Reklama
Kraj

Wiemy, gdzie są Romanowski i Kacprzyk. Tylko naszych danych nie udało się znaleźć [OPINIA]

Marcin Romanowski odnalazł się w Naddniestrzu, a Dawid Kacprzyk w Porsche Panamerze. Ciekawe, jak Maciej Berek odnajdzie się w Trybunale Konstytucyjnym, a Mateusz Morawiecki i jego stronnicy poza Prawem i Sprawiedliwością. Oto cotygodniowy, subiektywny przegląd wydarzeń.

Kasjan Owsianko
Opinia autorstwa: Kasjan Owsianko
Dzisiaj 13:48
6 min
Mogło być gorzej. Marcin Romanowski, Krzysztof Gawkowski i Mateusz Morawiecki (fot. Kai Taller / Arena Akcji / MARCIN BANASZKIEWICZ / FOTONEWS / TEDI / Newspix)
TYLKO NA

Znam osoby, które nieprzerwanie szukają w życiu szczęścia, a i takie, które na wszelkie możliwe strony rozglądają się za upragnioną miłością. Cóż, o tym, żeby którejkolwiek z nich udało się którąś z tych rzeczy w tym tygodniu odnaleźć, nie słyszałem. Odnaleźli się za to lekarz-milioner Dawid Kacprzyk i poseł-uciekinier Marcin Romanowski – pierwszy w Porsche Panamerze, drugi w Naddniestrzu. I choć nie jestem największym fanem Panamery, to zdecydowanie z tych dwóch to w niej wolałbym zostać odnaleziony.

Dla tych, którzy nie wiedzą, czym jest Naddniestrze – nieuznawane parapaństwo położone na terytorium Mołdawii tuż przy granicy z Ukrainą – garść ciekawostek: od ponad trzech dekad stacjonują tam rosyjscy żołnierze, nazywani „obrońcami”; regionem od lat rządzi wąska grupa powiązana z Wiktorem Guszczanem, byłym funkcjonariuszem KGB; flaga rosyjska oficjalnie znajduje się na równi z flagą parapaństwa.

Czytaj też: Romanowski wybrał kapitulację i robienie z siebie papierowego rycerza walki o sprawiedliwość

Trzeba przyznać, miejsce idealne do życia. Nie ma się więc co dziwić, że polski poseł, były wiceminister sprawiedliwości, właśnie je wybrał. I niech nikt nie wierzy w słowa osób, którym udało się wyemigrować z Naddniestrza, a które mówią wprost, że nie chciałyby tam spędzić ani sekundy dłużej. Przecież na pewno warunki w areszcie śledczym na warszawskiej Białołęce są znacznie gorsze.

Reklama
Reklama

Niewątpliwie z duetu Romanowski-Ziobro to ten drugi trafił na lepszą ofertę z biura podróży. Ten pierwszy może chociaż pamiątki jakieś fajne z wyjazdu przywiezie – rosyjski paszport, podsłuch putinowskich służb w telefonie, poobijane plecy po przejażdżce przez granicę w bagażniku.

Oczywiście o ile w ogóle wróci, bo trochę głupio tak teraz stanąć w Warszawie i oświadczyć: „Hej, może i wybrałem do życia prorosyjskie nieistniejące państwo zamiast stanąć przed polskim wymiarem sprawiedliwości i wytłumaczyć wszystkie nieprawidłowości, ale jak coś, to jestem!”.

Gawkowski uspokaja po wycieku danych. No i od razu jestem spokojniejszy

W przeciwieństwie do Romanowskiego i Kacprzyka, nie odnalazły się za to dane – w tym dane medyczne – 19 mln Polaków, wykradzione z firmy MyDr.

Reklama
Reklama

Fakt, że dane co drugiego Polaka znalazły się w nie wiadomo czyich rękach, może budzić niemałe obawy. Moje na przykład obudził dość mocno, ale na szczęście już mi przeszło. Wszystko za sprawą wicepremiera, ministra cyfryzacji Krzysztofa Gawkowskiego, który wyszedł na konferencję i powiedział: – Możecie, obywatele, być spokojni.

