
Po bezprecedensowym zwrocie akcji w drugiej turze Luiz Inácio Lula da Silva wygrał wybory prezydenckie w Brazylii. O kulisach brutalnej kampanii, fatalnych błędach obozu władzy, niedźwiedziej przysłudze Donalda Trumpa i nowym geopolitycznym układzie sił rozmawiamy z Tomaszem Surdelem – dziennikarzem, wieloletnim korespondent w krajach Ameryki Południowej.
- Zwycięstwo Luli to pierwszy przypadek w demokratycznej historii Brazylii, gdy kandydat z drugiego miejsca po pierwszej turze odrabia straty i ostatecznie wygrywa wybory.
- Kluczowe dla wygranej lewicy okazały się: radykalna zmiana strategii w mediach społecznościowych oraz błąd Jaira Bolsonaro, który podczas decydującej debaty brutalnie zaatakował kontrkandydata, co obróciło się przeciwko niemu.
- Wynik wyborów zatrzymał prawicową falę w Ameryce Południowej i oznacza powrót Brazylii do koncepcji świata wielobiegunowego, bez bezkrytycznego podążania za polityką Waszyngtonu.
Brazylia łapie oddech po jednych z najbardziej zaciętych i nieprzewidywalnych wyborów prezydenckich ostatnich lat. Przed pierwszą turą sondaże wskazywały na niewielką przewagę urzędującego prezydenta Luiza Inácio Luli da Silvy. Wyniki głosowania przyniosły zimny prysznic, a Flavio Bolsonaro pokazał, że może liczyć na swój twardy elektorat.
W rozmowie z Zero.pl Tomasz Surdel, dziennikarz i były korespondent „Gazety Wyborczej” w krajach Ameryki Południowej, ocenia że szok w pierwszej turze paradoksalnie uratował lewicę przed ostateczną klęską. – Dla elektoratu lewicowego i samego sztabu Luli drugie miejsce w pierwszej turze było wstrząsem. Zamiast opowiadać o dawnych zasługach, musieli błyskawicznie przejść do konkretów i pełnej mobilizacji – mówi.
Czytaj również: Układ sił w Ameryce Łacińskiej może się zmienić. Brazylia wybiera prezydenta
Sondaże przed drugą turą pokazywały minimalne różnice między obu kandydatami. Ostateczne zwycięstwo Luli było jednak pewnym zaskoczeniem. – W demokratycznej historii Brazylii nie zdarzyło się dotąd, by kandydat znajdujący się w tak trudnym położeniu wyjściowym odrobił dystans i ostatecznie wygrał – zauważa Tomasz Surdel.
Dziarski 80-latek ze smartfonem
Dziennikarz tłumaczy dalej, że aby myśleć o odrobieniu strat, sztab Luli musiał drastycznie przebudować swoją strategię komunikacyjną, przenosząc środek ciężkości w miejsce, w którym do tej pory niepodzielnie królowała prawica – do internetu.
Tomasz Surdel zwraca uwagę na ewolucję poglądów samego kandydata. Wcześniej świat nowych technologii był przez lewicę ignorowany. – Lula ma niemal 80 lat i początkowo zupełnie tego nie czuł. W trakcie kampanii po raz pierwszy zaczął jednak aktywnie korzystać ze smartfona, otwarcie przyznając, że się uczy i nadrabia zaległości, czym przekonał do siebie wielu młodszych i niezdecydowanych wyborców – mówi dziennikarz i przekonuje, że stworzenie tego wizerunku było strzałem w dziesiątkę.
Zupełnie odmienne nastroje panowały Jaira Bolsonaro. Zamiast walczyć o każdy głos niezdecydowanych, jego sztab stracił impet do działania. – W sztabie Bolsonaro było rozprężenie. Po pierwszej turze zachowywali się tak, jakby wybory były już rozstrzygnięte – zauważa Surdel. – Otwarcie rozpoczęły się kłótnie o stanowiska w nowym rządzie, a arogancka postawa liderów przełożyła się na odpływ części centrowego elektoratu – analizuje.
Dziewięć palców, czyli jak strzelić sobie w kolano
Momentem zwrotnym kampanii, który według wielu analityków ostatecznie pogrzebał szanse Bolsonaro na zwycięstwo, była debata zorganizowana w TV Globo, największej brazylijskiej stacji, w ostatni piątek przed głosowaniem. Bolsonaro nazwał Lulę „dziewięciopalczastym”, nawiązując do faktu, że lider lewicy rzeczywiście nie ma jednego palca u lewej ręki.
– Bolsonaro jakby chciał zażartować, że Lula „kradnie tylko dziewięcioma palcami”. Zostało to bardzo źle przyjęte przez widownię – relacjonuje Tomasz Surdel. Riposta Luli okazała się nokautem.
