Wielkanoc 1994 r. w Mikuszewie zakończyła się tragedią – 20-letnia Zyta Michalska wyszła na spacer i już nie wróciła. Jej ciało znaleziono dzień później w lesie. Śledztwo utknęło na lata, aż do momentu, gdy policyjne Archiwum X sięgnęło po dowody sprzed dekad. Kluczowy okazał się jeden ślad DNA.

- Zyta Michalska została zamordowana w Wielkanoc 1994 r. podczas spaceru w pobliżu rodzinnego domu.
- Śledztwo przez lata pozostawało w martwym punkcie, mimo zabezpieczenia kluczowych śladów.
- Dopiero działania Archiwum X i badania DNA, po 26 latach doprowadziły do wykrycia i skazania sprawcy.
Mikuszewo, niewielka wieś w powiecie wrzesińskim, na początku lat 90. było miejscem spokojnym i niemal odciętym od wielkiego świata. W takich realiach dorastała Zyta Michalska. Choć wychowywała się na wsi, nie widziała tam swojej przyszłości. Podczas wyjazdu w Bieszczady poznała Maćka. Połączyła ich pasja do gór i szybko stali się parą.
Czytaj także: Małżeństwa jednopłciowe. W rządzie spór, jak rozwiązać problem
Po maturze Zyta nie była pewna, co dalej. Rozważała różne ścieżki – od architektury po ogrodnictwo. Zdecydowała się na roczną przerwę i kurs języka angielskiego w Poznaniu.
Wielkanoc, która wszystko zmieniła
3 kwietnia 1994 r., w pierwszy dzień świąt wielkanocnych, Zyta spędzała czas z rodziną. Po południu postanowiła wyjść na spacer do lasu. Było około godz. 15.
Czytaj także: „Zabetonował system”. Orbán i jego gra o władzę na Węgrzech
Gdy wieczorem nie pojawiła się na umówionym spotkaniu z Maćkiem, bliscy zaczęli się niepokoić. Początkowo przypuszczano, że mogła gdzieś pojechać lub zmienić plany. Jednak noc minęła, a dziewczyny nadal nie było.
Następnego dnia rozpoczęły się poszukiwania. Włączyli się mieszkańcy wsi, przeczesując las. Przełom nastąpił, gdy pies należący do rodziny natrafił na ciało.
Zyta leżała przykryta kurtką. Miała obrażenia głowy i ślady duszenia. Jej ubranie było częściowo przesunięte, co początkowo sugerowało motyw seksualny.
Sekcja zwłok przyniosła jednak zaskoczenie – nie doszło do gwałtu. Wszystko wskazywało na próbę upozorowania takiego motywu. Pod paznokciami ofiary i na jej ubraniu znaleziono materiał biologiczny sprawcy.
Policja przesłuchała mieszkańców i osoby z otoczenia Zyty, w tym jej chłopaka. Sprawdzono też trop tajemniczego mężczyzny widzianego w lesie – ten okazał się jednak fałszywy.
Mimo zabezpieczenia materiału biologicznego, ówczesna technologia nie pozwalała na jego skuteczne wykorzystanie. Śledztwo utknęło i w 1995 r. zostało umorzone.
Archiwum X wraca do sprawy
Po 26 latach do sprawy wróciło poznańskie Archiwum X. Policjanci odtworzyli przebieg zdarzeń, przeanalizowali akta i stworzyli profil sprawcy.
Według ekspertów, był to mężczyzna działający impulsywnie, najpewniej z okolicy, który mógł już wcześniej znaleźć się w kręgu podejrzanych. Kluczowa okazała się decyzja sprzed lat – zachowanie materiału biologicznego.
Po nagłośnieniu sprawy, zgłosił się anonimowy informator. Wskazał na Waldemara B. – mężczyznę, który był już wcześniej przesłuchiwany, ale wykluczono go na podstawie alibi potwierdzonego przez rodzinę.
Waldemar B. w 1994 roku miał 26 lat. Mieszkał niedaleko miejsca zbrodni. Jego życie naznaczone było przemocą i problemami z prawem. W przeszłości był karany, zmagał się z uzależnieniem od alkoholu. Mimo to przez lata nie wzbudzał podejrzeń – miał rodzinę, pracował, funkcjonował w społeczeństwie.
Śledczy zdobyli jego materiał DNA z niedopałków papierosów. Wynik był jednoznaczny – zgodność. W grudniu 2020 r. został zatrzymany i usłyszał zarzut zabójstwa oraz usiłowania zgwałcenia Zyty Michalskiej i trafił do aresztu.
Początkowo nie przyznawał się do winy, jednak w toku postępowania zaczął składać obszerne wyjaśnienia, w których szczegółowo opisał przebieg zdarzeń – przedstawiając je jednocześnie w sposób możliwie najkorzystniejszy dla siebie.
Z jego relacji wynika, że w dniu zbrodni pokłócił się z rodziną podczas świątecznego obiadu. Wzburzony wyszedł z domu, wsiadł na rower i pojechał do pobliskiego lasu. Tam, jak twierdził, zatrzymał się, by zapalić papierosa. W pewnym momencie leśną drogą miała przechodzić Zyta Michalska.
Waldemar B. utrzymywał, że dziewczyna przypadkowo potrąciła jego rower, co doprowadziło do sprzeczki. Według jego wersji, to ona miała jako pierwsza go zaatakować – jednak śledczy od początku podchodzili do tej części relacji z dużą ostrożnością, uznając ją za mało wiarygodną.
W dalszych wyjaśnieniach przyznał, że uderzył Zytę kamieniem w głowę, doprowadzając do jej obezwładnienia. Następnie – jak sam zeznał – próbował upozorować gwałt, rozrywając jej ubranie. Kobieta wciąż dawała oznaki życia i próbowała się bronić.
„Uderzyłem tylko raz”
– Wydaje mi się, że uderzyłem ją tylko raz. Dziewczyna leżała na ziemi, nic nie mówiła. Mocno krwawiła, chyba z nosa. Następnie chciałem upozorować zgwałcenie. (...) Ona była jeszcze przytomna, szamotała się, próbowała mnie bić, drapała mnie po twarzy – relacjonował.
Z jego zeznań wynika, że przeciągnął ofiarę kilka metrów w głąb lasu i tam ją zostawił, po czym wrócił do domu. W garażu miał zetrzeć ślady krwi, a rodzinie tłumaczył zadrapania na twarzy rzekomym upadkiem w jeżyny podczas jazdy rowerem.
Te wyjaśnienia – zestawione z dowodami zabezpieczonymi na miejscu zbrodni i wynikami badań DNA – stały się jednym z kluczowych elementów aktu oskarżenia.
Po zatrzymaniu i procesie został skazany na 25 lat więzienia – maksymalny wymiar kary obowiązujący w chwili zbrodni. Podczas rozprawy sądowej, Waldemar B. przyznał się tylko do uderzenia Zyty kamieniem. Sąd nie miał jednak wątpliwości, że chciał zabić.
– Żałuję tego. Całe 26 lat o tym myślę. Bywały takie dni, że miałem tego dość i chciałem zgłosić się na policję. Teraz mam spokój duszy – powiedział mężczyzna.
- Jak zasypiam i zamykam oczy, to wciąż widzę córkę leżącą w lesie przykrytą listowiem. Może teraz te obrazy przestaną się pojawiać – powiedział po wyroku ojciec Zyty Michalskiej.