No to jestem spokojny. Co prawda może byłbym bardziej, gdybym wiedział, co się stało z moimi danymi, kto oraz jak je wykradł i czy mogę jakkolwiek się przed tym w przyszłości bronić, ale takie pokrzepiające słowa też mogą być.

Poza tym wiele osób nawet nie wie, czy ich dane zostały wykradzione. Można to sprawdzić – powie wielu. Otóż nie można. Tzn. będzie można, bo na razie to niezbyt. Pewnie będzie można, jak już wszyscy zapomną, że dane wyciekły. Poza tym kto by się przejmował, że wyciekły. Gdyby to kran ciekł albo z wanny wyciekało, to inna sprawa. Ale dane? Przecież one są darmowe. PESEL to wręcz dostaliśmy od państwa, nikt nie prosił.

Czytaj też: Krakowskim targiem. Czyli ulotny folklor pod Wawelem

Poza tym – wielka mi heca z tym wyciekiem. Nic takiego się nie stało. Wystarczy posłuchać wiceministra cyfryzacji Michała Gramatyki. – Jeśli wierzyć specjalistycznym portalom, bo z uzyskanych przez nie danych wynika, jaka była mechanika ataku, gdzieś po drodze ktoś musiał coś niewłaściwego kliknąć. (…) To może być jakiś Hindus – wytłumaczył polityk. Tłumaczenie dość proste, ale za to jakie nośne!

PiS musi ustalić tajne hasło, Tusk – pasujące sobie prawo

Skoro już przy tłumaczeniach jesteśmy – ciekawe, jak w Prawie i Sprawiedliwości tłumaczą sobie rozpad, który w czwartek po wykluczeniu 40 parlamentarzystów partii wreszcie stał się faktem. I nie chodzi mi tutaj o te oficjalne tłumaczenia, które padły z ust Karola Karskiego, a bardziej o te filozoficzne lub wręcz metafizyczne. Może po prostu tak miało być?

Reklama
Reklama

Czytaj też: Najlepszy rok ever. 30 lat temu wszyscy zostaliśmy graczami

Z tym że parlamentarzyści nie są jedynymi, którzy postanowili opuścić szeregi ugrupowania. Osób przechodzących na stronę Mateusza Morawieckiego z dnia na dzień jest coraz więcej – tylko w tym tygodniu frakcja ekspremiera zyskała kilku dodatkowych samorządowców, także prezydentów miast.

Tak szybkie transfery z Prawa i Sprawiedliwości do Rozwoju Plus rodzą pewien problem: skąd wiedzieć, komu można w partii ufać? Może ktoś już zmienił barwy, a o tym nie wiadomo? A może tylko udaje, że jeszcze nie zmienił, a zrobi to za miesiąc lub trzy?

Proponowałbym ustalenie jakiegoś tajnego hasła. Byleby nie było zbyt wulgarne, bo to politykom nie przystoi.

Lista rzeczy, których nie przystoi politykom, jest dość długa i ograniczona jedynie ramami wyobraźni wyborców. Ja jednak gdzieś wysoko umiejscowiłbym na niej zmienianie zdania z dnia na dzień – np. jednego dnia głosować za przyjęciem ustawy zakazującej byłym ministrom przez pewien okres zasiadania w Trybunale Konstytucyjnym, a drugiego dnia korzystać z jej nieprzyjęcia i popierać kandydaturę swojego ministra. Pardon, byłego ministra, w końcu zrezygnował kilkadziesiąt godzin wcześniej.

Reklama
Reklama

– Moja prawa ręka – mówił Donald Tusk o Macieju Berku, kiedy ten zasiadał jeszcze w Radzie Ministrów. – Ze swojej apolityczności uczynił znak rozpoznawczy. Nie ma nic wspólnego z partią, jest państwowcem z krwi i kości – głosił premier chwilę później. I jak tu się nie pogubić?

Chociaż Polak, Marcin Budkowski, został nowym szefem zespołu Cadillac w Formule 1. Zawsze mogło być gorzej.