona albo wykorzystana do budowy rosyjskich odpowiedników. Zdarza się również ponowne użycie zdobytych dronów przeciwko stronie ukraińskiej.

Czy taka platforma mogłaby zostać użyta do prowokacji? Technicznie jest to możliwe. Sam wygląd drona albo obecność ukraińskich podzespołów nie wystarczyłyby jednak do wiarygodnego przypisania ataku Ukrainie. W przypadku incydentu przeciwko Polsce analizowano by kierunek przelotu, prawdopodobny rejon startu, profil wysokości i prędkości, sposób nawigacji, zapis elektroniki pokładowej, rodzaj głowicy oraz szczątki platformy.

Rosjanie musieliby więc przygotować nie tylko sam dron, ale także wiarygodną trasę, profil misji i cały kontekst operacji. Nawet wtedy analiza techniczna, radiolokacyjna i wywiadowcza mogłaby ujawnić niespójności.

Dlatego nie można wykluczyć takiego scenariusza, ale decyzja o jego przeprowadzeniu miałaby przede wszystkim charakter polityczny. Sam fakt, że Rosja zbiera, bada, naprawia i ponownie wykorzystuje ukraińskie platformy, nie jest jeszcze dowodem, że przygotowuje prowokację przeciwko Polsce. Rosjanie naprawiają również część zdobytych platform i ponownie wykorzystują je bojowo przeciwko Ukrainie. Jest to znana praktyka obu stron konfliktu.

Jak to wygląda? Rosjanie przejmują drony-niewybuchy, platformy zagłuszone albo uszkodzone? Potem je badają i ponownie wykorzystują?

Reklama
Reklama

Tak, ale zależy to od stanu platformy i jej klasy. Rosjanie pozyskują drony, które nie eksplodowały, zostały zmuszone do lądowania przez systemy walki radioelektronicznej, utraciły łączność, rozbiły się albo zostały tylko częściowo uszkodzone. Najpierw takie platformy są zabezpieczane i badane.

W przypadku dronów dalekiego zasięgu analiza jest szczegółowa. Bada się konstrukcję, elektronikę, system nawigacji, oprogramowanie pokładowe, pamięć, sposób prowadzenia misji, łączność oraz głowicę bojową. Celem jest nie tylko poznanie konkretnej platformy, lecz także opracowanie skuteczniejszych metod jej wykrywania, zakłócania i zwalczania.

Czytaj także: Rosja prowokuje nad Bałtykiem. Nie tylko polscy piloci przechwytują samoloty

Jeżeli jest to znana i stosunkowo prosta konstrukcja, dron można naprawić, wymienić uszkodzone podzespoły, ponownie uzbroić oraz wgrać własne oprogramowanie i parametry misji. Oczywiście upraszczam cały proces, ale od strony technicznej jest to możliwe.

Dotyczy to zwłaszcza popularnych konstrukcji klasy FPV, małych wielowirnikowców i prostych płatowców. Nie są to dla Rosjan technologie nieznane. Część zdobytych platform może więc zostać naprawiona i ponownie użyta przeciwko Ukrainie, a inne służą jako źródło części, danych technicznych albo wzór do skopiowania.

Porozmawiajmy chwilę o drugiej metodzie „odwrócenia” drona, czyli przejęciu nad nim kontroli. Jak to przebiega?

Reklama
Reklama

Przejęcie drona jest możliwe, ale samo odebranie jego sygnału jeszcze nie wystarcza. Najpierw trzeba rozpoznać sposób komunikacji między operatorem a platformą, a następnie znaleźć podatność pozwalającą podszyć się pod nadajnik, podmienić pakiety danych albo wprowadzić do łącza własne komendy. W zależności od konstrukcji można w ten sposób próbować zmienić trasę, zmusić drona do lądowania albo przerwać jego misję.

Alarmów lotniczych nie da się już bagatelizować. Nie tylko Shahedy sieją spustoszenie

Nie wszystkie platformy są zabezpieczone jednakowo. Problemem mogą być błędy w protokole, niewłaściwa implementacja szyfrowania, brak uwierzytelniania komend albo nieaktualne oprogramowanie pokładowe. Wtedy przechwycone ramki transmisji można analizować, odtwarzać lub podmieniać. Nie oznacza to jednak, że każdy dron da się po prostu przejąć za pomocą odbiornika radiowego.

