Reklama
Reklama
Reklama

Czynsze grozy. Sprawdzamy, ile Polacy płacą za mieszkanie w obskurnych blokach

TYLKO NA

Rosnące opłaty i coraz większa frustracja mieszkańców. W wielu warszawskich spółdzielniach niektóre budynki od lat nie doczekały się gruntownych remontów. Odpadający tynk, zniszczone klatki schodowe i przeciekające dachy stają się symbolem patologii i powodem do postawienia po raz kolejny pytania: czy w końcu zmieni się sposób zarządzania pieniędzmi w „zabetonowanych” od lat spółdzielniach.

Czynsze
Od lat w spółdzielniach czynsze rosną, a wraz z nimi frustracja mieszkańców, którzy coraz wyraźniej dostrzegają patologie (fot. http://magnific.com/)
  • Skalę tego zjawiska chcemy pokazać w Zero.pl. Jeśli i ty płacisz krocie do spółdzielni a żyjesz w obskurnym bloku, daj nam znać.
  • Mamy plan, by uważnie patrzeć prezesom spółdzielni na ręce. Pokażemy czynsze grozy z całej Polski i dzięki temu skalę tego patologicznego zjawiska.
  • – Spółdzielnie to stajnie Augiasza, musi nastąpić masa krytyczna, aby w końcu doszło do zmian. To jest możliwe – mówi o naszej akcji znany aktywista miejski Jan Mencwel.

Afera wokół audytu w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, w której nowy zarząd wykrył szokujące nieprawidłowości w działalności poprzedników, ponownie skierowała uwagę na problem funkcjonowania spółdzielni mieszkaniowych nie tylko w stolicy, ale i w całej Polsce.

Patryk Słowik z Zero.pl dotarł do szczegółowych wyników audytu. Jego ustalenia są zatrważające. Okazało się, że skala patologii w spółdzielni była ogromna. Szefowie wyprowadzali z niej gigantyczne pieniądze i to przez lata. Byli na tyle pewni siebie, że nie szukali nawet zbyt wyszukanych sposobów na lewy zarobek. Bezczelnie, z tylnego siedzenia prowadzili firmy remontowe, nie wykonywali zleceń, ale pieniądze za nie wypłacali sobie z kont spółdzielni. Kwoty szły w miliony zł.

Czytaj także: Trzaskowski okłamał całą Polskę? O aferze w szpitalu miał sygnał dużo wcześniej

Reklama
Reklama

Tymczasem od lat rosną czynsze, a wraz z nimi frustracja mieszkańców, którzy coraz wyraźniej dostrzegają patologie dziejące się nawet w największych spółdzielniach.

W blokach na Bielanach, Żoliborzu, Mokotowie czy Ursynowie w Warszawie lokatorzy skarżą się na zaniedbane części wspólne, stare instalacje i wieloletnie opóźnienia w remontach. Pytają, dlaczego wraz z rosnącymi opłatami nie idą inwestycje w budynki, które często wyglądają tak samo jak kilkadziesiąt lat temu.

I właśnie czynsze w takich obskurnych blokach chcemy pokazywać.

Czynsz grozy w Warszawie

– Miesiąc w miesiąc ponad tysiąc zł. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby blok był remontowany, windy nowe. A u nas jest jak w najgorszym slumsie – opowiada pani Agata, lokatorka bloku na Targówku w Warszawie.

Reklama
Reklama

Pokazuje nam składniki swojego czynszu, który wynosi obecnie 1353,92 zł. Oczywiście niektóre opłaty są narzucane przez spółki miejskie i ratusz i zależą od zużycia jak ciepła woda, ogrzewanie czy wywóz śmieci (stała stawka 85 zł). Na to spółdzielnia nie ma większego wpływu, gdy tylko urzędnicy podnoszą stawki, czynsz wzrasta.

Ale są elementy czynszu, na które zwraca uwagę nasza rozmówczyni. – Niektóre opłaty, według mnie, się dublują i są specjalnie stworzone, by wyciągnąć od lokatorów jak najwięcej. Rozumiem opłatę za  fundusz remontowy (234,47 zł), ale zaraz potem jest jeszcze w rachunku konserwacja (39,59 zł), przeglądy techniczne (8,53 zł), konserwacja dźwigów i remonty dźwigów (12 zł, 10 zł). Przecież na to właśnie powinien iść fundusz remontowy? – mówi lokatorka.

Czynsze grozy w spółdzielniach. Tyle płaci lokatorka z warszawskiego Targówka (fot. Arch. pryw. / inne)

Jak dodaje, mieszkańcy od lat zmagają się również z niecodziennym problemem.

Reklama
Reklama

– Od lat walczymy z gołębiami. Jeden z mieszkańców, niestety chora osoba, wpuszczał je do mieszkania. Przez to lęgło się robactwo. Upłynęło kilka lat, zanim spółdzielnia coś z tym zrobiła i doprowadziła do eksmisji tego lokatora. Ale gołębie i brud z nimi związany, jak były, tak są – skarży się kobieta.

Problemu gołębi spółdzielnia RSM Praga nie potrafi rozwiązać od lat (fot. inne)

Czynsze z kosmosu, bloki rodem z PRL-u

Podobne stawki ma pani Eliza z warszawskiego Gocławia. Co miesiąc płaci spółdzielni Gocław–Lotnisko prawie 1400 zł.

– Nie wiem, jak długo jeszcze można to znosić. Co kilka miesięcy dostaję informację o kolejnej podwyżce czynszu – jakby to była jakaś nieuchronna, naturalna kolej rzeczy, na którą powinnam zgodzić się bez słowa. Tymczasem moje zarobki nie rosną w takim tempie, a rachunki dawno przekroczyły granice zdrowego rozsądku – opowiada lokatorka. 

