Donald Tusk stanął w obronie Pauliny Hennig-Kloski, minister klimatu i środowiska, której odwołania chcieli politycy PiS, Konfederacji, ale też kilku parlamentarzystów Polski 2050. – Premier prędzej czy później wyciągnie konsekwencje wobec tej partii. Zakładam jednak, że będzie to polegało na metodzie salami – mówi dr Bartosz Rydliński politolog z UKSW, w rozmowie z Zero.pl w rozmowie z Zero.pl

- Debata wokół wniosku o wotum nieufności wobec minister klimatu i środowiska Pauliny Hennig-Kloski był pierwszym i jednym z najważniejszych punktów czwartkowych obrad Sejmu.
- Tego samego dnia posłowie zdecydują, czy odwołać minister zdrowia Jolantę Sobierańską-Grendę. Wniosek o wotum nieufności dla szefowej resortu złożyło PiS.
- – PiS w jakimś sensie przymusza koalicję, by bronić minister, która być może niedługo sama pożegna się ze stanowiskiem – mówił w rozmowie z Zero.pl dr Bartosz Rydliński.
Pod wnioskiem o odwołanie Hennig-Kloski podpisało się ponad 80 posłów, głównie z PiS i Konfederacji. Autorzy dokumentu zarzucali minister m.in. błędy w realizacji programu „Czyste powietrze” oraz przy wprowadzaniu systemu kaucyjnego. Z niektórymi zarzutami do minister klimatu zgodzili się posłowie Polski 2050, którzy nie wykluczali głosowania za jej odwołaniem.
Donald Tusk w Sejmie stwierdził, że wcześniej nie słyszał tak słabego uzasadnienia dla wotum nieufności i zarzucił posłom opozycji, że działają na zewnętrzne zamówienie.
– Chcecie zamienić Polskę w pole nieustannej walki i konfrontacji. Bez żadnego powodu, byleby Polska padła ofiarą takiej potęgującej się politycznej zimnej, a czasami gorącej wojny domowej – stwierdził.
„Nawet PSL zwracało uwagę na programy ministerstwa”
Według dr Bartosza Rydlińskiego, za wnioskiem o odwołanie minister stały zarzuty merytoryczne, ale była to też zagrywka polityczna.
– Politycy PiS-u oraz Konfederacji założyli pułapkę ofsajdową na posłów Polski 2050. Jeżeli chodzi o kwestie merytoryczne, to dla minister Hennig-Kloski program Czyste Powietrze jest chyba największym wyzwaniem. Zresztą nawet Polskie Stronnictwo Ludowe zwracało uwagę, że w programie wiele kwestii należy naprawić. Jednak im bliżej czwartkowego głosowania, tym te nastroje bojowe w koalicji były coraz lżejsze – stwierdza w rozmowie z Zero.pl politolog z UKSW.
Zdaniem eksperta, po wniosku ws. minister Hennig-Kloski Donald Tusk będzie chciał wyciągnąć konsekwencje wobec posłów Polski 2050, którzy krytykowali ją i zapowiadali, że zagłosują za jej odwołaniem.
– Ryzyko dla koalicji zawsze będzie, bo większość nie jest aż tak duża, a Donald Tusk woli mieć rząd większościowy niż mniejszościowy. Premier nie może sobie w nieskończoność pozwalać na tego typu podjazdy ze strony Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, która, jak widzimy, ciągle pamięta złamaną obietnicę, że będzie wicepremierem – ocenia.
„To jest tykająca bomba zegarowa”
Według politologa, znacznie poważniejszym problemem dla rządu Donalda Tuska może być sytuacja w służbie zdrowia. Wniosek o odwołanie szefowej ministerstwa zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy złożył PiS.
– Nawet Włodzimierz Czarzasty niedawno nie gryzł się w język, mówiąc, że niepolityczna forma zarządzania Ministerstwem Zdrowia nie przyniosła efektu. Prawo i Sprawiedliwość w jakimś sensie przymusza koalicję, by bronić minister, który być może niedługo sama pożegna się ze stanowiskiem. Przy ewentualnym odwołaniu Sobierańskiej-Grendy, Prawo i Sprawiedliwość i Konfederacja będą mogły mówić, że rząd się z nimi zgadza – stwierdza dr Rydliński.
Według politologa, PiS złożyło wniosek o odwołanie minister wiedząc, że Donald Tusk nie jest zadowolony z jej pracy. – Premier widzi, że problemy nie zostały rozwiązane, ale nie rozumie, że nie chodzi o kwestie personalne osób, które są na czele ministerstwa, tylko jaką politykę prowadzi rząd. W tym momencie ona wygląda tak, że rząd chce zmniejszyć składkę zdrowotną i jednocześnie oczekuje, że pieniędzy w systemie będzie więcej. Nie ma państwa, któremu to się udało – ocenia.
Politolog nazywa sytuację w służbie zdrowia „tykającą bombą zegarową”.
– Jesteśmy starzejącym się społeczeństwem, nakłady na ochronę zdrowia powinny rosnąć w radykalny sposób, a żeby tak się stało, to trzeba zmienić politykę składkową i podatkową. Zakładam, że w tym roku NFZ ogłosi implozję wcześniej niż w zeszłym roku, a w przyszłym roku jeszcze wcześniej. To jest tykająca bomba zegarowa, która może rządowi wybuchnąć w roku wyborczym. Po pandemii COVID-19 mieliśmy wrażenie, że będzie konsensus w sprawie nakładów na służbę zdrowia, ale nie widzę tego działania w tego rządu – podkreśla.