W czasie wojny obie strony szybko wykrywają i usuwają takie podatności. Zdarzały się przypadki, w których błąd w obsłudze telemetrii lub komend pozwalał przeciwnikowi wpłynąć na stan platformy, ale takie luki po ujawnieniu są zwykle szybko łatane. Protokoły stają się coraz bardziej dojrzałe, stosuje się szyfrowanie, uwierzytelnianie i szybką zmianę częstotliwości. Choć wiele rozwiązań powstało na bazie oprogramowania otwartego, ich wojskowe wersje zostały mocno przebudowane i dostosowane do potrzeb konkretnej strony.

Reklama
Reklama

Dlatego przejęcie drona w locie jest dziś bardzo trudne i wymaga zaawansowanego rozpoznania technicznego. Czym innym są natomiast cyberataki na infrastrukturę przeciwnika, na przykład włamanie do systemów centrum szkoleniowego, serwerów producenta albo środowiska dowodzenia. Taka operacja może dostarczyć dokumentacji, oprogramowania i danych potrzebnych później do analizy platform, ale nie jest tym samym co bezpośrednie przejęcie drona w powietrzu.

Czytaj także: Czy cyberwojsko umie strzelać? Pierwszy wywiad gen. Molendy po nominacji w NATO

Na jaką skalę jest obecnie prowadzona wojna dronowa na Ukrainie?

Liczby pokazują, że mówimy już o skali przemysłowej. Każdego dnia obie strony wykorzystują setki, a w okresach największej intensywności nawet tysiące systemów bezzałogowych różnych klas. Są to małe drony FPV, platformy rozpoznawcze, bezzałogowce uderzeniowe dalekiego zasięgu, drony przechwytujące, roboty naziemne oraz bezzałogowe łodzie.

Nie oznacza to, że codziennie używa się kilku tysięcy różnych modeli. Na froncie funkcjonują setki typów, wariantów i lokalnych modyfikacji, ale liczba użytych platform i wykonywanych misji jest znacznie większa. Konstrukcje są stale przebudowywane. Zmieniają się częstotliwości, systemy łączności, głowice, nawigacja i oprogramowanie pokładowe. Cykl od pojawienia się rozwiązania do jego zmodyfikowania przez przeciwnika trwa czasem zaledwie kilka tygodni.

Reklama
Reklama

Ukraina zbudowała także własne zdolności do dalekiego rażenia bez użycia klasycznych pocisków rakietowych. Platformy takie jak FP-1 pozwalają atakować cele położone ponad dwa tysiące kilometrów od granicy. Równolegle korzysta ze wsparcia zachodniego, obejmującego finansowanie, elektronikę, oprogramowanie, dane i wspólne projekty przemysłowe. Jednym z przykładów jest amerykańska platforma Hornet DE-2 firmy Swift Beat, używana do zwalczania rosyjskiej logistyki na dalszym zapleczu frontu.

Wspomagany przez AI?

Tak, ale precyzyjniej trzeba mówić o uczeniu maszynowym i maszynowym widzeniu. W takich systemach algorytm może rozpoznawać obiekt w obrazie, śledzić cel wskazany przez operatora i korygować tor lotu na końcowym odcinku. Nie oznacza to jeszcze, że dron samodzielnie wybiera, co ma zaatakować.

Reklama
Reklama

W przypadku platformy Hornet DE-2 istotna jest cała architektura systemu, a nie jeden element. Dron wykorzystuje łączność satelitarną, pokładowy komputer i oprogramowanie analizujące obraz. Operator może wskazać cel, a układ pokładowy pomaga utrzymać go w kadrze i prowadzić platformę w ostatniej fazie ataku, także przy pogorszeniu łączności. To właśnie nazywa się czasem naprowadzaniem ostatniej mili.

Nie powiedziałbym jednak, że resztę zawsze wykonuje w pełni autonomiczne AI. W większości obecnie potwierdzonych systemów człowiek nadal wybiera albo zatwierdza cel, a algorytm odpowiada za śledzenie i końcową korektę lotu.

