Czy zmasowane naloty wystarczą, by rzucić Iran na kolana? Co stanowi o żywotności teherańskiego reżimu i czy amerykańska hegemonia to już tylko wspomnienie? Na te pytania w rozmowie z Zero.pl odpowiada dr Mateusz Chudziak, ekspert Fundacji Pułaskiego.

Czy sukcesy izraelskiego i amerykańskiego lotnictwa mogą doprowadzić do zmiany reżimu w Teheranie? To chyba najczęściej zadawane pytanie w ostatnich dniach. Eksperci zajmujący się tematem Bliskiego Wschodu są jednak sceptyczni. W rozmowie z Zero.pl, dr Mateusz Chudziak twierdzi, że irański reżim to coś więcej niż kilku liderów. Stoją za nią miliony uwikłanych w system Irańczyków.
– Republika Islamska to gargantuiczna, wielowarstwowa konstrukcja instytucjonalna. Nawet jeśli usuniemy szczyt tej piramidy – postać ajatollaha czy kluczowych polityków – system nie rozleci się jak domek z kart. To aparat państwowy zrośnięty z losem 8 milionów ludzi, których łączą z reżimem więzi lojalności ideologicznej, ale przede wszystkim pragmatycznej. Dla ogromnej rzeszy urzędników i funkcjonariuszy trwanie tego porządku jest po prostu jedynym źródłem utrzymania – komentuje dr Chudziak.
Ekspert zauważa, że choć często reżim utożsamiany jest tylko z religią, to stoi za nim bardzo potężna organizacja – Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. Zdaniem Chudziaka to właśnie ona jest dziś gwarantem stabilności rządów ajatollahów w Iranie. Dopóki Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej będzie spójny, reżim nie upadnie.
– Kluczem do przetrwania Teheranu nie jest sama religia, lecz Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. To potężna struktura wojskowa, która de facto przekształciła Iran w dyktaturę mundurową. Dopóki Korpus pozostaje spójny, system będzie trwał. Co więcej, skala przemocy stosowanej wobec protestujących sprawiła, że dla ludzi aparatu nie ma już drogi powrotu – wiedzą, że ewentualna defragmentacja systemu nie pozwoli im na bezbolesną tranzycję – dodaje.
Czy zatem siłowa zmiana reżimu jest w ogóle możliwa? Jak zaznacza Chudziak, nie, jeśli Amerykanie nie zdecydują się na operację lądową, a na to się obecnie nie zapowiada. Wszystko wskazuje zatem na to, że w najbliższym czasie reżim ajatollahów się utrzyma.

F-35 zostały zaprojektowane tak, aby radzić sobie doskonale w środowisku nasyconym obroną przeciwlotniczą przeciwnika. (fot. USAF / USAF)
– Usunięcie irańskiego reżimu w wyniku interwencji zewnętrznej jest nierealne bez operacji lądowej, której USA chcą uniknąć. Same bombardowania czy ostrzały mogą jedynie osłabić system, ale go nie obalą. Nawet jeśli Donald Trump marzyłby o „małej, zwycięskiej wojence”, rzeczywistość irańska jest zbyt złożona. Bez fizycznej obecności wojsk na miejscu, reżim – choć upokorzony i okaleczony – prawdopodobnie utrzyma kontrolę nad krajem, który pozostanie pełen trudnych do zniwelowania napięć – podsumowuje.
Izrael osiąga swój cel, a USA odchodzą od hegemonii opartej na prawie na rzecz brutalnej siły
Największym zwycięzcą obecnej sytuacji jest dziś Izrael i Binjamin Netanjahu. Destabilizacja Iranu i osłabienie jego potencjału rakietowego oznacza, że regionalna pozycja Tel-Awiwu się umacnia. Państwa regionu nie są jednak z tego zadowolone. Sytuacji nerwowo przygląda się Turcja. Choć jej relacje z Iranem nie były najlepsze, to scenariusz chaosu wydaje się być gorszą alternatywą.
– Izrael osiąga swój zasadniczy cel, jakim jest destabilizacja Iranu i neutralizacja jego potencjału rakietowego. Jednak dla sąsiadów takich jak Turcja upadek ajatollahów to scenariusz ryzykowny. Ankara, mimo rywalizacji, potrafiła z Teheranem negocjować. Nagła implozja Iranu oznaczałoby dla Turcji nie tylko chaos u granic, ale przede wszystkim dalsze wzmocnienie izraelskiego hegemona w regionie, z którym relacje buduje się znacznie trudniej – komentuje ekspert.
Ciekawie wygląda także sytuacja Stanów Zjednoczonych. Jeszcze dekadę temu hegemonia USA nie była kwestionowana. Wraz ze wzrostem znaczenia Chin, sytuacja uległa zmianie. Ostatnie tygodnie pokazały jednak, że USA nadal zasługują na miano supermocarstwa oraz globalnego hegemona. Lotniskowiec USS Gerald R. Ford jeszcze kilka tygodni temu uczestniczył w działaniach w Wenezueli. Dziś wykonuje zadania u wybrzeży Izraela.

USS Gerald R. Ford (CVN 78) to jeden z dwóch amerykańskich lotniskowców, które znajdują się w regionie Bliskiego Wschodu. (fot. U.S. Fleet Forces Command (USFFC) / U.S. Fleet Forces Command (USFFC))
Na uwagę zasługuje nie tylko sprawczość Amerykanów, ale także zmiana charakteru ich hegemonii. Jak twierdzi Chudziak, Waszyngton porzuca porządek prawny wypracowany po II wojnie światowej na rzecz polityki opartej na brutalnej sile, której Amerykanie nie boją się dziś używać.
– Sytuacja wokół Wenezueli i Iranu pokazuje, że amerykańska hegemonia nie tylko się obroniła, ale wręcz zmieniła swoje oblicze. USA odchodzą od porządku prawnego wypracowanego po II wojnie światowej na rzecz brutalnej polityki siły. To najważniejsza lekcja: Waszyngton nadal dominuje, ale dziś jego przywództwo opiera się na twardych narzędziach nacisku i skutecznej destrukcji przeciwników, a nie na obronie wartości czy międzynarodowych traktatów – podsumowuje.

Izraelski myśliwiec F-15I Ra'am z trzema bombami szybującymi GBU-31 JDAM orza pociskiem powietrze-powietrze AIM-120 AMRAAM. (fot. Israeli Air Force / Israeli Air Force)
Ekspert zauważa także, że obecnie BRICS nie jest zapowiadaną przeciwwagą dla NATO, a stanowi co najwyżej forum do bilateralnych rozmów pomiędzy niechętnymi amerykańskiej hegemonii krajami. Dziś, gdy na Iran spadają kolejne amerykańskie bomby, Chiny, Rosja czy Indie nie zrobiły nic, aby temu zapobiec.
