
Hasło „to nie jest nasza wojna” regularnie zyskuje popularność w polskim internecie po kolejnych incydentach związanych z wojną w Ukrainie. Analiza Monitoringu Mediów PAP wskazuje na powtarzalność tego zjawiska. Eksperci mówią o strachu i podatności na dezinformację.
- Hasło „to nie jest nasza wojna” jest obecne w polskim internecie od czasu rosyjskiej aneksji Krymu w 2014 r. i ponownie zyskuje popularność po incydentach związanych z bezpieczeństwem.
- Psycholog społeczny prof. Tomasz Grzyb ocenia, że przekaz może dawać odbiorcom poczucie bezpieczeństwa i moralne usprawiedliwienie dla braku zaangażowania w sprawy Ukrainy.
- Politolog Bartłomiej Biskup zwraca uwagę na rolę strachu i uproszczonych przekazów, podkreślając jednocześnie, że w debacie funkcjonują zarówno postawy antyukraińskie, jak i podejście skupione na polskich interesach.
Hasło wraca po kolejnych incydentach
„To nie jest nasza wojna” nie pojawia się w polskiej sieci przypadkowo. Jak wynika z analizy Monitoringu Mediów PAP, hasło regularnie zyskuje popularność po wydarzeniach związanych z wojną w Ukrainie i bezpieczeństwem Polski. Dotyczyło to m.in. upadku drona na Lubelszczyźnie, ataków w pobliżu polskiej granicy oraz alarmów powietrznych ogłaszanych na terenach przygranicznych.
Prof. Tomasz Grzyb, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS, przypomniał w rozmowie z PAP, że sformułowanie to jest obecne w polskim internecie od 2014 r., czyli od rosyjskiej aneksji Krymu. Jego zdaniem hasło można uznać za zmanipulowany sposób przedstawiania konfliktu.
Zobacz również: Rosyjski dron na polskiej plaży. Prokuratura ujawnia najnowsze informacje
Ekspert zwrócił uwagę, że siła tego przekazu wynika m.in. z jego prostoty. Stwierdzenie, że wojna „nie jest nasza”, może dawać odbiorcy poczucie bezpieczeństwa. Jednocześnie pozwala uzasadnić przekonanie, że skoro konflikt nie dotyczy bezpośrednio Polski, nie ma powodu, by angażować się w jego rozwiązanie.
„Żerują na lęku”
Prof. Grzyb ocenił, że podobne narracje były obecne w polskiej przestrzeni informacyjnej od lat, a ich rozpowszechnianiu miały służyć m.in. działania rosyjskiej i białoruskiej propagandy. Jak zaznaczył, w części środowisk tego rodzaju przekazy mogą dziś przynosić efekty.
Psycholog przyznał jednocześnie, że w sensie formalnym Polska nie znajduje się obecnie w stanie wojny. Podkreślił jednak, że bezpieczeństwo państwa należy rozpatrywać również z perspektywy jego interesów. W jego ocenie zatrzymanie wojny w Ukrainie leży w interesie Polski, ponieważ ogranicza ryzyko rozszerzenia się konfliktu na jej terytorium.
Do wpływu emocji na reakcje użytkowników Internetu odniósł się także politolog Bartłomiej Biskup z Uniwersytetu Warszawskiego. Jak wyjaśnił, w sytuacji zagrożenia ludzie szukają nie tylko sprawcy zdarzenia, ale również odpowiedzi na pytanie, dlaczego do niego doszło.
Strach i uproszczone odpowiedzi
Według Biskupa właśnie tę potrzebę mogą wykorzystywać fabryki trolli i prorosyjskie boty. Ekspert wskazał, że dostarczają one natychmiastowych, skrajnie uproszczonych wyjaśnień, które odwołują się do lęku i mogą tworzyć iluzoryczne poczucie zrozumienia sytuacji.
Jak wynika z analizy przywołanej przez PAP, podobna fala przekazów pojawiła się po rosyjskich atakach dronowych w pobliżu granicy z Polską, do których doszło w czwartek oraz z soboty na niedzielę. Zmasowana fala dezinformacji miała pojawić się także po znalezieniu rosyjskiego bezzałogowca na plaży w Rusinowie.
Czytaj także: Dron „dopłynął” na polską plażę. Prowokacja i możliwy test obrony przeciwlotniczej NATO
Biskup wskazał przy tym na dwie postawy obecne w polskiej debacie publicznej: antyukraińską oraz twardy realizm polityczny, czyli Realpolitik. Jego zdaniem marginalna część polityków powiela narracje jawnie antyukraińskie lub prorosyjskie. Jednocześnie istnieje liczne grono osób, które deklarują wsparcie dla Ukrainy, ale równocześnie podkreślają konieczność ochrony polskich interesów.
Politolog zaznaczył, że z formalnego punktu widzenia wojna rzeczywiście nie jest wojną Polski. Jednocześnie — jak podkreślił — Polska żyje „w jej cieniu”. W jego ocenie to właśnie napięcie między brakiem formalnego udziału w konflikcie a jego bezpośrednim wpływem na bezpieczeństwo kraju jest jednym z powodów, dla których hasło „to nie jest nasza wojna” regularnie wraca w polskiej przestrzeni informacyjnej.