Podobny kierunek rozwijają Rosjanie w części wariantów „Mołni”. Niektóre z nich mogą kontynuować atak po utracie łącza radiowego albo utrzymywać wskazany punkt w obrazie. Nie ma jednak wystarczających dowodów, że dron samodzielnie wyszukuje największy cel i podejmuje decyzję o ataku bez udziału operatora.

W praktyce dron wybiera największy cel?

Nie zawsze należy to tak upraszczać. W przypadku części rosyjskich wariantów „Mołni” potwierdzono pełną autonomię wykonania misji po starcie, bez operatora w pętli sterowania i bez aktywnego łącza radiowego. Dron realizuje zaprogramowaną trasę, a na końcowym odcinku wykorzystuje kamerę i komputer pokładowy do samodzielnej korekty lotu oraz doprowadzenia do celu.

Reklama
Reklama

Czytaj także: Amerykańskie media dotarły do raportu wywiadu. Putin może zaatakować NATO

Nie oznacza to jednak automatycznie, że każdy wariant „Mołni” sam wyszukuje wszystkie obiekty, klasyfikuje je i wybiera największy. Część systemów może mieć wcześniej wskazany cel albo zaprogramowane kryteria jego rozpoznania. Potwierdzona jest autonomia lotu i terminalnej fazy ataku, natomiast dokładny sposób wyboru celu zależy od konkretnej wersji i zastosowanego algorytmu.

Po stronie ukraińskiej częściej stosowana jest zasada „human in the loop”, czyli człowiek wskazuje lub zatwierdza cel, a algorytm odpowiada za jego śledzenie i końcową korektę lotu. Rosyjskie warianty „Mołni” mogą natomiast przeprowadzić misję bez bieżącego sterowania człowieka.

Trzeba też precyzyjnie mówić o wykrywaniu. Dron, który nie emituje sygnału sterowania ani telemetrii, może pozostać niewidoczny dla pasywnych detektorów RF. Nie staje się jednak całkowicie niewykrywalny. Nadal może zostać wykryty przez radar, optykę, termowizję albo systemy akustyczne.

Wróćmy do skali. Liczby porażają?

Tak, ponieważ obie strony weszły już w produkcję liczoną w milionach systemów bezzałogowych rocznie. Strona rosyjska deklaruje zdolności na poziomie około 5–6 mln dronów rocznie. Trzeba jednak pamiętać, że są to dane deklarowane i mogą obejmować różne klasy platform, od prostych FPV po bardziej złożone systemy.

Reklama
Reklama

Ukraina kontraktuje podobne wolumeny i stawia sobie jeszcze wyższe cele, sięgające około 10 mln platform rocznie. Największym ograniczeniem nie jest już sam montaż, lecz dostępność komponentów, ich jakość i powtarzalność produkcji. Chodzi przede wszystkim o elektronikę, kamery, napędy, ogniwa i materiały wybuchowe. W takiej skali nawet niewielkie problemy z jednym podzespołem mogą zatrzymać całe linie produkcyjne.

Wojna na Ukrainie w wyobraźni wielu Polaków nadal przypomina walki pozycyjne rodem z I wojny światowej. Ale czy z powodu dronów nie powinniśmy już mówić nie tylko o pierwszej linii frontu, lecz o całej strefie śmierci?

Tak. Linia styczności nadal istnieje, ale przestała być jedyną granicą realnego zagrożenia. Drony rozszerzyły strefę obserwacji i rażenia na kilkadziesiąt kilometrów od frontu. Na części odcinków ta strefa sięga około 30–40 kilometrów.

To obszar, w którym ruch ludzi, pojazdów, logistyki i sprzętu jest stale obserwowany.

Pytanie coraz rzadziej brzmi: „czy zostałeś wykryty?”, bo najczęściej zostałeś. Pytanie brzmi raczej: „czy dowódca odcinka albo zespół operatorów uznał cię za cel na tyle ważny, żeby skierować na ciebie środek rażenia?”.

Piechota oczywiście nie zniknęła z pola walki. To nadal ona zajmuje i utrzymuje teren. Drony zmieniły jednak warunki jej działania. Koncentracja ludzi i pojazdów przy froncie stała się skrajnie ryzykowna, ruch za dnia jest coraz bardziej ograniczany, a logistyka przenosi się na noc, do ciężkich dronów transportowych i robotów naziemnych.