Reklama
Reklama

Spółdzielnia wszystko tłumaczy „rynkiem”, „inflacją” i „rosnącymi kosztami”.

– Tylko jakimi kosztami, skoro wydatki na fundusz remontowy systematycznie rosną, a ostatni poważny remont był siedem lat temu? Trudno nie odnieść wrażenia, że mieszkańcy mają po prostu płacić coraz więcej, nie dostając w zamian absolutnie nic. Ile jeszcze takich podwyżek? – pyta oburzona.

Nic dziwnego, że coraz częściej pojawiają się zarzuty dotyczące braku przejrzystości finansowej i niewystarczającej kontroli nad wydatkami spółdzielni.

Eksperci podkreślają, że pojedyncze afery mogą być jedynie wierzchołkiem góry lodowej, a system zarządzania ogromnymi majątkami wymaga gruntownych zmian.

Reklama
Reklama

– Powstawanie spółdzielni było dobrym pomysłem, który miał ułatwić nabycie mieszkania. Niestety, na przestrzeni lat, idea została wypaczona. Obecnie w wielu spółdzielniach panuje system klanowy, wręcz mafijny, z układami pomiędzy pracownikami i zarządami a wykonawcami usług czy generalnymi wykonawcami – mówi nam ekspert Dariusz Kacprzak, samorządowiec z wieloletnim doświadczeniem i prezes Mazowieckiej Wspólnoty Samorządowej.

Tłumaczy zjawisko „zabetonowania systemu”.

– Problemem jest to, że zarządy spółdzielni trwają latami na swoich stanowiskach, często betonując system, tak, by ci, którzy są, a może nie są, a powinni być, najważniejsi – czyli spółdzielcy, nie mogli ich odwołać. A każdej organizacji przydaje się przewietrzenie raz na kilka lat. Układy, układami, ale to również wina samych spółdzielców, którzy zbyt mało uwagi poświęcają temu, co dzieje się z ich majątkiem. To również wina tego, że nie pilnują członków rad nadzorczych, którzy zbyt często zapominają, w interesie kogo w tych radach są, i którzy nie potrafią patrzeć na spółdzielnię z perspektywy jej rozwoju i ochrony substancji mieszkaniowej w horyzoncie wieloletnim – tłumaczy Kacprzak.

Reklama
Reklama

Nasz ekspert odnosi się też do wysokości czynszów i mówi, jak można zmienić rzeczywistość.

Jak zmienić spółdzielnie na lepsze

– Cieszy jednak, że są przebłyski i dochodzi do zmian zarządów, choćby jak w przypadku WSM czy Torwaru. Dobre zarządzanie, racjonalny plan remontowy, inwestycyjny i społeczny to klucz do realizacji oczekiwań mieszkańców, budowy aktywów spółdzielni, a co najważniejsze racjonalnego ustalania stawek czynszowych, które są pierwszym elementem widocznym dla spółdzielcy. Konkludując, brakuje gospodarskiego podejścia i traktowania majątku spółdzielni jako dobra, a nie jako przestrzeni robienia interesów. Jeśli jest drogo, to zacznijcie spółdzielcy od rady nadzorczej. Nie pomoże, to zmieńcie ich i zarząd. Zmiany są dobre i potrzebne – podpowiada samorządowiec.

Idąc za tym pomysłem, apelujemy zatem do naszych Czytelników. Czekamy na informacje o wysokości waszych czynszów, chcemy je zobaczyć ze szczegółami, tak by precyzyjnie opisać patologię w spółdzielniach i nie przestawać patrzeć na ręce prezesom. Spróbujmy odbetonować ten chory system razem.

Czy taka akcja ma sens?

Reklama
Reklama

– Jak najbardziej! Popieram to. Spółdzielnie mieszkaniowe to jest stajnia Augiasza, siedlisko patologii  – mówi nam znany aktywista miejski i warszawski radny Jan Mencwel.

– Pomysł, żeby ludzie nadsyłali te czynsze ma sens. Moim zdaniem w tej sprawie musi dojść do jakiegoś takiego ruchu, takiej masy krytycznej, wkurzonych mieszkańców spółdzielni – mówi aktywista, który przyznaje, że jako miejski radny dostaje od mieszkańców Warszawy mnóstwo zgłoszeń o nieprawidłowościach w spółdzielniach.

– Najczęściej sytuacja jest taka sama, czyli zarząd okopany od dekad, kombinując jak można i szukając kruczków prawnych, żeby w ogóle nawet walne nie mogło się odbyć. Bo to chodzi o gigantyczne pieniądze, spółdzielnie dysponują olbrzymimi środkami, to są naprawdę potężne budżety na utrzymanie, na remonty, ale też na posady członków zarządu. Słynna była sprawa spółdzielni Bródno, gdzie nie dość, że spółdzielnia budowała nowe bloki praktycznie w trybie jak deweloper, niby dla spółdzielców, a potem się okazywało, że te mieszkania kupowali tylko członkowie rodzin zarządu a za nadzór inwestorski ze strony zarządu spółdzielni ktoś wziął kwoty rzędu kilkuset tys. zł. A skąd pieniądze na to wszystko?  Z tych gigantycznych czynszów spółdzielców – opowiada aktywista.

– Natomiast to odbetonowanie już się moim zdaniem dzieje. Ostatnio na przykład udało się to spółdzielni Torwar. Mieszkańcy się skrzyknęli i udało się odwołać stary zarząd, więc jest to możliwe – dodaje otuchy Mencwel.

Reklama
Reklama

 

Źródło: Zero.pl
Reklama
Reklama