– Odpowiedział mistrzowsko: przypomniał, że stracił palec podczas ciężkiej pracy w zakładzie produkującym części samochodowe i były to czasy, w których nie miał dostępu do opieki medycznej czy ubezpieczenia – mówi Tomasz Surdel. – Tymczasem Bolsonaro przez całe życie był jedynie zawodowym politykiem – dodaje.
Zarysowanie tego kontrastu wywarło ogromne wrażenie na widzach i zdaniem wielu analityków mogło przeważyć szalę zwycięstwa na korzyść Luli. Użycie przez przeciwnika argumentu ad personam wywołało lawinę oburzenia. W końcówce kampanii to Lula dyktował warunki gry.
Czytaj również: Między Lulą a Bolsonaro. Brazylia przed II turą wyborów jest niebywale spolaryzowana
Polityka algorytmów i licytacja na populizm
W ocenie Tomasza Surdela kampania wyborcza była niezwykle brutalna i w dużej mierze wyprana z merytorycznej dyskusji. – Była to specyficzna kampania, niepokojąca. Wpisuje się w szerszy trend widoczny dziś w polityce globalnej – ocenia i dodaje, że dyskusja o realnych problemach ustąpiła miejsca emocjom, i brutalnej walce w mediach społecznościowych, napędzanej przez algorytmy.
Polaryzacja pchnęła obu kandydatów w objęcia skrajnego populizmu, co najlepiej było widać na przykładzie licytacji wokół pomysłów reform prawa karnego. – Gdy jeden z nich obiecywał osiem lat więzienia za kradzież telefonu komórkowego, drugi natychmiast podbijał stawkę do dziesięciu lat – śmieje się Surdel.
Brak ideologicznego kręgosłupa kandydata prawicy dał o sobie znać również w debacie o zmianach w prawie pracy. W Brazylii trwają próby wprowadzenia pięciodniowego tygodnia pracy.
– Bolsonaro, popierany przez środowiska biznesowe, początkowo sprzeciwiał się tej zmianie, ale na dwa dni przed głosowaniem, gdy badania pokazały, że ponad 70 proc. Brazylijczyków popiera projekt, jego zaplecze polityczne szybko zmieniło zdanie i zagłosowało za ustawą – wylicza dziennikarz. Lula na tym tle jawił się jako polityk o wiele bardziej stabilny i przewidywalny.
Niedźwiedzia przysługa Trumpa i duma narodowa
Istotnym elementem brazylijskiej układanki przedwyborczej były relacje ze Stanami Zjednoczonymi, a w szczególności stosunek obu kandydatów do prezydenta tego kraju. Donald Trump otwarcie wspierał Jaira Bolsonaro, ale zaliczał wizerunkowe wpadki, myląc chociażby braci Bolsonaro. – Jakby nie wiedział, kogo popiera – zauważa Tomasz Surdel
Dziennikarz zwraca uwagę na specyfikę relacji Brazylii z USA, która drastycznie różni się od tej z państw regionu. – O ile w mniejszych krajach Ameryki Łacińskiej czy Środkowej – jak Kolumbia, Kostaryka czy Ekwador – amerykańskie wsparcie bywa atutem, o tyle w Brazylii zadziałało odwrotnie. Brazylijczycy są dumni ze swojego kraju – dziesiątej gospodarki świata i regionalnego mocarstwa – i sprzeciwiają się traktowaniu ich jak „amerykańskie podwórko” – podkreśla Tomasz Surdel.
– Lula z powodzeniem wystąpił jako obrońca suwerenności, co dla polskiego obserwatora może być zaskoczeniem w wykonaniu polityka lewicy, ale w Brazylii trafiło na bardzo podatny grunt – mówi dziennikarz.
Czytaj również: Miękkie podbrzusze Europy. Upada irlandzki mit „Zielonej Wyspy”
Zatrzymana fala i nowy geopolityczny wektor
W ocenie Tomasza Surdela, utrzymanie się Luiza Inácio Luli da Silvy u władzy może mieć konsekwencje wykraczające daleko poza granice Brazylii. Jego zwycięstwo zatrzymało falę popularności prawicy, która przetaczała się przez Amerykę Południową. – Gdyby przegrał, na kontynencie ostałby się zaledwie jeden rząd lewicowy w Urugwaju. Powrót Luli oznacza zwycięstwo brazylijskiej koncepcji świata multipolarnego – diagnozuje Surdel.
Jak zauważa, prezydent odrzuca prosty podział na blok amerykański i antyamerykański. Nie zamierza zrywać relacji z Waszyngtonem, ale stawia na radykalną dywersyfikację kontaktów dyplomatycznych i gospodarczych, utrzymując m.in. relacje handlowe zarówno z Rosją, jak i z Ukrainą.
– W Polsce przylgnęła do Luli łatka polityka proputinowskiego, tymczasem prezydent Wołodymyr Zełenski był jednym z pierwszych przywódców, którzy złożyli mu oficjalne gratulacje po ogłoszeniu wyników – podsumowuje ekspert.