Reklama
Reklama

Jedną z największych zmór tej strefy są tzw. „Żduny”.

„Żdun” to dron, który wlatuje na zaplecze, osiada w trawie, czeka i dopiero wtedy atakuje?

Tak. Taki dron działa jak latająca mina albo zasadzka. Może wylądować przy drodze, w trawie, na dachu albo w pobliżu trasy logistycznej i przejść w stan ograniczonego poboru energii. Dzięki temu wydłuża czas działania baterii. Kiedy pojawi się pojazd lub grupa żołnierzy, dron ponownie startuje i atakuje.

Nie każdy „Żdun” działa całkowicie autonomicznie. Część pozostaje pod nadzorem operatora, który obserwuje rejon i wydaje komendę do ataku. Bardziej zaawansowane warianty mogą wykorzystywać obraz z kamery, czujniki ruchu albo wcześniej określone warunki uruchomienia.

To między innymi dlatego Ukraina na dużą skalę wprowadziła zrobotyzowane platformy naziemne. W ostatnim raportowanym miesiącu wykonały ponad 16 tys. misji logistycznych i ewakuacyjnych. Dostarczają amunicję, żywność, baterie i wyposażenie, a także ewakuują rannych. Dzięki temu nie trzeba wysyłać kierowcy ani zespołu medycznego w najbardziej niebezpieczną strefę.

Czytaj także: Korytarz dla Bundeswehry. Co zakłada polsko-niemieckie porozumienie obronne

Jak skuteczni są ukraińscy operatorzy dronów?

Reklama
Reklama

Skala jest ogromna. Według raportu Ministerstwa Obrony Ukrainy w jednym miesiącu w systemie DELTA zarejestrowano około 200 tys. trafień z użyciem ukraińskich dronów. To średnio około 6 tys. trafień dziennie.

Trzeba jednak rozróżnić trafienie od zniszczenia celu. Jeden obiekt może być atakowany kilkukrotnie, uszkodzony albo ponownie rozpoznany. Dlatego liczba trafień nie jest równoznaczna z liczbą zniszczonych pojazdów czy stanowisk.

W tym samym systemie rejestrowano około 75 tys. transmisji wideo dziennie, a na cyfrową mapę pola walki trafiło około miliona nowych obiektów. Były to obiekty zwalidowane, czyli rozpoznane, opisane i wprowadzone do wspólnego obrazu sytuacji.

Współczesne pole walki to więc nie tylko teren, żołnierze i uzbrojenie. To ogromna, stale aktualizowana cyfrowa sieć danych. Drony są dziś jednym z głównych źródeł tych danych, a systemy takie jak DELTA pozwalają łączyć obraz z tysięcy sensorów w jeden obraz sytuacyjny.

Czytaj także: Ukraina w NATO? „To bajki”

Drony na światłowodzie były przedstawiane jako rosyjski „game-changer”. Jak wygląda ich użycie w praktyce?

Określenie „game-changer” jest przesadzone. Drony na światłowodzie nie zmieniły samodzielnie przebiegu wojny, ale stały się ważną odpowiedzią na nasycenie frontu systemami walki radioelektronicznej. Ich podstawową przewagą jest to, że kanału sterowania prowadzonego przewodem nie można zagłuszyć w taki sposób jak klasycznego łącza radiowego.

Reklama
Reklama

W praktyce najczęściej wykorzystywane szpule zapewniają około 20–35 kilometrów zasięgu. Producenci deklarują więcej, ale wraz ze wzrostem długości przewodu rosną jego masa, opór i ryzyko zaczepienia. Każdy dodatkowy kilogram kabla zmniejsza udźwig albo zasięg platformy. Dlatego ekstremalne deklaracje należy traktować bardziej jako demonstrację możliwości niż realny standard bojowy.

Czy w dronach światłowodowych nadal dominują Rosjanie?

Rosja uzyskała przewagę we wczesnej fazie ich wdrażania, ale Ukraina szybko nadrobiła różnicę. Obecnie obie strony produkują i stosują takie platformy na dużą skalę. Po stronie ukraińskiej jest to jeden z najszybciej rozwijających się segmentów systemów bezzałogowych.

Światłowód nie czyni jednak drona niezniszczalnym. Przewód może się zerwać, zaplątać, zaczepić o drzewa, słupy, budynki albo elementy terenu. Duże platformy potrzebne do przenoszenia dłuższych szpul są też łatwiejsze do wykrycia wzrokowo i fizycznego zniszczenia.

Czytaj także: Niemcy planują powrót służby cywilnej. Resort bada gotowość organizacji

Czy taki dron da się zniszczyć wyłącznie przez ostrzelanie?

Nie można zagłuszyć jego radiowego kanału sterowania, ponieważ takiego kanału w tej fazie lotu nie używa. Można jednak wykryć i zniszczyć samą platformę, przechwycić ją innym dronem, użyć broni lufowej albo doprowadzić do przerwania przewodu.

Reklama
Reklama

Próba ręcznego przecinania światłowodu jest jednak rozwiązaniem bardzo ryzykownym i nie powinna być przedstawiana jako podstawowa metoda obrony. Operator drona może obserwować teren, zmienić kierunek podejścia albo zaatakować osobę próbującą zbliżyć się do przewodu. Skuteczna odpowiedź wymaga przede wszystkim detekcji optycznej, termowizyjnej, akustycznej lub radiolokacyjnej oraz fizycznego zwalczania platformy.

Rosjanie i Ukraińcy rozwijają też taktykę pozostawiania dronów w zasadzce, tzw. „Żdunów”. Część z nich może lądować, ograniczać pobór energii i oczekiwać na pojawienie się celu. Nie należy jednak automatycznie łączyć wszystkich „Żdunów” z technologią światłowodową ani twierdzić bez twardych danych, że jeden operator standardowo kontroluje jednocześnie dziesięć takich maszyn.

Ostatnio obserwowaliśmy serię ukraińskich ataków dronowych w głębi Rosji: na Moskwę, Petersburg, infrastrukturę paliwową, a obecnie także centra logistyczne sieci Wildberries. Jak Ukraińcy tego dokonują? Jakich platform używają?

Ukraina zbudowała już całą rodzinę środków dalekiego rażenia. Nie jest to jeden typ drona, lecz kilka klas platform różniących się zasięgiem, masą głowicy i sposobem naprowadzania.

Reklama
Reklama

Wśród najważniejszych znajdują się FP-1 i FP-2 firmy Fire Point, AN-196 Lutyj, UJ-26 Bóbr, AQ-400 Scythe i UJ-22 Airborne. Ukraina rozwija także konstrukcje pośrednie między klasycznym bezzałogowcem a pociskiem manewrującym, takie jak Ruta i Pekło.

FP-1 w najnowszych wersjach może osiągać cele oddalone o ponad 2500 kilometrów, a producent deklaruje nawet większy zasięg. Masa głowicy zależy od konfiguracji i ilości zabieranego paliwa. FP-2 jest platformą cięższą: może przenosić głowicę do około 200 kilogramów, a w wariantach dalekiego zasięgu osiągać około 700 kilometrów. Lutyj ma zasięg około 2000 kilometrów. UJ-22 i UJ-26 mają mniejszy udźwig, ale również są wykorzystywane do atakowania celów położonych setki kilometrów od granicy.

Pekło jest lekkim, odrzutowym dronem-pociskiem o deklarowanym zasięgu około 700 kilometrów i głowicy rzędu 20 kilogramów. Ruta reprezentuje podobny kierunek rozwoju: połączenie ekonomiki bezzałogowca z prędkością i charakterystyką lotu zbliżoną do pocisku manewrującego.

A FP-5 Flamingo?

FP-5 Flamingo również należy do ukraińskiego arsenału dalekiego rażenia, ale nie jest klasycznym dronem. To ciężki pocisk manewrujący o deklarowanym zasięgu około 3000 kilometrów i głowicy ważącej około 1150 kilogramów. Jest więc środkiem innej klasy niż FP-1 czy Lutyj.

Reklama
Reklama

W czym tkwi skuteczność tych ataków? Czy Ukraińcy wysyłają po prostu tak wiele dronów, że Rosjanie nie są w stanie ich wszystkich zestrzelić?

Liczba platform ma znaczenie, ale sama saturacja nie wystarcza. Podstawą jest rozpoznanie i precyzyjne planowanie misji. Ukraińcy analizują rozmieszczenie rosyjskich radarów, systemów przeciwlotniczych i stacji walki radioelektronicznej, a następnie wyznaczają trasy wykorzystujące ukształtowanie terenu oraz luki między rejonami odpowiedzialności obrony.

Platformy mogą lecieć na małej wysokości, zmieniać kierunek podejścia i docierać do celu różnymi trasami. Wiele z nich realizuje lot autonomicznie według wcześniej przygotowanego planu. Wykorzystują nawigację satelitarną, bezwładnościową, układy odporne na zakłócenia, a coraz częściej również optyczną korektę lotu na końcowym odcinku.

Ukraina korzysta także z danych satelitarnych i innych źródeł rozpoznania, ale sukces nie wynika z jednego sensora. To cały proces: rozpoznanie celu, analiza rosyjskiej obrony, przygotowanie trasy, dobór platform oraz ocena skutków poprzednich uderzeń.

Rosyjska obrona nie jest bezradna. Po każdym ataku modyfikuje rozmieszczenie radarów, systemów WRE i mobilnych grup ogniowych. Mamy więc ciągły cykl adaptacji: Ukraina znajduje lukę, Rosja ją zamyka, a Ukraina zmienia trasę, nawigację albo konstrukcję platformy.

Reklama
Reklama

Wchodzimy też w nową fazę wojny, w której klasyczne rozróżnienie między dronem a pociskiem zaczyna się zacierać. Obok wolniejszych i tańszych platform śmigłowych pojawiają się odrzutowe drony-pociski oraz pełnowymiarowe pociski manewrujące. Powstaje mieszany arsenał pozwalający zestawiać w jednym uderzeniu środki o różnych prędkościach, pułapach i sygnaturach.

Ukraińskie drony zaskoczyły Rosjan. Czym Rosjanie będą próbowali zaskoczyć Ukrainę?

Rosja rozwija jednocześnie walkę radioelektroniczną, nawigację odporną na zakłócenia, łączność sieciową oraz szybsze platformy uderzeniowe. Jednym z przykładów jest system „Wołna Kupoł Garant”, przeznaczony do zakłócania ośmiu kanałów Starlinka na obszarze około 20 kilometrów kwadratowych.

Nie oznacza to całkowitego wyłączenia Starlinka w promieniu 20 kilometrów. Chodzi o lokalne oddziaływanie na określone kanały i obszar, którego skuteczność zależy od położenia terminala, terenu, mocy zakłóceń i konfiguracji systemu. Rosjanie próbują także wykrywać terminale na podstawie ich emisji w paśmie uplinku.

Drugim kierunkiem są odrzutowe warianty rodziny Gerań. Są znacznie szybsze od klasycznych Shahedów śmigłowych, skracają czas reakcji obrony i mogą operować na pułapach niedostępnych dla części tanich dronów przechwytujących. Raport wskazuje, że odrzutowe warianty osiągające około 350–380 km/h już wypychają część obecnych przechwytywaczy poza ich skuteczny zakres.

Reklama
Reklama

Rosyjskie uderzenia niemal nigdy nie opierają się dziś na jednym typie środka. Łączone są klasyczne Geranie, warianty odrzutowe, cele pozorne, pociski manewrujące i balistyczne. Poszczególne środki nadlatują z różnych kierunków, na różnych wysokościach i w różnym czasie. Celem jest nie tylko fizyczne trafienie obiektu, lecz także przeciążenie systemu dowodzenia, radarów i dostępnych środków przechwytujących.

Dodatkowym problemem jest skracanie dystansu do części celów w miarę przesuwania się rosyjskich wojsk. Dotyczy to zwłaszcza miast i infrastruktury w strefie przyfrontowej, gdzie do ataku można wykorzystywać tańsze środki krótszego zasięgu, a czas od wykrycia zagrożenia do uderzenia jest coraz krótszy.

 

Źródło: Zero.pl
Reklama
Reklama